wtorek, 21 grudnia 2010

Niemal synteza paru głupich myśli

Kochani,

u progu Świąt Bożego Narodzenia różne się skłębiły w mojej głowie refleksje przyrodnicze, w tym iście odzwierzęce i żeby dojść do pobieżnego choćby rozumienia tych myśli, postanowiłem oprzeć je o jakie takie podstawy naukowe - sięgnąłem do darmowej encyklopedii czyli Wikipedii.

Pozwoliłem sobie na refleksyjne przedstawienie naukowych definicji z przykładami z życia codziennego i nie wiem czy mi się to wszystko razem dziwnie nie nakłada.

Ekologia – nauka o strukturze i funkcjonowaniu przyrody, zajmująca się badaniem oddziaływań pomiędzy organizmami a ich środowiskiem oraz wzajemnie między tymi organizmami.

Na naszym cmentarzu od zeszłego roku mieszka dziki królik. Widać go czasem jak sobie kica w alejkach i podgryza kwiatki.

Gdzie znalazł norkę, czy założył rodzinę? Nie wiem. Widać mu tam dobrze i życzę mu z całego serca by się jego stanowiskiem systematycznym w biotopie czy biocenozie panewnickiego cmentarza nigdy nie zajął żaden ekolog ani nie próbował dojść oddziaływania organizmu biednego królika na przeobrażające się organizmy spoczywających w pokoju i odwrotnie czy na organizmy całej licznej parafii i tych znów na organizm królika.

Terminu filozofia używa się w różnych znaczeniach. Trudno o definicję tego terminu, gdyż zakres rozważań filozoficznych i ich metoda ulegały zmianom w historii, a rozumienie filozofii jest uzależnione od wielu czynników, w tym od przyjętej tradycji filozoficznej.

Filozofowie głównie zajmują się ogólnymi, podstawowymi zagadnieniami dotyczącymi natury świata i człowieka. Filozofowie rozważają kwestie natury istnienia, rozumienia bytu i rzeczywistości, poznawalności rzeczywistości i prawdy, moralności, powinności i koncepcji wartości, także zagadnienia dotyczące człowieka, (antropologia filozoficzna), a także kwestie społeczne, prawne, teologiczne i inne.

Najprawdopodobniej nie śniło się filozofom starożytnym czy powiedzmy klasycznym, co się wyrabia w Ligocie, a o czym można się przekonać choćby oglądając filmiki na utubie.

Przywołać tu wszakże należy taką oto kwestię: od antropologii jak nic wywodzi się trynd zwany antropomorfizmem co każdy wie, do Wikipedii nie zaglądając, że idzie o przypisywanie zwierzętom cech ludzkich i to się dotyczy akurat przypadku świni.

Świnie dzikie czyli dziki łażą po mieście i plądrują śmietniki podobnie jak lisy których obecnie nie trzebi wścieklizna więc mnożą się te rude futrzaki na potęgę. Są jednak naoczni świadkowie co w razie co przysięgną jak dziki siadywały na kanapie wystawionej przy ulicy Bronisławy.

Poprzez niszczenie naturalnego środowiska i wyrzucanie na śmietniki coraz to większej ilości jedzenia co powiemy, że się nam świat zwierzęcy synantropizuje?

Czy w dobrym rozumieniu kwestii prawnych czy raczej teologicznych, z końcem lata, katowicka filozofia wyłapała dwie hordy dzików i wywiozła je podobno w lasy pszczyńskie. Jakkolwiek świeże ślady pozostawione na dzielnicowych trawnikach zdają się dowodzić powrotu zwierzątek zdajesię dobrze poznających i rozumiejących rzeczywistość i mających chyba prawidłową koncepcję wartości.

Humanizm – prąd filozoficzny, etyczny i kulturowy, uznający człowieka za najwyższą wartość i podkreślający jego godność.

Kto na przełomie podstawówki i ogólniaka czytał ciekawe ksiązki, przypomni sobie być może Stanisława Lema jak to międzygwiezdny podróżnik Ijon Tichy „kołował” na orbicie pewnej planety prosząc o pozwolenie na lądowanie. Zgodnie z obowiązującymi procedurami, straż przybrzeżna tej planety przeprowadziła kontrolę statku podróżnika Ijona i niestety znalazła u niego puszką sardynek. Nieszczęsny Ijon wylądował eskortowany przez strażników. Wkrótce potem odbył się szybki proces z powództwa czy nie politycznego, poczym Ijon został zapuszkowany. Skąd mógł wiedzieć, że na tej planecie panował kult jednostki (co jo godom co jo godom), kult ryby. Całe społeczeństwo nosiło co dnia transparenty ichtiologiczne i ochoczo skandowało po ulicach swoich miast JAK RYBIO JEST POD WODĄ!

Cela Ijona, jak i mieszkania wszystkich mieszkańców planety, była systematycznie zalewana wodą wyżej i wyżej. Przodownicy, aktywiści i stachanowcy prześcigali się w radosnych meldunkach do ilu to już „głębarków” mają zalane mieszkania i jak długo oni i ich rodziny wytrzymują pod wodą, śmiało wyzywając przy tym współobywateli do współzawodnictwa.

Nie chcę by mi ktoś zarzucił że jestem aż takim szydercą kpiącym zarówno z nietrafiającej do mnie rzekomej oczywistości ocieplania Ziemi (Buzek bardzo przejęty temperaturą oceanów), jak też rozumności wielu zaleceń unijnych, jednak patrzcie tylko co się nie robi: oto należy niszczyć gniazda jaskółek w oborach aby do mleka, które przecież będziemy pićpili, nie przedostały się rozmaite i wielorakie bakterie, zarazki i inne bardzo groźne a niezwykle chorobotwórcze dla ustroju ludzkiego.

Wczoraj przy śniadaniu mówi do mnie Polskie Radio Program Trzeci o niesłychanie zaawansowanych pracach ustawodawczych mających chronić nas przed niehumanitarnym (więc nie licującym z godnością ludzką), ohydnym procederem co się w zaściankowej i w mocy katolicyzujących sił wstecznictwa pozostającej Polsce mocno rozpowszechnił, a chodzi o okrutne na oczach tłumu zbiorowe mordy, jatki, krwiste rzezie i masakry jakich niektórzy sprzedawcy dokonują na organizmach przedświątecznych ryb, które to bestialsko zaszczute karpie i pokrewne nie mają nadziei na szybką śmierć godną człowieka.

Głupota – niedostatek rozumu przejawiający się brakiem bystrości, nieumiejętnością rozpoznawania istoty rzeczy, związków przyczynowo-skutkowych, przewidywania i kojarzenia. Charakteryzuje się pychą, śmiałością, podejrzliwością, niskim lub nieistniejącym samokrytycyzmem, niezdolnością do zdziwienia, dążnością do ekspansji.

Życzę wszystkim rozumnego świętowania Bożego Narodzenia.

sobota, 18 grudnia 2010

Idą Święta

Od trzech lat na radiowej trójce ichnia załoga śpiewa piosenkę o najpiękniejszych Świętach w roczku.
Wchodzę wczoraj na stronę The Imaging Resource celem zobaczenia co tez nowego w świecie foto i od razu wali na mnie reklama pod tytułem Holiday Shopping.
Nie mogą napisać CHRISTMAS Shopping, ponieważ oburzą się na obrażanie uczuć religijnych przedstawiciele innych wyznań najprawdopodobniej nie Żydzi, Muzułmanie ani Buddyści, ale pederaści którzy bezczelnie obrażają moje uczucia religijne kiedy za dziwnym przyzwoleniem wszelkiego autoramentu władz, z tym co powinno być krańcowo wstydliwe, obnoszą się najgłośniej jak tylko mogą.
Ja tam zakupy upominków dla moich najbliższych na Boże Narodzenie rozpoczynam od sierpnia, więc nie szaleję w połowie grudnia aby kupić byle gucio, za wszelką cenę, byle tylko kupić.
Staram się też nie szaleć na drogach zwłaszcza kiedy zima i śnieg i taka mnie naszła refleksja, że nasi bracia Czesi poprawią myśleć całkiem rozsądnie kiedy podobnie jak my, nie solą dróg o mniejszym natężeniu ruchu, ale o ile my w ogóle nic nie robimy z nawierzchnią takich dróg, oni posypują ją łamanym kamieniem, drobnym, ostrym i przez to przyczepnym żwirkiem. Ani go nie zwieje wiatr ani niezbyt szybko wypłucze woda... Nie wymyślili tego sami: Austriacy stosują ten sposób od bardzo dawna. A my kiedy nauczymy się myśleć? A kiedy nauczymy się pić choćby tylko piwo i nie siadać za kierownicą? Po cholerę nam osławione akcje w rodzaju bezpieczny łykend na drogach skoro i tak wszyscy jeździmy nawaleni?
Niech poniższy załącznik co go spotkałem wczoraj na przejeździe kolejowym w Petrovicach u Karviny, coś przemówi.
Wstępnie życzy się wszelkiemu państwu dużo rozumu.

wtorek, 9 listopada 2010

Spokojnie, bez nerwów

Po długiej przerwie niepisania opowiem pokrótce jaki to niespotykanie spokojny ze mnie człowiek.
I doprawdy nie wiem dlaczego ludzie dokoła starają się mnie na różne sposoby zastraszyć.
Najpierw usłyszałem groźbę, że jak Tusk wyłysieje, natychmiast straci minimum 40% popularności. Nie wiem czy to wróżba antropologów wizażystów, czy geniuszy marketingowych firmy Sony. Przecież dziś włosy usuwają zewsząd i przeszczepiają na głowę, więc za pieniądze o których mowa, po prostu sprawa nie istnieje, a nawet jeśliby wyłysiał, to co mnie do choroby ciężkiej obchodzi popularność jakiegoś Tuska.
Następnie wróżbici pogodowi wściekli się chyba i jeden przez drugiego od miesiąca wpierw zapowiadali nadejście strasznej zimy, co miało niezawodnie nastąpić trzy tygodnie temu, a teraz grożą kolejną zimą stulecia, czym mnie jednak nie przekonają, ponieważ z obserwacji zachowania się pozostających w zasięgu mojego postrzegania organizmów żywych, akurat byłbym raczej przeciwnego zdania.
Kolejny widun dostrzega niesamowicie głęboki kryzys gospodarczy, wręcz światową klęskę, jaka podobno już, już nadchodzi nie wiadomo skąd, tylko dziwnie nie potrafi ten z kolei prorok uściślić ani źródła ani miejsca zarzewia owego kryzysu.
Nakoniec straszak ostatni przekonuje mnie zawzięcie, że oto nadchodzi dzień, kiedy nie tylko w Erłopie, ale i w Polsce oficjalnie ogłoszą zakaz wykonywania wszelkich praktyk religijnych, poczym musowo nastąpi armageddon i koniec świata. Złośliwy, nie ja, zauważyłby, patrząc chociażby na skuteczność walki braci muzułmanów z rządami Erłopy o swoje prawa, że chyba nie za mojego życia jednak to wszystko sobie nastąpi.
I tylko zaprzysięgły wyznawca tak zwanego kalendarza Majów, modlący się co rano do rzekomego przebiegunowania Ziemi, które to fatalne zjawisko miałoby nastąpić któregośtam dnia jakiegoś miesiąca roku 2012 dziwnie przestał mi nareszcie opowiadać te dyrdymały.

Kochani, bardzo proszę nie straszcie mnie. Wyłączcie telewizor i zajmijcie się swoją rodziną, która was potrzebuje. Zobaczycie jak odzyskacie zdolność wpierw samodzielnego, potem zdrowego myślenia, a nakoniec w miejsce fałszywych lęków zawita do was równowaga psychiczna.

Co widzę

Jak wielu mieszkańców naszego kraju w wieku produkcyjnym będących, jadę rano do pracy. W zależności od stanu nawierzchni, warunków pogodowych i gęstości ruchu, dojazd do biura zajmuje mi od kwadransa do około dwudziestu minut.

Co w tym czasie można robić, każdy wie, że albo się pomodlić albo słuchać radia czy grać płytami albo też wykonywać telefony (nie wiem czy nie lepiej zabrzmi uskuteczniać telefony).

Jakkolwiek kiedy jadę, patrzę, a jak patrzę, to widzę. Co widzę?

Widzę moje miasto jak też sąsiednie gminy oplakatowane ponad miarę.

Wyglądają na mnie gęby z drzew, z latarni, z budynków i samostojących tablic.

Jest nawet jeden facet co mnie prześladuje z tylnej ściany autobusu miejskiego kiedy papla coś o obdarzeniu go zaufaniem, a ja wiem jak w poprzednich wyborach wykrętnie oszukał swoich najbliższych popleczników.

Czy nie podobna przewrotność bije z największych plakatów, na których stoi chłoptaś w rozpiętej koszuli, to na tle dróg i mostów, to szkół - rzekłbyś wielki budowniczy jakiś co tłumaczy nam głupiutkim, że miast się kłócić, lepiej budować, a ja dziwnie pamiętam, że kiedy chłoptaś bił się o władzę, on i jego kumple obiecywali zmniejszenie podatków, które to podatki póki co zwiększają i zaczynam się zastanawiać czy coś się tu jednak nie kłóci.

Drugie co widzę jest samochód specjalistyczny co się od dziecka nazywał śmieciarka, jak z trudem wbija się między samochody mieszkańców bezładnie zaparkowane po obu stronach wąskiej ulicy, więc zatrzymuję pojazd, czekam i przyglądam się jak ze śmieciarki wychodzi fachowa ekipa z dumnym logo na mundurach van Gassenwinkel, poczym starannie odbiera posortowane w róznokolorowych workach odpady osobno plastik, osobno papier, osobno szkło i inne, wrzuca je w ogromną gardziel potwora, a ten siłownikami hydraulicznymi napędza grubą płytę i miażdży wszystko razem kpiąc sobie z podstaw tak zwanej ekologii.

Trzecia scenka, którą dziś oglądam, to będzie facet co go ciągnie na smyczy duży labrador maści biszkoptowej. Labrador przystaje, przystaje więc i jego pan, po czym ten prowadzący załatwia sporych rozmiarów potrzebę fizjologiczną na chodniku tuż przed furtką najprawdopodobniej nic o tym nie wiedzącego mieszkańca spokojnej dzielnicy. Ku mojemu jednak zdziwieniu, kiedy, używając terminologii mechaniki, ćwiczenie z zakresu układy o zmiennej masie ustaje, pan psa zamienia się w sługę jego (warto posłuchać Singa), bowiem wyciąga z kieszeni nylonowy worek i naśladując zgrabne ruchy ekspedientki z cukierni, przez wywrócony na lewą stronę ów woreczek, błyskawicznie chwyta „ciastko” w dłoń, a następnie wrzuca je do kosza na śmieci.

Konkluzja: nie zagłosuję na faceta z tyłu autobusu ani na kolesiów chłoptasia, nie będę popierał pana van Gassenwinkla; gdyby natomiast pan labradora był na liście, jemu oddałbym mój głos wyborczy.

czwartek, 7 października 2010

Popierajcie swego szeryfa

Może kto pamięta, że był X lat temu jakiś western pod tym tytułem.
Nie o szeryfie się tu będzie mówiło lecz o proboszczu naszym panewnickim.
Dobry ten człowiek przeszło rok nawoływał by nie karmić gołębi.
Że zakon żebraczy i przejadać się nie powinni, a choćby i gołębie, to raz.
Nie zna wszakże kto przypuszczam specyfiki naszego kościoła.
Potężna bazylika wraz ze skrzydłem seminarium mieści w sobie wielu ojców wielebnych, a ci jak na Wielkanoc zaczną spowiadać, to niech mnie drzwi, ale pół Katowic oczyszczą.
Inną razą, i o to się akurat rozchodzi, przyjdzie sobota poza wielki postem, oni od rana do wieczora ślubów udzielać zaczną, od niejakiego czasu konkordatowych. Ślubują tak co tydzień.
Para za parą, jedna za drugą, a z parami biesiadnicy z obu zwaśnionych rodów, zachodzą do bazyliki i ciekawość choroba, że w dobie komputeryzacji, globalizacji, antykoncepcji i wszelkiej innej zarazy, weselnicy na szamańskie zaklęcie guślanej płodności, obsypują parę młodą garściami ryżu, który stanowi prawdziwy żer i żertwę dla gołębi zarazem.
Ojcowie nasi wydają miejscowy kwartalnik pod tytułem Głos Świętego Ludwika, w którego ostatnim numerze można wyczytać ile to trzeba wydać pieniążków na oczyszczenie frontonu bazyliki i posągów z gołębiej gówienności.
Ledwie się artykuł ukazał, gawiedź już juści co to będzie, a obstawia dwoiście
co proboszcz zrobi.
Że zbierze pieniądze i oczyści elewację to tak, ale co dalej?
Lud durny, zaparty a niusłuchliwy dalej będzie ryż sypał, to pewne, bo proboszcz do weselników strzelał raczej nie będzie.
Czyli co, oczyści i nic?
A może on, za przykładem burmistrza Zamościa, wszelkie występy a gzymsy kościelne każe obłożyć kolczatką, a posągi zasiatkuje?
Może i oby jaki złośliwie się nudzący emeryt nie wystosował pozwu z paragrafu o niewspieranie zwierząt.
Ja tam w każdym razie popieram naszego szeryfa.

niedziela, 3 października 2010

Darz bór!

Czy mówiłem już, że kocham się w umiłowaniu tradycji?
Tak, lubieżnie zamyślam się nad pięknem staropolskiego języka, łapię jego podobieństwa, oboczności czy żywe resztki i pragnąłbym by co nieco z dawnego piękna zostało na zaś.
W tym momencie nie będę pohańbiał jakiejś tam naukawej komisji epidiaskopu RP do spraw uwspółcześniania tekstów niezmiennie od pokoleń śpiewanych pięknych pieśni, w duchu zgody dyrektyw unii erłopejskiej o zachowaniu poprawności politycznej i czy po prostu z chęci wprowadzania nie wiedzieć po co pseudo postympu by zamienić jakże wymowne hasło JEDNYM KOŁEM na nic nie mówiące PIĘKNYM KOŁEM.
Nie będę pohańbiał powiadam, ale wszelkie moje organa wewnętrzne wywracają mi się na tę komisję.
Koniec dygresji.

Kto dziś pytam ja kogo, użyje przysłowia Bez pracy nie ma kołaczy?
Kto w ogólności na jakiekolwiek ciasto powie kołacz?
Jeśliby się wszakże taki dociekliwy gdzie znalazł, niech przyjedzie na świętą ziemię Śląską, pójdzie rano na malutki markit w Chorzowie Batorym i posłucha jak starka waje do dzoiuszki za ladą: - - Dejcie mi ino taki sroższy koncek tego kołocza.

Mam szanowanego klienta, z którym kontaktuję się parę razy w roku, a dialog nasz wygląda mniej więcej tak:
- Zdravim pane Rojiczek, jak se darzi?
- O, JeżiszeMarijko, da se to rzic.

A co mię tak na ten temat natchło to to, że dziś w Panewniku na wejście na mszę, Pinkawa zapodał pieśń Bóg jest miłością, zbawieniem darzy...
I czy ma kto dziś jeszcze pojęcie jaki ptak jest pinkawa że zięba?

I dlatego na przekór ja całemu państwu czytelniczemu przaję: niech się wam darzy!

niedziela, 29 sierpnia 2010

Dojrzewanie

Widzę pięknych ludzi.
Patrzę jak z upływem lat rosną im brzuchy, jak przybywa zmarszczek...
i widzę jak pięknieją dziełami swoich serc.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Hasła hasła

Te państwo które mię nie zna, częstokroć przypuszcza, że sobie śmichychiny ino robię, ale tak nie jest kochani.
Jadę przez miastawioski i czytam ogłoszenia treści niewiarygodnej, jak na przykład:
ŚWINIOBICIE W DOMU KLIENTA
RATALNA SPRZEDAŻ RYB
17-TE PIWO GRATIS
WIRTUALNE OGRZEWANIE PODŁOGOWE
WYCIĄG ORCZYKOWY Nr7: OCZEKIWANIE W KOLEJCE GRATIS
WYPOŻYCZANIE POKRYĆ DACHOWYCH,

a co mogę dokumentuję, jak to poniżej.
Pyrsk!

środa, 4 sierpnia 2010

Apel nieagenta

Kochani, pamiętacie może apel ślepowrona o 10 spokojnych dni?

Tak ja bardzo was proszę, jeżeli chcecie ze mną pogadać, z czego ucieszę się, przecież moje koordynaty nie są tajne i można przyjść czy jak komu daleko, zadzwonić, wówczas pogadamy, ale nie podrzucajcie mi kału do skrzynki pocztowej.

Szanuję decyzje ludzi w zakresie:

a/ kupowania wyrobów ze znaczkiem Sony,

b/ wgrywania komunikatorów internetowych na pokład komputera,

c/ rejestrowania się na dziwnych portalach w rodzaju Nasza klasa, Facebook itd.,

jednak ja na powyższe nie mam ochoty.

Daj Boże w nadchodzącą sobotę jadę z rodziną na urlop, bez laptoka, a jedynie ze służbowym telefonem.

Tymcasem miłych wakacji!

niedziela, 4 lipca 2010

Zaszczytny obowiązek

Niczym powszechny przywilej obrony, został dziś przeze mnie spełniony i stwierdzam, że wyłącznie na prośbę mojej kochanej małżowinki odstąpiłem od zamiaru sobie zabrania na pamiątkę karty do głosowania co ją już trzymałem zrolowaną w tutkę.

Tym samym z prawdziwym obrzydzeniem oddałem mój ważki głos na socjalistę Aleksandra, zwolennika aborcji i przeciwnika ulg podatkowych dla rodzin wielodzietnych, tylko dlatego by zagłosować przeciwko bezpostaciowemu Marii, zwolennikowi wytwarzania ludzi w próbówkach, poplecznikowi wszystkiego czego wymaga tak zwana poprawność polityczna.

Czy państwo też ma kolejny niesmak wyborczy?

czwartek, 1 lipca 2010

Okulary

Przez wrzosowe okulary widać jak przez inne:

widać twarze ludzi wokół... jaką kto ma minę...

Przez wrzosowe okulary nie widać nic dalej:

duże rzeczy są dużymi, małymi są małe.

Przez wrzosowe okulary nie widać nic więcej,

ale z jednym wszak wyjątkiem – widać ludzkie serce.

niedziela, 20 czerwca 2010

Towarzysz Marcin WOLSKI

Paradoksalnie proszę szanownego państwa, poprzez gadanie w stylu „a co mi tam panie cała ta polityka” zarówno dajemy wyraz swoistej polityce i w zależności od naszej indywidualnej polityki albo pamiętamy o dzisiejszych wyborach na prezydenta RP albo pamiętamy żeby nie pamiętać.

Niejdenemu się państwu przy okazji tych i podobnych wyborów wydać może, że to one same w jakimś stopniu decyduje co ma być i co będzie, jednak zupełnie gdzie indziej, mimo iż ledwo dostrzegalnie, prawdziwie one decyduje te dziwne państwo.

Byłoby dobrym może tematem dla socjologów się dyscypliną międzynarodową trudniącym tę sprawę zbadać czy to tylko polska prawidłowość czy bardziej powszechna może.

A o co się mnie głównie i mniej więcej rozchodzi, wyświetlę państwu na trzech przykładach.

W pięknej bazylice Ojców Franciszkanów w Panewniku, na mszy porannej nieniedzielnej o godzinie 6:45 gdyby tak kto przyjrzał się frekwencji niewyborczej w rozbiciu na płcie uczestników, stwierdzić by musiał co najmniej trzykrotną dominację kobiet.

Podobnie jest kiedy śpiewamy w piękne uroczystości: giną gdzieś tenorybarytony na przemożną rzecz wyższych rejestrów, a jak klęknąć przyjdzie po Baranku Boży, coraz częściej słyszymy „Panie, nie jestem godna” – tłumaczy mi córka moja Marysia znaczenie tego faktu, otóż podobno faceci są coraz bardziej godni.

Kiedy rano jadę do biura, a szlak wiedzie przez skrzyżowanie ze światłami obok Szpitala Kolejowego na którym zwykle stoję, mimo woli patrzę na samochody wjeżdżające w ulicę Medyków, a skoro patrzę, widzę kierowców, że około jedna trzecia z nich to kobiety, w tym rozwożące dzieci do szkół.

Na popisie muzycznym pianistycznym w Miejskim Domu Kultury Katowice filia Ligota wczoraj będąc, druzgocąca mię jakaś refleksja naszła kiedy ku lekkiemu zaniepokojeniu stwierdziłem taką oto liczbę kursantów: kobiet siedem, mężczyzn jeden.

Nie widzę kobiet jak łażą z puszką piwa w ręku i przewracają kosze na śmieci czy niszczą ławki... widzę je tam gdzie jest świadomość, rozum i wyzwanie.

Nie konkluduję, nie biję na alarm, nie jestem męskim szowinistą, ale przypomina mi się słuchowisko MATRIARCHAT, które zdajesię natchło rezysera Seksmisji.

Gdzie nasz intelekt panowie, gdzie nasz wybór?

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Komentarz do bliskich wydarzeń

Na najbliższy łykend zaplanowało dwa wydarzenia.

W wielu kościołach Polski mądre umysły modlą się w intencji dobrych wyborów prezydenckich, a z drugiej strony, co z naszymi umysłami wyczynia telewizor, mogliśmy wczoraj wieczorową porą przekonać siebie oglądając tak zwaną debatę prezydencką i żeby nie zanudzać, takie tylko przedstawię uwagi:

Niekoniecznie życzyłbym sobie by do studia zapraszać człowieka zmieszanego w przeszłość kryminalną czy posądzanego o przynależność do masonerii, natomiast chętnie wysłuchałbym wypowiedzi zarówno chrześcijanina jak i liberała, obu wszak równoprawnie kandydujących, ale tych dwoje dziwnie telewizor nie zaprosił.

Nikt spośród w telewizorze występujących się ubiegających nie wykazał ani charakteru ani ikry, a z jednobrzmiącego bełkotu wydobywającego się naprzemiennie z ich ust odniosłem wrażenie, że siedzą przede mną cztery karły moralne.

Czyliwięc już państwo wie, że żadnemu z wyżej wymienionych nie udzielę mojego cennego głosu.

Drugie wydarzenie nadchodzącego łykendu to kolejny, nie wiedzieć który już, festiwal piosenki ekologicznej EKO-SONG, jaki ma się odbyć na panewnickiej kalwarii.

Bacznie słuchając wczoraj ogłoszeń na mszy zastanawiałem się co znaczy w ogólności piosenka ekologiczna i chyba już wiem: to taka która gdy tylko przebrzmi, zamienia się w kompost, swoistą biomasę i szkoda mi tylko że w zgodzie z panującym tryndem, co roku grają głośniej, przez co dotkliwie ucierpi gnieżdżące się na kalwarii ptactwo jak też mieszkańcy pobliskiego osiedla Zagrody.

Jakkolwiek z ogłoszeń wyłowiłem zdajesię nie lada atrakcję: oto bowiem w ramach festiwalu przewiduje się ekologiczny pokaz mody. Już wyobrażam sobie młode zgrabne laski śmigające po wybiegu w strojach ekologicznych.

A jakie mogą być stroje ekologiczne państwo udając że nie wie się zapyta, więc wyjaśniam, że musowo wykonane z octanu celulozy, a kto dalej nie ma pojęcia o czym się tu mówi, wołami powiadam, że modelki odziane będą w... celofan.

Nie żebym namawiał do niepójścia do wyborów, jakkolwiek zapraszam na Eko-Song do Panewnika – będzie na co popatrzeć.

piątek, 11 czerwca 2010

Trudna sprawa

Tak jak po śmierci towarzysza Leonida Breżniewa powiedzieliśmy sobie, czas najwyższy, tak też
kochani moi, już czas najwyższy cóś tam zablogować i doprawdy głęboko w nosie mam to, że mi jeden z drugim zarzuci politykowanie.
Wszak ta natrętna polityka bije w moje zmysły na każdym kroku, stąd niniejszym biuletynem zostanie ona pohańbiona.
Tak więc co mię natchło, że oto jadę sobie wczoraj w niedalekiej delegacji, wpierw przez moje
duże miasto, a w nim na co którymś afiszu wali w moje oczy duży plakat z panem upudrowanym
Kaczyńskim i powiada do mnie: DLATEGO, BO.
Powracałem z delegacji natentomiast mniejszym miastem jednym i drugim i w obu tych miasteczkach plakatów dużych nie widziałem, ale na co trzecim średnio słupie-maszcie latarniannym mówił do mnie z plakatu formatu może A3, pan odsiwiony Komorowski, a mówił mniej więcej tak: JA JESTEM ZAINTERESOWANY W DALSZYM PROCEDOWANIU W OPARCIU O REGULACJE.
Tymcasem wpadły mnie w ręce dwa ulotki: jeden z serwisu narciarskiego, drugi od producenta
termometrów zaokiennych pochodzący. Ponieważ autorzy tekstów prosili mnie o zachowanie
anonimowości, obciąłem tylko stopki z koordynatami; treść pozostała jest niezmieniona.
Panie Kaczyński i panie Komorowski, jeżeli będziecie się posługiwali polszczyzną na takim
poziomie jak ci dwaj skromni ludzie prowadzący małą działalność gospodarczą, być może zrozumiem o co wam mniej więcej chodzi i zagłosuję na któregoś z was.
Pyrsk ludkowie!





wtorek, 13 kwietnia 2010

Nadzieja

Nadzieja ma kolor zielony.
Nadzieja karmi się miłością.

To wyglądanie starej matki czy syn wpadnie ją dziś odwiedzić.
To ciągłe sprawdzanie poczty czy przyjaciel nie pisze.

Nadzieja to czekanie na odrobinę serca.

piątek, 19 marca 2010

W drodze

- Dzień dobry, podwiezie pan do Jędrzejowa?
- Oczywiście, proszę wsiadać.
- Gdzieś w rynku mnie pan wysadzi, dobrze?
- Ho, ho, gdzie tam Jędrzejów, dopierośmy wsiedli. Dobrze dobrze. Pomalutku.
To po co mniej więcej i głównie wybiera się pani do Jędrzejowa tak wcześnie?
Przecież słoneczko ledwie wstało.
...
- Co, do szkoły, do pracy?
...
- Jezu, ale pan ciekawy. Na kurs jadę, no.
- To pani też miewa objawienia? Gdzie ten Jezus? Jest tu gdzieś, gdzie?
- Jezu, nie...
- Do mnie pani mówi? Ja nie mam na imię Jezus, ale słyszy pani co pani mówi?
...
- To co za kurs? Pewnie jakiś mądry, komputerowy co?
- Nie, nie komputerowy.
- Szydełkowania i haftu?
- Nie.
- Noworodek w domu i zagrodzie?
- Ha ha... nie... wesołek z pana... na kurs prawa jazdy jadę.
- Aa, chce pani zdobyć prawo jazdy, po co?
- No jak po co, żeby jeździć autem!
- Niech pani nie robi tego kursu.
- Co pan, jak to nie mam robić kursu?
- Proszę pani, zrobi pani kurs i co dalej? Nic dobrego proszę pani.
- E tam, właśnie że dobrego.
- Nic dobrego proszę pani, bo po pierwsze kierowców już i tak za dużo.
Weźmy choćby teraz, jedziemy sobie, gra Phil Collins, to już trzecia piosenka, jak nic będzie dziesięć minut odkąd ruszyliśmy i nie możemy wyprzedzić tej ciężarówy, bo stale z przeciwka coś nadjeżdża. Widzi pani ile tych aut na drogach.
A teraz kwestia zasadnicza: jeżeli zostanie pani kiepskim kierowcą, będzie pani stwarzała zagrożenie na drodze, będzie pani niszczyła samochód aż w końcu wskutek błędnego manewru zginie pani w zderzeniu z TIRem.
Wysadzę panią tu przed miastem, jeszcze zdąży pani na poranną mszę do Cystersów, potem pójdzie pani do szkoły, pouczy się matematyki, tak będzie lepiej.
- Ha ha.
- Ho ho, tu nie ma nic do śmiechu, bo jeżeli zostanie pani dobrym kierowcą, bardzo szybko wyda się pani, że już pani wszystko umie, zacznie pani przekraczać przepisy ruchu drogowego...
- Tak jak pan?
- Proszę pani, ja przekraczam umiarkowanie... cicho teraz... więc będzie pani już taka mądra, że w końcu wpadnie pani w poślizg i zabije się.
Naprawdę lepiej na poranną mszę i do szkoły, jeszcze czas.
- Ha ha, ale z pana wesołek... i już jesteśmy w rynku... dziękuję panu, do widzenia.
- Do widzenia... i trzy zdrowaśki w mojej intencji się należy.
- Ha ha.

* * *

- Do Kielc pan jedziesz? Podwieziesz pan człowieka?
- Siadaj pan.
- Bo to widzisz pan, emerytura licha, a kupywać trzeba. Kupujesz pan?
- Kupuję, sprzedaję, zależy o co pan pyta.
- Jedzenie.
- Kupuję, ja kupuję, ale głównie małżonka.
- W supermarkiecie?
- Tak, w supermarkecie, w sklepie, różnie.
- Panie, emerytura licha rozumiesz pan, ja nie kupuję. Na bazary idę, targuję się. Taniej na bazarach. Chabaninę trzeba kupić, jajka, masło panie. Nie chodzisz pan na bazary za chabaniną?
- Nie.
- A skąd pan jesteś że zapytam?
- Z Katowic.
- No, panie, przecież w dużym mieście musi być bazar, zachodź pan i kupuj chabaninę... chyba że powodzi się... samochód pan miewasz duży...
- Służbowy.
- Rozumiem, nie gniewaj się pan, że zagajam, ale pogadać można, co nie?
- Można, czemu nie?
- Czemu nie... a wypłata dobra?
-Chciałoby się lepiej, ale nie narzekam, bo zgrzeszyłbym.
-To zachadzaj pan na bazary po chabaninę panie, mówię panu.
Ooo, za daleko my najechali, stawaj pan... ech, muszę wrócić się bo za dalekoś pan najechał... o, trzy złote daję, bo tyle Pekaes mnie kosztuje do Kielc.

- Weź pan to, zdrowaśki trzy pan zmów żebym do domu szczęśliwie dojechał i z Bogiem!
- Dobra taryfa panie, dobra, z Bogiem!

* * *

- Dzień dobry łaskawemu panu i dziękuję, że zechciał starą kobietę podrzucić.
- Do kościoła?
- Tak, ale nie tu, dalej, jeszcze trochę. A pan pobożny, że krzyżyk widzę w samochodzie.
- Zaraz tam pobożny, człowieczek mały jestem i tyle, Chrześcijanin powiedzmy.
- Ale obrączki nie widzę.
- Na lewej ręce noszę, bo na prawą nie mieści się już, a nie chcę jej niszczyć, bo to ślubna obrączka, poświęcona.
- Ładnie... to do następnej wioski pojedziemy, po drodze, jeszcze chwilka.
- Dobrze, nie ma sprawy.
- Dobre pan ma serce.
- Dobre dobre, Pan Bóg ma dobre serce i małżonka moja, nie ja.
- Dobre... starą kobietę pan zauważył... to proszę tu koło kościoła zjechać do zatoczki żeby innym nie przeszkadzać. A teraz proszę wybrać numer do małżonki i pożegnać się.
- Pożegnać? Co pani opowiada?
- Dzwoń synu, pożegnaj się, dobre serce masz to przyszłam do ciebie jak chciałeś.
- Jak to chciałem? Co to znaczy?
- Co dzień modlisz się o dobrą śmierć, to przyszłam do ciebie... ja dobra śmierć jestem... dzwoń synku, dzwoń, ja poczekam, posiedzę tu przy tobie i popilnuję żeby nic złego ci się nie stało.

* * *