Ależ intrygujący tytuł, bo cóż mogłoby być wstydliwego w rozwoju czy wręcz on samż mógłby. Wszak rozwój, że użyję wulgaryzmów, jest GIT, DO PRZODU i TRENDY.
Czy będzie to gabinet dyrekcyjny w zakładzie pracy uspołecznionym, przykładnie socjalistycznym czy dla przeciwieństwa na wskroś kapitalistycznym, prawie zawsze znajdziemy tam wyłącznie powodem do dumy będące wykresy konsekwentnie postępującego wzrostu produkcji globalnej czy jednostkowej jak też wzrostu sprzedaży i przyrostu zysku netto/brutto.
Zasadniczo każdy rozwój cieszy, czy to nowa inwestycja, czy zakup samochodu, wersalki czy ładnego garnituru nawet.
Jakąż radość sprawia nam i nam dobrze życzącym, rozwój rodzimy.
Kiedy małżonka jest w stanie błogosławionym, już pięknie, a kiedy urodzi dzidziusia, to dopiero szczęście.
Dzidziuś rośnie, rozwija się i uszczęśliwia ludzi dokoła.
Załóżmy, że dzidziuś jest chłopcem i on ładnie dojrzewa, staje się sympatycznym młodzieńcem aż przychodzi na niego czas, że rozkwita, podobnie jak dziewczyny rozkwitają, ale dziś wyjątkowo mówimy o facetach.
Coraz bardziej cieszą się i cieszą faceci kiedy się żenią, kiedy rodzą im się dzieci. Jest to jednak, o czym szerzej niezadługo, apogeum radosnego rozwoju.
Na potwierdzenie tej tezy przypomnę tu jedną z lekcji religii w czwartej klasie liceum, na której dowiedziałem się od Ojca Kryspina jakie jest szczegółowe fizjologiczne stanowisko Matki Kościoła w sprawie przejścia na tamte strone. Otóż proszę ja kogo, jeżeli wierzyć wzmiankowanemu, przy zmartwychwstaniu mamy być na powrót przyobleczeni w ciało pochodzące z etapu rozwoju w okolicy naszych lat trzydziestu, ponieważ, tu uwaga, przyjmuje się (kto i jaka komisja, na mocy jakiej bulli czy edyktu?), że wtedy ciało ludzkie jest najpiękniejsze.
(W żaden sposób nie da się uciec od zagadnienia człowieczej cielesności.)
Każdy dalszy etap rozwoju ponad wiek lat trzydziestu, czterdziestu czy jaktam, będzie odtąd rozwojem nie dumnym lecz wstydliwym.
Koleżanka, z którą dzielimy pokój w godzinach biurowych, oznajmiła odkrywczo, że faceci też przechodzą klimakterium.
Po polsku oznaczać by to miało przekwitanie zdajesię.
Tak więc po wielce pouczającej teorii o prześladującym podobno całe zastępy facetów, kryzysie wieku średniego, przyszła kolej na przekwitanie.
Zapytana o objawy, rzeczona odrzekła, iż „w tym właśnie wieku” (tu ukłon w moją stronę), mężczyźni:
a/ zaczynają tyć: potwierdzam – tyję każdej zimy, a z wiosną chudnę,
b/ intensywnie jeżdżą na rowerze: tak, robię to od piątej klasy podstawówki,
c/ łysieją: to bolesna prawda i niewiele bym sobie z tego faktu robił, tylko coraz mi zimniej w głowę.
W związku z podpunktem (c), zaczesywowują się oni z jednego ucha na drugie, co ją śmieszy.
Nic się nie mówiło, więc sam podjąłem jeszcze jeden wątek i niech na me zawołanie on podpunktem (d) się stanie, czyliwięc:
d/ faceci siwieją.
Punkty (c) i (d) stanowią swoiste kuriozum.
Łysa śpiewaczka to dramat, więc kiedy zauważę perukę na damskiej głowie, pokornie przyznaję, że jest mi przykro. Cóż jednak powiedzieć na bujne czupryny Szmajdzińskiego Jerzego, Balcerowicza Leszka… śmiech na sali.
Analogiczna żałość ujmuje kiedy popatrzeć na naszych brunetów, by pozostać w rodzimym kręgu, znakomitych naszych aktorów scenicznych i filmowych (bez nazwisk, lecz i tak wiemy o kogo chodzi).
Co ciekawe, siwiejący faceci farbują się dwustopniowo: wpierw przeraźliwie, następnie łagodniej nieco. Kiedy bowiem przychodzi etap intensywnego siwienia, nadają swemu owłosieniu głowowemu kruczo czarny poblask, co w zetknięciu z naturalnie raczej bladą cerą mieszkańców kraju o średniorocznym niedoborze światła słonecznego, aż bije w oczy rażącą dysharmonią. Teraz, nie wiedzieć czy im delikatnie zwróciły uwagę ich żony, córki czy kochanki niedajBoże, czy może sami przyszli do lustrażdym razie zaczynają się orientować, że jakkolwiek przegięli pałę. Tak się spostrzegłszy będą tonować odcień i dożywotnie decydują się na łagodniejszy jakiś, bywa kasztan, bywa ciemny blond.
Proceder koloratury męskiej siwizny i maskowania glacy ponad miarę odchudzania siebie, zatacza coraz szersze kręgi.
Czy tak głupi są faceci, że poddali się bezwolnie telewizoru i przeróżnym debilnym periodykom co to im wmawiają, że oni muszą być piękni, szczupli i młodzi bruneci, że nie ma starości?
O co do licha chodzi?
Ciekawość, że z tytułu rozmaitych okazji składamy sobie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności, jednak nie życzymy rozumu, który jakże by się nam wszystkim przydał…
Nie wstydźmy się naszego wieku.
Śmiało, śmielej niż pederaści w swych pochodach, odsłońmy łysinę zatokową a choćby po sam kark sięgającą, zostawmy w spokoju kobietom właściwe lakiery i szampony koloryzujące. Wszak, na przekór głupocie ogarniającej świat, wraz z wiekiem bynajmniej nie przestajemy się rozwijać, zdobywamy doświadczenie, mądrość oraz przybliżamy się do spotkania z wiecznością.
Jeden mój klient, pan Zenek, co to był pierwotnie ryszawy, z wiekiem naturalnie posiwiał i wszystko było dobrze, do czasu. Zajeżdżam ja jednak kiedyś do niego i zastaję go granatowym brunetem tak intensywnym, że koledzy jego i koleżanki śmiejąc się wskazują na niego znacząco.
Spotykam Zenka zeszłym tygodniem i wymieniamy uściski (już stonował barwnik i dopuszcza seksowne elementy siwizny). Począł mnie niespodziewanie Zenek narzekać, że robota nie ma końca: co dzień kierat od rana do nocy, nawet w soboty.
-To dobrze - mówię jemu, i chwalić Boga, że są zamówienia, jest robota, bo najgorzej jak człowiek nie ma zajęcia.
-Tak, a dlaczego? - Zenek się zapyta.
-Bo dlatego, że jak się człowiek zaczyna nudzić, przychodzą mu do głowy różne głupie myśli, a jak ma zajęcie, to przynajmniej nie grzeszy.
-No właśnie, nie grzeszy, nie idź pan jeszcze, bo tu jest ciekawa sprawa. No bo weźmy takie szóste przykazanie. I jak to Kościół chce, żeby tylko ze swoją ślubną?
Panie, przecież tak się nie da. Oni sami wiedzą, że to niedorzeczne, bo jak to, tyle kobit panie i co? No pokaż mi pan takiego co to tylko ze ślubną.
-U nas tak jest i nie tylko u nas. Mogę wskazać wielu znajomych co też tylko ze ślubną, a takich jest dużo więcej, ich jest naprawdę większość panie Zenku.
-Szkoda, że musi pan już iść – posmutniał Zenek.
-Szkoda, dowidzenia.
Chyba mówiła też Ania podpunkt (e), że przekwitający faceci zaczynają się oglądać za obcymi kobietami.
Panowie, głupiejemy, widać to gołym okiem, więc miast się wstydzić naszego rozwoju życzmy sobie nawzajem dużo rozumu!
środa, 21 stycznia 2009
niedziela, 11 stycznia 2009
Jaja wokół dystrybutora
Ogół społeczeństwa jest głupi, co powtarzam od lat wszystkim dookoła i cieszę się, kiedy widzę, że niektórzy z moich kolegów zaczynają przyswajać ten aksjomat.
Oto bowiem czas jakiś temu i tak już zirytowanego telewidza nękały nadmiernie często nadawane kretyńskie od początku do końca, reklamy jak to górą dumnie leci orzeł (autorzy reklamy wzięli sobie widać do serca kontrowersyjną cytatę z WESELA, Wyspiańskiego), więc on sobie leci i niejako pilotuje sunącą w dole cysternę z paliwem. Jakby tego było mało, reklama głosiła, że jakości paliwa na tak zwanych odnośnych stacjach, broni orzeł.
Bzdurę ową wylansował dla maluczkich nowopowstały podówczas na polskim rynku moloch – nieskazitelnie monopolistyczny najprawdopodobniej koncern paliwowy Pekaen Łorlen.
(Cały ten biuletyn będzie zawierał wtrącenia w zapisie fonetycznym, bez czego, jak się okaże w dalszej jego części niemożliwym byłoby oddanie pikanterii dialogów, ale cicho teraz i czytajmy po kolei.)
W czasach ciężkich, choć ciekawych, mieliśmy dyktat państwowej firmy pod tytułem Centrala Produktów Naftowych, w skrócie CPN, miewającej kapitalny, skromny symbol graficzny, a literowy. CPN tak się głęboko w świadomość społeczną wbił, że do dziś wielu ludzi, nie tylko kierowców określając ten charakterystyczny punkt przy drodze jakim jest stacja benzynowa, mówi na przykład „TO JEST JAKIEŚ DWIESCIE METRÓW ZA CEPEENEM”.
Żeby wszak położyć kres symbolice niesławnej epoki, apogeum finansowe Łorlenu wymyśliło sobie, że ich grupa będzie identyfikowalna poprzez umowny wizerunek niby-orła.
Na pierwszy rzut oka nic w tym dziwnego. Przez swe pokaźne rozmiary, imponujący pułap jaki osiąga w przelocie, dostojną sylwetkę, głośny krzyk i zwyczaj nagłego atakowania ofiary wysoko z powietrza stał się orzeł maskotką, znakiem rozpoznawczym, gusłem i nakoniec godłem nawet wielu społeczności, w tym całych narodów. Są wprawdzie narody, które wybrały sokoła, nie orła, ale to ludy Wschodu i pustyni, co wydaje się zrozumiałe, gdyż u nich na niebie „rządzi” sokół, nie orzeł.
Orzeł jest godłem Polski oraz zarówno naszych braci Niemców jak i Rosjan. Orzeł niemiecki wydaje się być deczko przyciężki – dla prostoty załóżmy, że być może kreślił go artysta po licznych piwach, sam wielki i tłusty, więc dodał orłowi więcej ciała, niejako nadając mu tym samym mocarstwowej powagi; orzeł rosyjski z kolei ma cóś jakby o jedną głowę za dużo – znów krótko przyjmijmy, że być może rysował go artysta będący w stanie silnego upojenia alkoholowego, który rysował co widzi: pił, pił i wciąż widział dwie głowy. Jakkolwiek i niemiecki i ruski ptak, to orzeł.
O ile jestem w stanie zrozumieć, że ktoś wybierając sobie orła za wzór chciał tym wyrazić swoją i ludzką tęsknotę do latania (ja też chciałbym umieć latać, ale nie jest to ani moje pragnienie ani bynajmniej idee fixe), o tyle kategorycznie będę zwalczał błędną opinię o tym ptaku w innej materii.
Najpierw trzeba rzec, że orzeł, mimo całej swej dostojności, to taki duży ptasi kurzy móżdżek, wąsko wyspecjalizowany do trzebienia kilku zaledwie mniejszych zwierząt, zwłaszcza słabszych i chorych. Wystarczy mizernej inteligencji orła przeciwstawić przenikliwą bystrość oraz liczne zdolności kruka i nie ma o czym gadać.
Dalej, nie może żaden ptak, w tym orzeł, pełnić funkcji strażnika czy obrońcy, do czego przyuczyć się da inne zwierzęta. Człowiek rozumny potrafi sobie wyobrazić co by się działo gdyby ptaki obdarzone zostały przez Stwórcę skłonnością do agresji w stosunku do człowieka. Kto dociekliwy niech zajrzy do opowiadania Hitchocka jakie wykrętne musiał on i jego ekipa stosować tricki i oszukane zdjęcia podczas kręcenia „kultowego” filmu PTAKI, by udać chociażby scenę w której mała mewa ma sfrunąć na faceta i dziobnąć go w głowę.
Nakoniec tego krótkiego wprowadzenia należy się ze smutkiem przyznać, iż jesteśmy narodem pijaków i złodziei. Każdy wie co należałoby zrobić aby wyeliminować raz na zawsze koszmar pijanych kierowców, ale cóż z tego kiedy sejm nie służy społeczeństwu tylko samemu sobie. Tak samo ci, o których wszyscy wiemy kim są, nie dadzą sobie odciąć kolosalnych lewych przychodów płynących z kradzieży i fałszowania tudzież mięszania w paliwie chociażby przedrostkiem BIO.
Tak więc nasikaliśmy na wierutne bzdury którymi karmi nas władza oraz prasaradiotelewizja i możemy zacząć opowiadanie.
Na wstępie trzeba wiedzieć, że poza skończoną liczbą pojedynczych przypadków, jedynym i wyłącznym dostawcą paliwa do niemal WSZYSTKICH stacji na terenie Polski jest firma Pekaen Łorlen i jeżeli ktoś zachwala jaka to cudowna jest benzyna wipałer na Szelu czy jaki wydajny gaz na Bipi (dawniej Britisz Petroljem), a to co sprzedają na Łorlenie jest nic nie warte, on mnie śmieszy.
Przecież do licha ciężkiego te same paliwa sprzedawane są ludności indywidualnej przez różne firmy pod różnymi markami: raz jest to Eko98, raz Wipałer, inną razą Supradizel, a to wszystko jedno.
W firmie, w której pracowałem poprzednio, mieliśmy karty paliwowe Łorlen. Obecny mój pracodawca wyposażył nas w tzw. Ruteksy firmy Bipi.
Jeżdżę sobie w interesach tu i ówdzie i gdzie po drodze napotykam stację Bipi, tankuję w razie jest potrzeba czy inną żarówkę H4 kupię co się jak raz przepaliła.
Zwykle nie patrzę obsesyjnie co to za stacja, byle była Bipi, a jak niema Bipi, może być Statoil, który też honoruje nasze karty. Mam jednak pewne stacje, co do których zdobyłem swoiste doświadczenie, oparte na wynikach kilkunastu tankowań wyłącznie jednego rodzaju paliwa, do mojego pojazdu służbowego, w specyficznych warunkach pogodowych i tak dalej et cetera czyli na podstawie tego co teraz powiem nie można mnie skarżyć, choćby nawet kto bardzo chciał. Unikam stacji Bipi w Katowicach przy ulicy Bocheńskiego, unikam Bipi w Bytomiu-Łagiewnikach, unikam Bipi w Częstochowie przy Makdonaldach. Preferuję stacje Bipi w Katowicach przy Francuskiej, na Nikiszu oraz w Bytomiu od strony Zabrza.
Na stacji na Nikiszu jest jedna inteligentna pani i kiedy ona staje za kasą, zwykle jest wesoło. Typowa scena wygląda tak: pani wkłada moją kartę do maszynki, na której po chwili pojawia się czytelny napis POTWIERDŹ.
- Proszę potwierdzić kwotę- mówi pani.
Potwierdzam. Teraz komenda z wyświetlacza głosi PODAJ PIN.
- Proszę wprowadzić pin - mówi pani.
- Proszę pani – powiadam – umiem czytać.
- To fajno – powiada ona – ale ja mam obowiązek.
- Rozumiem i szanuję to, tylko proszę ciszej, bo się pomylę.
Wprowadzam pin i po chwili maszynka oznajmia PODAJ STAN LICZNIKA.
Nie podaję go tylko spoglądam na babkę za ladą, a ona, uśmiechnięta, patrzy oczami wysoko w górę, ponad sufit i ruchem warg, któremu towarzyszy seksownie subtelny szept, oznajmia TERAZ PROSZĘ PODAĆ STAN LICZNIKA.
Uśmiecham się i wprowadzam odczyt z moich zegarów, o ile go rzecz jasna nie zapomniałem podczas odgrywania tej scenki rodzajowej, bo jeżeli nie, wpisuję przejechane kilometry „na oko”, choć bywa, że zapomnę na śmierć wszystkich ostatnich trzech cyfr, wtedy muszę się wrócić do auta, na nowo zapamiętać odczyt i ponowić procedurę obsługi maszynki.
Kiedy maszynka przyjmie już i przemiele wszystkie dane, pani pyta grzecznie:
- A może coś jeszcze trzeba na kartę, płyn, olej czy inne?
- Nie, dziękuję, tymcasem mamy wszystko – odpowiadam uprzejmie i jest nam wesoło.
Z kolei w Chorzowie, w Będziniu i na Ształwajerach, zwykle kiedy obsługuje facet, napotykamy inne elementy składowe czynności płacenia za paliwo. Facet bierze do ręki moją kartę, na której w sposób jednoznaczny wyobrażone są poprzez wypukłość jak też metalicznie lśniący kolor srebrny, numery mojego autobusu jako to XYZ1234.
Facet odczytuje na głos XYZ1234, poczym podchodzi do okna, patrzy na mój autobus i odczytuje na głos XYZ1234 (widać nie opanował trudnej sztuki czytania w cichości). Znów zerka na kartę i mówi XYZ1234. Powraca do kasy i teraz lipi się w monitor, na którym widać mój autobus stojący pod dystrybutorem: na monitorze widać też wyraźnie numery samochodu, które sprzedawca odczytuje jako XYZ1234, poczym wzmacnia powiększenie – zoomuje kamerą na tablicę rejestracyjną, ponownie zerka na kartę, którą trzyma w dłoni i upewniwszy się ponad wszelką wątpliwość, zadowolony z siebie jakby właśnie skichał się w gacie, dumnie oznajmia XYZ1234. Patrzy teraz na mnie i podnoszoną intonacją zagaja XYZ1234.
Ignoruję tę głupawą zaczepkę, więc on teraz już pyta formalnie:
- XYZ1234, tak?
- NIE – odpowiadam głupkowi, bo co takiemu durniowi można odpowiedzieć.
Sprzedawca rozdziawia japę ze zdziwienia, że niby jak to: moja karta, moje auto, numery sprawdził na trzy sposoby i wszystko się zgadza, a ja mu zaprzeczam. W tym właśnie czasie klienci zastojący albo już się śmieją albo qrwują. Sprzedawca więc wykrzywia twarz w kwaśny grymas i wkłada wreszcie kartę w maszynkę do mielenia płatności.
Wczoraj w godzinach rannych udawałem się w celach służbowych do miasta, które ma w swym herbie zwierzę. Zwierzę to nie jest orłem wszakże, lecz koniem i ono nazywa siebie Końskie, to miasto. Do Końskich można jechać na kilka sposobów (czyż nie mawiali starożytni Rzymianie, iż wszystkie drogi prowadzą do Końskich?).
Mając na względzie ranną porę jak też spore natężenie ruchu z racji piątku, ze względów bezpieczeństwa przy wyborze trasy przejazdu kierowałem się priorytetem kategorii odśnieżania, wierząc, że jakkolwiek może ona w czas zimowy odzwierciedlać stan nawierzchni drogi ze szczególnym uwzględnieniem prawdopodobieństwa tak przejezdności jak i ryzyka gołoledzi. Wybór był zatem oczywisty: Częstochowa-->Radomsko-->Przedbórz -->Końskie.
Ruszyłem w trasę z niejakim dyskomfortem, a ową zmorą, która mnie męczyła była nieunikniona konieczność wypracowania decyzji względem zatankowania gdzieś po drodze. Paliwa w baku miałem, na tę pogodę i mój styl jazdy, co najmniej na jakie 250km i gdyby tylko w Końskich, odległych od domu o circa 195km, istniała stacja Bipi, zatankowałbym tam do pełna, ale wszyscy wiemy, że w Końskich nima Bipi.
Bopi na Ształwajerach minąłem, bo to za wcześnie. Jechałem dalej już to zatopiony w poranne modlitwy, już to układający sobie taktykę dzisiejszych rozmów, jednak w miarę jak oddalałem się od domu, coraz natarczywiej wracała myśl gdzie by tu zatankować. Jak powiada Alex, są dwie możliwości. A zatem albo Częstochowa albo Radomsko. Stacji w Częstochowie nie lubię, ponieważ ilekroć tam tankuję, z ich ropy jestem niezadowolony – silnik idzie niczym muł, a żre paliwo jak smok. Tak, ale jeżeli stacja w Radomsku będzie nieczynna czy trafi się tam dostawa paliwa... i zwykle ropa w Radomsku jest chyba najdroższa w Polsce, droższa nawet niż na początku „betonówki" na powrocie z Warszawy. Gdzieś pod Romanowem wypracowałem w końcu decyzję, że jednak chcąc nie chcąc trzeba tankować w Częstochowie.
Kiedym zjechał na Bipi była godzina 7:10. Duży pionowy wyświetlacz ogłaszał wszystkim, że dziś ON oltimet stoi 3,29zł/l, czyli nieźle. Podjechałem do dalszego dystrybutora, zapewniając sobie tym samym szybki start. Rozpocząłem tankowanie kiedy od stojącej z boku srebrnej dwieściesiódemki podszedł gościu i zagaił:
- Szefie, pan dopiero tankuje, ja? To jo sie ino wezna ta szczotka i zarozki oddom. Tu wziął na chwilę szczotkę moczoną w darmowym płynie do mycia szyb. Jak to miło usłyszeć naszych, pomyślałem sobie. Po wlaniu do baku 41 litrów paliwa pistolet odskoczył i pomału wtłoczyłem jeszcze około litra, prawie pod sam korek. Teraz ja przemyłem darmowo szybyświatłalusterka, spłukałem je czystą wodą i poszedłem zapłacić. Przy kasie stał człowiek w skórzanej kurtce, który tankował czarnego Szarana po mnie, jeden dystrybutor za mną, ale wyprzedził mnie do kasy kiedy ja darmowo przemywałem. Do niego prawie dobiegła by koniecznie stanąć do kasy przede mną, pstrokata kobieta w wiejskim koku na kształt stożka, którego wierzchołek sięgał ponad 30cm nad plecami od potylicy i zgrabniutkich kozakoszpilach numer czterdzieści osiem, ta co podjechała nibyłazikiem BMW z idealnie do niej pasującym mężczyzną - czystej krwi żulem, zafarbowanym jak ona, na czarno. Wewnątrz były jeszcze dwie inne kasy, owszem, ale one nie miały zamiaru obsługiwać klientów, ponieważ ich obsady ludzkie łakomie grzeszyły ciepłymi przekąskami. Skórzasty płacił i płacił i zdawało się nie być końca temu płaceniu. Kiedy już zapłacił, zażądał wystawienia faktury VAT. Za ladą, przy kasie stał facet, a jak zdążyłem się wielokrotnie przekonać, nie jest to najlepsze ani dla takiego faceta ani dla nieszczęśników, których on obsługuje. Nie wiedzieć dlaczego facet kilkukrotnie mylił się przy wprowadzaniu NIPu firmy, niemniej jednak skórzasty zachował spokój i trwał w nim również wtedy kiedy zacięła się drukarka, gdyż facet zapomniał włożyć na czas nową szpulę z papierem. Spokoju skórzastego nie zakłócił nawet fakt, iż faktura VAT została wystawiona z błędem w nazwie firmy. W czasie kiedy skórzasty był grzeczny, mająca najprawdopodobniej owsiki, pstrokata wierciła się, zwijała usta w dziubek i raz po raz zaczesywała sobie uszy w tył, w stronę koka-czubka o przedziwnej konstrukcji. Na dodatek wciąż mlaskała i ciamkała strzygąc oczami po całym sklepie czym wspaniale rozpraszała mnie i z każdą chwilą coraz trudniej przychodziło mi powtarzać w rozumie stan licznika 202 093, 202 093... Skórzasty odszedł w końcu od kasy z poprawnie wystawioną fakturą i teraz przyszła kolej na pstrokatą. Ta, machając długachnymi gałązkami przyzwała swego żula i teraz we dwójkę zaczęli płacić. Nie było to bynajmniej proste płacenie, bowiem na początek pstrokata oznajmiła sprzedawcy, że najpierw coś zjedzą. Długo przekomarzała się z żulem co zjedzą, aż zamówili hamburgera z kabanosem, potem dwie kawy, lecz tu weszli w spór czy ma być rozpuszczalna, czy z ekspresu, czy cappucinio czy może biała fusiata. Kiedy się przekomarzali co do kawy, w sklepie począł się roznosić aromat podgrzewanych wczorajszych słodkich bułek, któremu wtórował smród tandetnych parówek, podkreślany dodatkowo kwaśnym odorem keczapu bądź keczupu marki Roleski czy inny Heinz. Ostatecznie wybór padł na jedno małe cappucino i jedną dużą czarną z ekspresu. Teraz żul o połyskliwym granatowym włosie lśniącym brylantyną, postawił na ladzie 1l wody moralnej i w tej samej chwili pstrokata wysłała go do lodówki po drugą wodę. Sprzedawca spokojnie przeciągnął czytnik po leżącej na ladzie, zafoliowanej kartce z całą gamą kodów kreskowych najwyraźniej uprzynależnionych najlepiej widać „schodzącym” produktom. Już, już mieli płacić, kiedy pstrokata grypsem poprosiła o coś niezrozumiałego. Sprzedawca znał się widać na rzeczy, ponieważ sięgnął na pamięć i bezbłędnie dobył z półki właściwe pudełko papierosów spośród około setki niemal identycznych stojących obok siebie srebrnych pudełek. Żul wyjął z kieszeni zwitek banknotów, wyekstrahował z niego trzy setki i zapłacił. Tym samym para żuli przeszła do części konsumpcyjnej sklepu, gdzie czekał już na nich zamówiony posiłek. W wyniku tego manewru, spomiędzy dwóch przesadnie dużych stojaków bijących w oczy kierowców zbliżających się do lady, setkami najprzeróżniejszych prezerwatyw, wyłoniła się przede mną postać sprzedawcy. Sprzedawca, młody brunet lat około trzydziestu, wydał mi się sympatyczny i uprzejmy. Rozpoczęliśmy transakcję.
- Dzień dobry.
- Dobry, siódemka – komunikuję dla przyspieszenia sprawy.
- Jaki numer?
- Siódemka.
- Jeszcze raz, który dystrybutor?
- Siódmy.
- Piątka, tak?
- Siódemka.
- Nie ma siódemki, piątka tak?
- Panie, patrz pan: duży srebrny tu pod oknem, stoi przy siódemce.
- Ale nie ma siódemki.
- Panie, (w domyśle kuźwa) , co niema, jakie niema, przecież ja tam stoję pod siódemką, nie widzi pan jaki duży jest numer na dystrybutorze? To siedem!
- Ale ja nie mam siódemki.
- Jak to pan niema? Stoi jak wół!
Sprzedawcę zatkało i zapanowała cisza, w której usłyszałem jak dwaj młodzi zastojący względem mnie komentują a chichoczą, bo tu gdzieś na stacji benzynowej pojawiła się tirówka, a jest dopiero wpół do ósmej i jaka ona wymalowana i jak lekko ubrana, ale właściwie, to co że ciemno, zimamróz, w końcu już pora ruszać do roboty.
- Pan na pewno tankował z siódemki, nie z piątki?
- Panie, daj mi pan spokój, ja nie mam czasu.
W sukurs przyszła jak się wydaje kierowniczka zmiany czy ktoś wyższy rangą. Widocznie tyleco zjadła śniadanie, bo obciera jeszcze usta i przełyka. Wygląd ma bardziej oficjalny, zda się urzędowy prawie. Nawija:
- Więc pan tankował z siódemki, a tu nie ma siódemki, a może z piątki?
- Męczy mnie to.
- Co pan brał?
- Superdizel.
- Olej tak?
- Oltimet.
- Olej altimejt?
- Olej oltimet.
- Na jaką kwotę?
- Nie wiem, nie patrzyłem na kwotę, kończyłem tankowanie jak było 41 litrów.
- Czterdzieści jeden litrów olej altimejt i płyn zimowy tak?
- Nie, czterdzieści jeden olej oltimet i żadnych płynów.
- Łap tego pana z piątki, bo zaraz odjedzie – poleciła szefowa młodemu sprzedawcy, który wybiegł ze sklepu jak strzała.
- Co my tu mamy, altimejt, altimejt, jest! Sześćdziesiąt cztery litry altimejt, to pan, prawda?
- Nie, tyle nie zmieści się do mojego baku, wziąłem lekko powyżej czterdzieści jeden.
- No to niema. Kolega skasował tego pana z piątki za pana tankowanie, a teraz pan musi zapłacić te sześćdziesiąt cztery litry.
- Nic nie muszę i zapłacę tylko za moje tankowanie, wciąż stoję pod siódemką i nic mi nie wmówicie.
- Kurcze bo kolega nie włożył szpuli i nie ma kopii, a odczyt z komputera już skasował, ale zaraz dobierzemy się do kopii zapasowej.
Sięgnęła gdzieś w dół. Coś szczęknęło, jęknęło i wydobyła z dna drukarki szpulę papieru z wydrukami. W międzyczasie młody sprzedawca przyprowadził skórzastego, który stanął obok mnie, położył na ladzie swoja fakturę VAT, o którą tyle walczył i pyta czy coś nie w porządku.
- Oj jak to dobrze, jak to dobrze– poczęła juścić nad rozwiniętą rolką papieru szefowa zmiany – niesamowite, i piątka i siódemka mają taki sam odczyt: czterdzieści jeden i siedemdziesiąt dziewięć litra altimejt.
- To się wymawia oltimet – nie wytrzymałem w końcu.
- OK., płaci pan za 41,79l altimejt.
- Oltimet.
- Ja nie będę się sugerowała tym co pan do mnie mówi – odrzekła urzędniczka.
- Faktura – bąknęła pod nosem.
...
- Faktura VAT- powtórzyła równie beznamiętnie, teraz już patrząc mi w oczy.
...
- Faktura VAT będzie?
- Nie.
- Och, rutex, przepraszam, ale jaja.
Istotnie, trzydzieści minut płacić za paliwo: ALE JAJA!
Oto bowiem czas jakiś temu i tak już zirytowanego telewidza nękały nadmiernie często nadawane kretyńskie od początku do końca, reklamy jak to górą dumnie leci orzeł (autorzy reklamy wzięli sobie widać do serca kontrowersyjną cytatę z WESELA, Wyspiańskiego), więc on sobie leci i niejako pilotuje sunącą w dole cysternę z paliwem. Jakby tego było mało, reklama głosiła, że jakości paliwa na tak zwanych odnośnych stacjach, broni orzeł.
Bzdurę ową wylansował dla maluczkich nowopowstały podówczas na polskim rynku moloch – nieskazitelnie monopolistyczny najprawdopodobniej koncern paliwowy Pekaen Łorlen.
(Cały ten biuletyn będzie zawierał wtrącenia w zapisie fonetycznym, bez czego, jak się okaże w dalszej jego części niemożliwym byłoby oddanie pikanterii dialogów, ale cicho teraz i czytajmy po kolei.)
W czasach ciężkich, choć ciekawych, mieliśmy dyktat państwowej firmy pod tytułem Centrala Produktów Naftowych, w skrócie CPN, miewającej kapitalny, skromny symbol graficzny, a literowy. CPN tak się głęboko w świadomość społeczną wbił, że do dziś wielu ludzi, nie tylko kierowców określając ten charakterystyczny punkt przy drodze jakim jest stacja benzynowa, mówi na przykład „TO JEST JAKIEŚ DWIESCIE METRÓW ZA CEPEENEM”.
Żeby wszak położyć kres symbolice niesławnej epoki, apogeum finansowe Łorlenu wymyśliło sobie, że ich grupa będzie identyfikowalna poprzez umowny wizerunek niby-orła.
Na pierwszy rzut oka nic w tym dziwnego. Przez swe pokaźne rozmiary, imponujący pułap jaki osiąga w przelocie, dostojną sylwetkę, głośny krzyk i zwyczaj nagłego atakowania ofiary wysoko z powietrza stał się orzeł maskotką, znakiem rozpoznawczym, gusłem i nakoniec godłem nawet wielu społeczności, w tym całych narodów. Są wprawdzie narody, które wybrały sokoła, nie orła, ale to ludy Wschodu i pustyni, co wydaje się zrozumiałe, gdyż u nich na niebie „rządzi” sokół, nie orzeł.
Orzeł jest godłem Polski oraz zarówno naszych braci Niemców jak i Rosjan. Orzeł niemiecki wydaje się być deczko przyciężki – dla prostoty załóżmy, że być może kreślił go artysta po licznych piwach, sam wielki i tłusty, więc dodał orłowi więcej ciała, niejako nadając mu tym samym mocarstwowej powagi; orzeł rosyjski z kolei ma cóś jakby o jedną głowę za dużo – znów krótko przyjmijmy, że być może rysował go artysta będący w stanie silnego upojenia alkoholowego, który rysował co widzi: pił, pił i wciąż widział dwie głowy. Jakkolwiek i niemiecki i ruski ptak, to orzeł.
O ile jestem w stanie zrozumieć, że ktoś wybierając sobie orła za wzór chciał tym wyrazić swoją i ludzką tęsknotę do latania (ja też chciałbym umieć latać, ale nie jest to ani moje pragnienie ani bynajmniej idee fixe), o tyle kategorycznie będę zwalczał błędną opinię o tym ptaku w innej materii.
Najpierw trzeba rzec, że orzeł, mimo całej swej dostojności, to taki duży ptasi kurzy móżdżek, wąsko wyspecjalizowany do trzebienia kilku zaledwie mniejszych zwierząt, zwłaszcza słabszych i chorych. Wystarczy mizernej inteligencji orła przeciwstawić przenikliwą bystrość oraz liczne zdolności kruka i nie ma o czym gadać.
Dalej, nie może żaden ptak, w tym orzeł, pełnić funkcji strażnika czy obrońcy, do czego przyuczyć się da inne zwierzęta. Człowiek rozumny potrafi sobie wyobrazić co by się działo gdyby ptaki obdarzone zostały przez Stwórcę skłonnością do agresji w stosunku do człowieka. Kto dociekliwy niech zajrzy do opowiadania Hitchocka jakie wykrętne musiał on i jego ekipa stosować tricki i oszukane zdjęcia podczas kręcenia „kultowego” filmu PTAKI, by udać chociażby scenę w której mała mewa ma sfrunąć na faceta i dziobnąć go w głowę.
Nakoniec tego krótkiego wprowadzenia należy się ze smutkiem przyznać, iż jesteśmy narodem pijaków i złodziei. Każdy wie co należałoby zrobić aby wyeliminować raz na zawsze koszmar pijanych kierowców, ale cóż z tego kiedy sejm nie służy społeczeństwu tylko samemu sobie. Tak samo ci, o których wszyscy wiemy kim są, nie dadzą sobie odciąć kolosalnych lewych przychodów płynących z kradzieży i fałszowania tudzież mięszania w paliwie chociażby przedrostkiem BIO.
Tak więc nasikaliśmy na wierutne bzdury którymi karmi nas władza oraz prasaradiotelewizja i możemy zacząć opowiadanie.
Na wstępie trzeba wiedzieć, że poza skończoną liczbą pojedynczych przypadków, jedynym i wyłącznym dostawcą paliwa do niemal WSZYSTKICH stacji na terenie Polski jest firma Pekaen Łorlen i jeżeli ktoś zachwala jaka to cudowna jest benzyna wipałer na Szelu czy jaki wydajny gaz na Bipi (dawniej Britisz Petroljem), a to co sprzedają na Łorlenie jest nic nie warte, on mnie śmieszy.
Przecież do licha ciężkiego te same paliwa sprzedawane są ludności indywidualnej przez różne firmy pod różnymi markami: raz jest to Eko98, raz Wipałer, inną razą Supradizel, a to wszystko jedno.
W firmie, w której pracowałem poprzednio, mieliśmy karty paliwowe Łorlen. Obecny mój pracodawca wyposażył nas w tzw. Ruteksy firmy Bipi.
Jeżdżę sobie w interesach tu i ówdzie i gdzie po drodze napotykam stację Bipi, tankuję w razie jest potrzeba czy inną żarówkę H4 kupię co się jak raz przepaliła.
Zwykle nie patrzę obsesyjnie co to za stacja, byle była Bipi, a jak niema Bipi, może być Statoil, który też honoruje nasze karty. Mam jednak pewne stacje, co do których zdobyłem swoiste doświadczenie, oparte na wynikach kilkunastu tankowań wyłącznie jednego rodzaju paliwa, do mojego pojazdu służbowego, w specyficznych warunkach pogodowych i tak dalej et cetera czyli na podstawie tego co teraz powiem nie można mnie skarżyć, choćby nawet kto bardzo chciał. Unikam stacji Bipi w Katowicach przy ulicy Bocheńskiego, unikam Bipi w Bytomiu-Łagiewnikach, unikam Bipi w Częstochowie przy Makdonaldach. Preferuję stacje Bipi w Katowicach przy Francuskiej, na Nikiszu oraz w Bytomiu od strony Zabrza.
Na stacji na Nikiszu jest jedna inteligentna pani i kiedy ona staje za kasą, zwykle jest wesoło. Typowa scena wygląda tak: pani wkłada moją kartę do maszynki, na której po chwili pojawia się czytelny napis POTWIERDŹ.
- Proszę potwierdzić kwotę- mówi pani.
Potwierdzam. Teraz komenda z wyświetlacza głosi PODAJ PIN.
- Proszę wprowadzić pin - mówi pani.
- Proszę pani – powiadam – umiem czytać.
- To fajno – powiada ona – ale ja mam obowiązek.
- Rozumiem i szanuję to, tylko proszę ciszej, bo się pomylę.
Wprowadzam pin i po chwili maszynka oznajmia PODAJ STAN LICZNIKA.
Nie podaję go tylko spoglądam na babkę za ladą, a ona, uśmiechnięta, patrzy oczami wysoko w górę, ponad sufit i ruchem warg, któremu towarzyszy seksownie subtelny szept, oznajmia TERAZ PROSZĘ PODAĆ STAN LICZNIKA.
Uśmiecham się i wprowadzam odczyt z moich zegarów, o ile go rzecz jasna nie zapomniałem podczas odgrywania tej scenki rodzajowej, bo jeżeli nie, wpisuję przejechane kilometry „na oko”, choć bywa, że zapomnę na śmierć wszystkich ostatnich trzech cyfr, wtedy muszę się wrócić do auta, na nowo zapamiętać odczyt i ponowić procedurę obsługi maszynki.
Kiedy maszynka przyjmie już i przemiele wszystkie dane, pani pyta grzecznie:
- A może coś jeszcze trzeba na kartę, płyn, olej czy inne?
- Nie, dziękuję, tymcasem mamy wszystko – odpowiadam uprzejmie i jest nam wesoło.
Z kolei w Chorzowie, w Będziniu i na Ształwajerach, zwykle kiedy obsługuje facet, napotykamy inne elementy składowe czynności płacenia za paliwo. Facet bierze do ręki moją kartę, na której w sposób jednoznaczny wyobrażone są poprzez wypukłość jak też metalicznie lśniący kolor srebrny, numery mojego autobusu jako to XYZ1234.
Facet odczytuje na głos XYZ1234, poczym podchodzi do okna, patrzy na mój autobus i odczytuje na głos XYZ1234 (widać nie opanował trudnej sztuki czytania w cichości). Znów zerka na kartę i mówi XYZ1234. Powraca do kasy i teraz lipi się w monitor, na którym widać mój autobus stojący pod dystrybutorem: na monitorze widać też wyraźnie numery samochodu, które sprzedawca odczytuje jako XYZ1234, poczym wzmacnia powiększenie – zoomuje kamerą na tablicę rejestracyjną, ponownie zerka na kartę, którą trzyma w dłoni i upewniwszy się ponad wszelką wątpliwość, zadowolony z siebie jakby właśnie skichał się w gacie, dumnie oznajmia XYZ1234. Patrzy teraz na mnie i podnoszoną intonacją zagaja XYZ1234.
Ignoruję tę głupawą zaczepkę, więc on teraz już pyta formalnie:
- XYZ1234, tak?
- NIE – odpowiadam głupkowi, bo co takiemu durniowi można odpowiedzieć.
Sprzedawca rozdziawia japę ze zdziwienia, że niby jak to: moja karta, moje auto, numery sprawdził na trzy sposoby i wszystko się zgadza, a ja mu zaprzeczam. W tym właśnie czasie klienci zastojący albo już się śmieją albo qrwują. Sprzedawca więc wykrzywia twarz w kwaśny grymas i wkłada wreszcie kartę w maszynkę do mielenia płatności.
Wczoraj w godzinach rannych udawałem się w celach służbowych do miasta, które ma w swym herbie zwierzę. Zwierzę to nie jest orłem wszakże, lecz koniem i ono nazywa siebie Końskie, to miasto. Do Końskich można jechać na kilka sposobów (czyż nie mawiali starożytni Rzymianie, iż wszystkie drogi prowadzą do Końskich?).
Mając na względzie ranną porę jak też spore natężenie ruchu z racji piątku, ze względów bezpieczeństwa przy wyborze trasy przejazdu kierowałem się priorytetem kategorii odśnieżania, wierząc, że jakkolwiek może ona w czas zimowy odzwierciedlać stan nawierzchni drogi ze szczególnym uwzględnieniem prawdopodobieństwa tak przejezdności jak i ryzyka gołoledzi. Wybór był zatem oczywisty: Częstochowa-->Radomsko-->Przedbórz -->Końskie.
Ruszyłem w trasę z niejakim dyskomfortem, a ową zmorą, która mnie męczyła była nieunikniona konieczność wypracowania decyzji względem zatankowania gdzieś po drodze. Paliwa w baku miałem, na tę pogodę i mój styl jazdy, co najmniej na jakie 250km i gdyby tylko w Końskich, odległych od domu o circa 195km, istniała stacja Bipi, zatankowałbym tam do pełna, ale wszyscy wiemy, że w Końskich nima Bipi.
Bopi na Ształwajerach minąłem, bo to za wcześnie. Jechałem dalej już to zatopiony w poranne modlitwy, już to układający sobie taktykę dzisiejszych rozmów, jednak w miarę jak oddalałem się od domu, coraz natarczywiej wracała myśl gdzie by tu zatankować. Jak powiada Alex, są dwie możliwości. A zatem albo Częstochowa albo Radomsko. Stacji w Częstochowie nie lubię, ponieważ ilekroć tam tankuję, z ich ropy jestem niezadowolony – silnik idzie niczym muł, a żre paliwo jak smok. Tak, ale jeżeli stacja w Radomsku będzie nieczynna czy trafi się tam dostawa paliwa... i zwykle ropa w Radomsku jest chyba najdroższa w Polsce, droższa nawet niż na początku „betonówki" na powrocie z Warszawy. Gdzieś pod Romanowem wypracowałem w końcu decyzję, że jednak chcąc nie chcąc trzeba tankować w Częstochowie.
Kiedym zjechał na Bipi była godzina 7:10. Duży pionowy wyświetlacz ogłaszał wszystkim, że dziś ON oltimet stoi 3,29zł/l, czyli nieźle. Podjechałem do dalszego dystrybutora, zapewniając sobie tym samym szybki start. Rozpocząłem tankowanie kiedy od stojącej z boku srebrnej dwieściesiódemki podszedł gościu i zagaił:
- Szefie, pan dopiero tankuje, ja? To jo sie ino wezna ta szczotka i zarozki oddom. Tu wziął na chwilę szczotkę moczoną w darmowym płynie do mycia szyb. Jak to miło usłyszeć naszych, pomyślałem sobie. Po wlaniu do baku 41 litrów paliwa pistolet odskoczył i pomału wtłoczyłem jeszcze około litra, prawie pod sam korek. Teraz ja przemyłem darmowo szybyświatłalusterka, spłukałem je czystą wodą i poszedłem zapłacić. Przy kasie stał człowiek w skórzanej kurtce, który tankował czarnego Szarana po mnie, jeden dystrybutor za mną, ale wyprzedził mnie do kasy kiedy ja darmowo przemywałem. Do niego prawie dobiegła by koniecznie stanąć do kasy przede mną, pstrokata kobieta w wiejskim koku na kształt stożka, którego wierzchołek sięgał ponad 30cm nad plecami od potylicy i zgrabniutkich kozakoszpilach numer czterdzieści osiem, ta co podjechała nibyłazikiem BMW z idealnie do niej pasującym mężczyzną - czystej krwi żulem, zafarbowanym jak ona, na czarno. Wewnątrz były jeszcze dwie inne kasy, owszem, ale one nie miały zamiaru obsługiwać klientów, ponieważ ich obsady ludzkie łakomie grzeszyły ciepłymi przekąskami. Skórzasty płacił i płacił i zdawało się nie być końca temu płaceniu. Kiedy już zapłacił, zażądał wystawienia faktury VAT. Za ladą, przy kasie stał facet, a jak zdążyłem się wielokrotnie przekonać, nie jest to najlepsze ani dla takiego faceta ani dla nieszczęśników, których on obsługuje. Nie wiedzieć dlaczego facet kilkukrotnie mylił się przy wprowadzaniu NIPu firmy, niemniej jednak skórzasty zachował spokój i trwał w nim również wtedy kiedy zacięła się drukarka, gdyż facet zapomniał włożyć na czas nową szpulę z papierem. Spokoju skórzastego nie zakłócił nawet fakt, iż faktura VAT została wystawiona z błędem w nazwie firmy. W czasie kiedy skórzasty był grzeczny, mająca najprawdopodobniej owsiki, pstrokata wierciła się, zwijała usta w dziubek i raz po raz zaczesywała sobie uszy w tył, w stronę koka-czubka o przedziwnej konstrukcji. Na dodatek wciąż mlaskała i ciamkała strzygąc oczami po całym sklepie czym wspaniale rozpraszała mnie i z każdą chwilą coraz trudniej przychodziło mi powtarzać w rozumie stan licznika 202 093, 202 093... Skórzasty odszedł w końcu od kasy z poprawnie wystawioną fakturą i teraz przyszła kolej na pstrokatą. Ta, machając długachnymi gałązkami przyzwała swego żula i teraz we dwójkę zaczęli płacić. Nie było to bynajmniej proste płacenie, bowiem na początek pstrokata oznajmiła sprzedawcy, że najpierw coś zjedzą. Długo przekomarzała się z żulem co zjedzą, aż zamówili hamburgera z kabanosem, potem dwie kawy, lecz tu weszli w spór czy ma być rozpuszczalna, czy z ekspresu, czy cappucinio czy może biała fusiata. Kiedy się przekomarzali co do kawy, w sklepie począł się roznosić aromat podgrzewanych wczorajszych słodkich bułek, któremu wtórował smród tandetnych parówek, podkreślany dodatkowo kwaśnym odorem keczapu bądź keczupu marki Roleski czy inny Heinz. Ostatecznie wybór padł na jedno małe cappucino i jedną dużą czarną z ekspresu. Teraz żul o połyskliwym granatowym włosie lśniącym brylantyną, postawił na ladzie 1l wody moralnej i w tej samej chwili pstrokata wysłała go do lodówki po drugą wodę. Sprzedawca spokojnie przeciągnął czytnik po leżącej na ladzie, zafoliowanej kartce z całą gamą kodów kreskowych najwyraźniej uprzynależnionych najlepiej widać „schodzącym” produktom. Już, już mieli płacić, kiedy pstrokata grypsem poprosiła o coś niezrozumiałego. Sprzedawca znał się widać na rzeczy, ponieważ sięgnął na pamięć i bezbłędnie dobył z półki właściwe pudełko papierosów spośród około setki niemal identycznych stojących obok siebie srebrnych pudełek. Żul wyjął z kieszeni zwitek banknotów, wyekstrahował z niego trzy setki i zapłacił. Tym samym para żuli przeszła do części konsumpcyjnej sklepu, gdzie czekał już na nich zamówiony posiłek. W wyniku tego manewru, spomiędzy dwóch przesadnie dużych stojaków bijących w oczy kierowców zbliżających się do lady, setkami najprzeróżniejszych prezerwatyw, wyłoniła się przede mną postać sprzedawcy. Sprzedawca, młody brunet lat około trzydziestu, wydał mi się sympatyczny i uprzejmy. Rozpoczęliśmy transakcję.
- Dzień dobry.
- Dobry, siódemka – komunikuję dla przyspieszenia sprawy.
- Jaki numer?
- Siódemka.
- Jeszcze raz, który dystrybutor?
- Siódmy.
- Piątka, tak?
- Siódemka.
- Nie ma siódemki, piątka tak?
- Panie, patrz pan: duży srebrny tu pod oknem, stoi przy siódemce.
- Ale nie ma siódemki.
- Panie, (w domyśle kuźwa) , co niema, jakie niema, przecież ja tam stoję pod siódemką, nie widzi pan jaki duży jest numer na dystrybutorze? To siedem!
- Ale ja nie mam siódemki.
- Jak to pan niema? Stoi jak wół!
Sprzedawcę zatkało i zapanowała cisza, w której usłyszałem jak dwaj młodzi zastojący względem mnie komentują a chichoczą, bo tu gdzieś na stacji benzynowej pojawiła się tirówka, a jest dopiero wpół do ósmej i jaka ona wymalowana i jak lekko ubrana, ale właściwie, to co że ciemno, zimamróz, w końcu już pora ruszać do roboty.
- Pan na pewno tankował z siódemki, nie z piątki?
- Panie, daj mi pan spokój, ja nie mam czasu.
W sukurs przyszła jak się wydaje kierowniczka zmiany czy ktoś wyższy rangą. Widocznie tyleco zjadła śniadanie, bo obciera jeszcze usta i przełyka. Wygląd ma bardziej oficjalny, zda się urzędowy prawie. Nawija:
- Więc pan tankował z siódemki, a tu nie ma siódemki, a może z piątki?
- Męczy mnie to.
- Co pan brał?
- Superdizel.
- Olej tak?
- Oltimet.
- Olej altimejt?
- Olej oltimet.
- Na jaką kwotę?
- Nie wiem, nie patrzyłem na kwotę, kończyłem tankowanie jak było 41 litrów.
- Czterdzieści jeden litrów olej altimejt i płyn zimowy tak?
- Nie, czterdzieści jeden olej oltimet i żadnych płynów.
- Łap tego pana z piątki, bo zaraz odjedzie – poleciła szefowa młodemu sprzedawcy, który wybiegł ze sklepu jak strzała.
- Co my tu mamy, altimejt, altimejt, jest! Sześćdziesiąt cztery litry altimejt, to pan, prawda?
- Nie, tyle nie zmieści się do mojego baku, wziąłem lekko powyżej czterdzieści jeden.
- No to niema. Kolega skasował tego pana z piątki za pana tankowanie, a teraz pan musi zapłacić te sześćdziesiąt cztery litry.
- Nic nie muszę i zapłacę tylko za moje tankowanie, wciąż stoję pod siódemką i nic mi nie wmówicie.
- Kurcze bo kolega nie włożył szpuli i nie ma kopii, a odczyt z komputera już skasował, ale zaraz dobierzemy się do kopii zapasowej.
Sięgnęła gdzieś w dół. Coś szczęknęło, jęknęło i wydobyła z dna drukarki szpulę papieru z wydrukami. W międzyczasie młody sprzedawca przyprowadził skórzastego, który stanął obok mnie, położył na ladzie swoja fakturę VAT, o którą tyle walczył i pyta czy coś nie w porządku.
- Oj jak to dobrze, jak to dobrze– poczęła juścić nad rozwiniętą rolką papieru szefowa zmiany – niesamowite, i piątka i siódemka mają taki sam odczyt: czterdzieści jeden i siedemdziesiąt dziewięć litra altimejt.
- To się wymawia oltimet – nie wytrzymałem w końcu.
- OK., płaci pan za 41,79l altimejt.
- Oltimet.
- Ja nie będę się sugerowała tym co pan do mnie mówi – odrzekła urzędniczka.
- Faktura – bąknęła pod nosem.
...
- Faktura VAT- powtórzyła równie beznamiętnie, teraz już patrząc mi w oczy.
...
- Faktura VAT będzie?
- Nie.
- Och, rutex, przepraszam, ale jaja.
Istotnie, trzydzieści minut płacić za paliwo: ALE JAJA!
piątek, 9 stycznia 2009
Graffiti
Graffiti to pojęcie stosunkowo nowe.
W czasach komuny nie do pomyślenia było żeby ktokolwiek wysmarował cogdzie na murze. Jeżeli się już taki odważył, a czynił to z pobudek patriotycznych i na tynku jakiegoś bloku pięknego rzecz jasna osiedla mieszkaniowego wielkoprzemysłowej dzielnicy (koniecznie przemysłu ciężkiego pracującego dla dobra gospodarki narodowej), napisał brzydkie słowo czy dajmy na to prawdziwe słowo na temat władz reżimu komunistycznego, co o ironio, było przecież równoznaczne, zaraz został pojmany przez właściwe organa, doprowadzony przed oblicze i skazany wyrokiem sądu czy jakiego podlejszego kolegium d/s wykroczeń. Jak się nietrudno domyśleć, sprawca taki obdarzony inwencją nie mógł przecież zostać skazany czy nawet obwiniony o krytykę najcudowniejszego pod słońcem ustroju społeczno-politycznego, mimo iż wylał swe żale wyłącznie z powodów politycznych. Nieważne czy artysta uliczny zostawił na ścianie napis MO – Gestapo, Gierek dupa, czy PZPR walczy, zawsze, na podstawie prawomocnego wyroku niezawisłego sądu albo on słono zapłacił albo poszedł siedzieć za jedno z dwóch:
a/ oszpecenie elewacji,
b/ uszkodzenie elewacji.
Że dziś młode gnojki dopiero oszpecają i niszczą elewacje, ławki, autobusy i pociągi, nie nam tu utyskiwać, choć bolesne to zjawisko kiedy się chuligaństwo zachłysnęło nadmiarem pseudo-wolności.
Co by wszak nie powiedział, niektóre z przejawów malowania ściennego są interesujące, jak choćby ten, który dostrzegłem dziś w Radomsku, naprzeciw klasztoru Franciszkanów, od strony północnej.
Ten to przejaw długą chwilę przyglądał się mnie, a ja jemu i trwaliśmy tak aż wyjąłem aparat i zrobiłem jemu zdjęcie.
Tymcasem!
W czasach komuny nie do pomyślenia było żeby ktokolwiek wysmarował cogdzie na murze. Jeżeli się już taki odważył, a czynił to z pobudek patriotycznych i na tynku jakiegoś bloku pięknego rzecz jasna osiedla mieszkaniowego wielkoprzemysłowej dzielnicy (koniecznie przemysłu ciężkiego pracującego dla dobra gospodarki narodowej), napisał brzydkie słowo czy dajmy na to prawdziwe słowo na temat władz reżimu komunistycznego, co o ironio, było przecież równoznaczne, zaraz został pojmany przez właściwe organa, doprowadzony przed oblicze i skazany wyrokiem sądu czy jakiego podlejszego kolegium d/s wykroczeń. Jak się nietrudno domyśleć, sprawca taki obdarzony inwencją nie mógł przecież zostać skazany czy nawet obwiniony o krytykę najcudowniejszego pod słońcem ustroju społeczno-politycznego, mimo iż wylał swe żale wyłącznie z powodów politycznych. Nieważne czy artysta uliczny zostawił na ścianie napis MO – Gestapo, Gierek dupa, czy PZPR walczy, zawsze, na podstawie prawomocnego wyroku niezawisłego sądu albo on słono zapłacił albo poszedł siedzieć za jedno z dwóch:
a/ oszpecenie elewacji,
b/ uszkodzenie elewacji.
Że dziś młode gnojki dopiero oszpecają i niszczą elewacje, ławki, autobusy i pociągi, nie nam tu utyskiwać, choć bolesne to zjawisko kiedy się chuligaństwo zachłysnęło nadmiarem pseudo-wolności.
Co by wszak nie powiedział, niektóre z przejawów malowania ściennego są interesujące, jak choćby ten, który dostrzegłem dziś w Radomsku, naprzeciw klasztoru Franciszkanów, od strony północnej.
Ten to przejaw długą chwilę przyglądał się mnie, a ja jemu i trwaliśmy tak aż wyjąłem aparat i zrobiłem jemu zdjęcie.
Tymcasem!
czwartek, 1 stycznia 2009
Natennowyrok
Stało się. Włączyłem telefon przed południem drugiego dnia Świąt, a on odebrał 7(siedem) sesemesów w tym pięć debilnych, za to dziś, w Nowy Rok, przyszło ich 6(sześć), z czego dwa kretyńskie. Jeśliwięc znalazłby się jaki statystyk, któryby te dane zestawił z analogicznym okresem roku ubiegłego, mógłby stwierdzić, że głupota pomału ustępuje. Mógłby, lecz wtedy byłby on w błędzie, ponieważ rozważyłby klasyczne pars pro toto. Głupota wszak mieszka w narodzie i bynajmniej nie cofa siebie, ino na podstawie teorematu cieplnego Nernsta, stale rośnie. Przemożnie objawiła się wczorajdzisiaj w godzinie zerozero. Jak co roku, jednostki preferujące prymityw ponad intelekt (John Lennon: MIND GAMES czy Sting: SEVEN DAYS), rozrywały nakazaną prawem ciszę nocną, przy czym łoskot sztucznych ogni i petard nie trwał minut piętnaście czy dwadzieścia, jak to drzewiej bywało. Nie, ponieważ on nie pozwolił mnie spać blisko półtorej godziny, co skutkowało pójściem dziś na mszę miast na godzinę 8:00, dopiero na 9:30.
I ponieważ mnie państwo zasypuje głupawymi pytaniami co ja teraz robię i jak spędzam, odpowiem, że w atmosferze domowej, rodzinnej, a to mianowicie słucham sobie ruskich kolęd na sourroundzie, zaś w tle, na laptoku, zgrywam płytkę DVD ze zdjęciami z wakacji, bo niechby tam gdzie nie daj Boże co pierdukło na jakim twardym dysku amboco, mógłbym, przez własną bezmyślność, zostać pozbawionym cennych dla mnie zasobów dokumentacji.
I od razu przechodzimy do jądra zagadnienia. Żadne przejście starego roku w nowy nie było i nie będzie dla mnie, poza okradaniem mnie z cennego snu, żadnym przełomem czy powodem do zadumy. Zmiana daty, tak samo jak zmiana ogumienia, odzieży, czy innego przedziurawionego garnka jest przecież taką samą prostą koniecznością. Doprawdy bardziej mnie żal dópe ściska i więcej refleksji nachodzi czy celowym była zmiana, bez spisania protokołu konieczności, starych laci, które były jeszcze całkiem dobre, na nowe, tylko dlatego, że moja ślubna wnerwiła się i podczas kiedy byłem w pracy, wzięła i wyrzuciła mi stare lacie. Zarówno zwalczam pojawiające się oraz mogące jeszcze nastąpić w prasieradiutelewizji, organizowane w celach zarobkowych oraz reklamowych czyli też zarobkowych, wszelkie zestawienia (jeżeli pominąć mój własny ustęp o fajerwerkach, nieco powyżej), porównania, plebiscyty i temu podobne dyrdymały. Wychodząc wszak naprzeciw zapotrzebowaniu ogółu społeczeństwa, który jak wiadomo, jest głupi, w ciemno komunikuję, iż w roku 2008 mieliśmy 197 dni słonecznych, z czego tylko 323 dni robocze, za najpopularniejszą piosenkę roku publiczność jednogłośnie uznała orędzie noworoczne tak zwanego premiera, sportowcem roku niespodziewanie okazał się Waldemar Pawlak, oraz, że średnio zbiednieliśmy o dalsze jedenaściekomatrzy procenta.
Nakoniec, żeby była pełna jasność poglądów, ponieważ nie życzę na okoliczność, której nie uważam; zasadniczo ZAWSZE życzę wszystkim dobrze, dopiero jak mi ktoś dopiecze, wtedy życzę mu dobrze, ale nie bardzo.
I już na sam ostatek, zamieszczam zdjęcie, które wydaje się być zgodnie z narzuconą obecnie doktryną nicości, będącą przedsionkiem nihilizmu, takie bezpłciowe co to być może conajwyżej się komu skojarzy z jakim karnabalem czyjak. To tylko pozory, bowiem ja tym zdjęciem obrażam uczucia religijne tych dupków, których nie drażni symbolika hinduistyczna, buddyjska, żydowska, muzułmańska ani żadna inna poza chrześcijańską, albowiem owe kolorowe plamki to przetworzone zdjęcie lampek na naszej choince, która stoi aby nas wszystkich cieszyć i oznajmiać wizytującym naszą rodzinę, że z radością obchodzimy sobie czas Bożego Narodzenia!
I ponieważ mnie państwo zasypuje głupawymi pytaniami co ja teraz robię i jak spędzam, odpowiem, że w atmosferze domowej, rodzinnej, a to mianowicie słucham sobie ruskich kolęd na sourroundzie, zaś w tle, na laptoku, zgrywam płytkę DVD ze zdjęciami z wakacji, bo niechby tam gdzie nie daj Boże co pierdukło na jakim twardym dysku amboco, mógłbym, przez własną bezmyślność, zostać pozbawionym cennych dla mnie zasobów dokumentacji.
I od razu przechodzimy do jądra zagadnienia. Żadne przejście starego roku w nowy nie było i nie będzie dla mnie, poza okradaniem mnie z cennego snu, żadnym przełomem czy powodem do zadumy. Zmiana daty, tak samo jak zmiana ogumienia, odzieży, czy innego przedziurawionego garnka jest przecież taką samą prostą koniecznością. Doprawdy bardziej mnie żal dópe ściska i więcej refleksji nachodzi czy celowym była zmiana, bez spisania protokołu konieczności, starych laci, które były jeszcze całkiem dobre, na nowe, tylko dlatego, że moja ślubna wnerwiła się i podczas kiedy byłem w pracy, wzięła i wyrzuciła mi stare lacie. Zarówno zwalczam pojawiające się oraz mogące jeszcze nastąpić w prasieradiutelewizji, organizowane w celach zarobkowych oraz reklamowych czyli też zarobkowych, wszelkie zestawienia (jeżeli pominąć mój własny ustęp o fajerwerkach, nieco powyżej), porównania, plebiscyty i temu podobne dyrdymały. Wychodząc wszak naprzeciw zapotrzebowaniu ogółu społeczeństwa, który jak wiadomo, jest głupi, w ciemno komunikuję, iż w roku 2008 mieliśmy 197 dni słonecznych, z czego tylko 323 dni robocze, za najpopularniejszą piosenkę roku publiczność jednogłośnie uznała orędzie noworoczne tak zwanego premiera, sportowcem roku niespodziewanie okazał się Waldemar Pawlak, oraz, że średnio zbiednieliśmy o dalsze jedenaściekomatrzy procenta.
Nakoniec, żeby była pełna jasność poglądów, ponieważ nie życzę na okoliczność, której nie uważam; zasadniczo ZAWSZE życzę wszystkim dobrze, dopiero jak mi ktoś dopiecze, wtedy życzę mu dobrze, ale nie bardzo.
I już na sam ostatek, zamieszczam zdjęcie, które wydaje się być zgodnie z narzuconą obecnie doktryną nicości, będącą przedsionkiem nihilizmu, takie bezpłciowe co to być może conajwyżej się komu skojarzy z jakim karnabalem czyjak. To tylko pozory, bowiem ja tym zdjęciem obrażam uczucia religijne tych dupków, których nie drażni symbolika hinduistyczna, buddyjska, żydowska, muzułmańska ani żadna inna poza chrześcijańską, albowiem owe kolorowe plamki to przetworzone zdjęcie lampek na naszej choince, która stoi aby nas wszystkich cieszyć i oznajmiać wizytującym naszą rodzinę, że z radością obchodzimy sobie czas Bożego Narodzenia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)