sobota, 20 grudnia 2008

Wielka Poezja czyli przedziwny czas przedświąteczny

Pytasz co to, pytasz kto to,
pytaj sobie, ty idioto.
Ile gontów na chałupie,
tyle bobków w koziej dópie.
Stary dąb już bez żołędzi,
a zajączek wiatry pędzi.

oj nie, to nie te Święta.
OK., zaczynamy od nowa

Aniołkowe z diabełkami
zapiewają kolędami.
Pierwsza gwiazdka zaświeciła,
a syfilis to jest kiła.
W dół spadają śniegu płatki,
więc ty cały rok bądź gładki.
Dużo karpia i słodyczy
tobie ...(tu wypełnić) życzy.
itd., itp.

Gdyby kto jeszcze nie wiedział co to jest, objaśniam odnośnym stanom osobowym, że jest to Wielka Poezja jaka od paru lat atakuje mój telefon komórkowy.
Nie wiem jak długo trwać będzie ten proceder posyłania kretyńskich sesemesów pozyskiwanych z jakichś stron eternitowych.
Kiedy dostałem pierwszy taki wierszyk, odpisałem koledze Krzysztofu, własnym, wesołym wierszem, na nieco lepszym poziomie.
Po roku odebrałem podobieństwo, tą razą od kolegi Karora i Karoru też odpisałem trochę wartościowszym kawałkiem. Kontrodpowiedzi nigdy się nie doczekałem
W tym roku powiadam DOŚĆ.
Wyłączam telefon wieczorem w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia i nie dam satysfakcji tym, którzy przez cały rok milczeli, aż tu nagle znaleźli w wykazie numerów, moje namiary.

Pierwej, o tej porze roku, radio zwykle grało „Dziadka do orzechów”, Czajkowskiego i „Concerto Grosso Nr 8”, Corellego. Przedwczoraj i wczoraj (po łacinie heutzutage) dwa dni spędziłem głównie w samochodzie i w przerwach kiedy nie grałem własnymi płytami, z ciekawością nasłuchiwałem radia co też ono będzie nadawało. Zbliżające się Boże Narodzenie zwiastował mi pięciokrotnie złapany George Michael i jego „Last Christmas”.

Kolejny przykład niewyjaśnionej przewrotności miał miejsce dziś.
Przez ostatnie cztery lata zwykle tuż przed Świętami nie wiedzieć dlaczego miałem tyle obowiązków służbowych, że mojej rodzinie wprost ciężko było ze mną gadać. Skutkiem tego to Grześ z Małgosią zgrabnie przeprowadzali akcję vánocny stromeček (łacińskie jakże miłe dla ucha, Weinachtsbaum). Odkąd wprowadziliśmy się do naszej obecnej siedziby, wypracowaliśmy własne zwyczaje, z których niektóre przerodziły się wręcz w tradycje rodzinne. Jedną z takich właśnie tradycji rodzinnych było manie na Święta, sosenki. Dziś, z racji na sobotę i jakże cenny brak pracy zwodowej w ten dzień, wraz z Grzesiem i Zosią ruszyliśmy po jej zakup, znaczy sosenki. Nadleśnictwo ogłosiło, iż latoś choinek sprzedawać nie będzie i już, a peteklientów odsyła się do leśniczówki w Panewniku przy ulicy Bałtyckiej. W rzeczonym punkcie byliśmy około godziny 11:00, ale wybór był żaden, stąd zawróciliśmy na Ochojec, pod sklep ogrodniczy Daglezja. W Daglezji stromeczków była moc. Niestety, zgromadzone tam okazy naszej ukochanej pinius silvestris wyglądały niczym ogryzki, a wycenione były na 99,-zł/szt powyżej 2m, więc o sosnę czarną nawet nie pytaliśmy (etykietek nie było, a mimo to nierząd kontroli skarbowej nie wkroczył).
Ponieważ naszą rodzinną tradycją jest oprócz niewymawiania w domu nazwisk czarnych wron reżimu polsko-jaruzelskiego także unikanie zakupów w megamarkitach, zrezygnowaliśmy z sosenki na rzecz świerka pospolitego w cenie 35,-zł/szt o długości powyżej 2,5m.
Zmieniają się czasy: kiedy my odkryliśmy piękno sosny, była ona widać w pogardzie u marketingowców, a teraz, co, bliżej natury czy inny powrót do korzeni?

Kiedy Grześ był ministrantem, ich przełożony, rodowity Niemiec, zachęcał młodych chłopców do nauki kolęd chociażby słowami „A techa-żaszpewamy szobie piękną piesznią: ŻiszaBetlejem”, a dalej, drugą zwrotkę prowadził od słów „Machyja Panna, Machyja Panna Żeszątko pastuje...”
Tego roku młodsi koledzy Grzesia, ministranci, odwiedzili z kolędą miejscowe przedszkole i klną się na coino, że słyszeli wyraźnie jak gromadka dzieciaków darła się w niebogłosy: „Bóg się rodzi, MONSTRUM CHLEJE”.

Kochani, nie chlejmy w te Święta.

czwartek, 18 grudnia 2008

Czemu

Dlaczego nie przychodzisz już miły?
Przecież było tak pięknie…
Powiedz mi czy coś się zmieniło.
Szliśmy sobie pod rękę...
Wieczór maciejkę rozlał dokoła
i noc od uczuć gorąca,
a my sami nad brzegiem jeziora…
i tak patrzyłeś mi w oczy.

Czy w jej oczy dziś patrzysz tak samo?
Może to ja byłam winna?
Czy jak ja po tej nocy nad ranem,
wciąż wierzy ci ta dziewczyna?
Czy jej mówisz to samo co do mnie,
a ona też się uśmiecha?
Może wie, że ją rzucisz dla innej?

Ja już na ciebie nie czekam.

piątek, 12 grudnia 2008

Główna wygrana

Wracam od klienta w Częstochowie. Tak pięknie grał Knopfler, ale płytka się skończyła i trzeba włożyć nową. O ile pamiętam, następny będzie Phil Collins. Tak. Wyciagam Knopflera, a tu radio gada na trójce, że dziś jakaś wielka kumulacja. Co za licho, jaka znowu kumulacja? Może akumulacja? Przecież radio często używa słów, których znaczenia nie rozumie. Czy gdzieś w okolicy jest powódź, nazbierało się wody w zaporze i teraz ona pęka w szwach? Nie, to nie to. Już wiem: najpewniej będzie wojna albo nawet już jest i zaraz wojsko zacznie do uczestników ruchu drogowego grzać pociskami kumulacyjnymi. Przecież ja jestem nieopancerzony, nie obłożony ładunkami, a w ogóle pacyfista. Tak, ale wojskowych nie obchodzą pacyfiści – oni strzelają równo do wszystkich jak do kaczek, bez różnicy jakie są przekonania ich ruchomych i nieruchomych celów. Niedobrze, trzeba spierniczać, a ja dopiero w Poczesnej – tu ciągłe ograniczenie i radary.
Jakoś dotarłem do biura. W pokoju złomowym ludzie gadają coś o kumulacji.
Co jest, pytam, radio gadało, ale zmieniałem płytę i nie słuchałem do końca, co to za kumulacja?
- Czterdzieści pięć milionów, w totka.
Aha, c z t e r d z i e ś c i... p i ę ć... m i l i o n ó w... w totka.
Dużo forsy.
Nie ma co, po robocie trzeba będzie zagrać.
Piątek wieczorem: zmęczenie, spać się chce, a w kolekturze kolejka jak za chlebem we wojnę.
Kupiłem los i nadałem na chybił trafił co się dziś nazywa lotomat.
Teraz pyszne naleśniczki, herbatka i wracająca życie drzemka...
...
Sobota rano, wracam do domu z bułeczkami. Jemy pyszne śniadanko. Wchodzi dziadek, niesie jajka od jajcarza. Po mszy mówiła mu pani Urszula, że jednak ktoś wygrał. Dziadek niecierpliwy chce już nastawiać telewizor i sprawdzać numery.
- Grzesiu, nastaw dziadkowi Polsat i przeczytaj – poleca Małgosia.
- Matka, ojciec trafił kumulację - wrzeszczy nagle Grześ z pokoju.
Małgosia spłonęła rumieńcem, ja omal się nie udławiłem.
Co tu robić, co robić?
Uporządkujmy myśli.
Pierwsza rzecz to zachować spokój i założyć zmowę milczenia. Nikt nie powinien wiedzieć. Nikt NIE MOŻE się dowiedzieć; inaczej mnie zjedzą.
Wygranej nie mogę zgłosić u Zbyszka Okruty, bo natychmiast zupa się wyleje na całą Ligotę. Odczekam jakiś czas i pomalutku, po cichutku...
Grześ nie wytrzyma, a dziadek pewnie już trąbi po znajomych, niedobrze. Jakkolwiek trzeba ich przymusić do trzymania buzi na kłódkę.
Dobrze i co dalej? Jak zagospodarować środki? Trzeba dać biednym. Tak, ale nie wszystko naraz, bo przepadnie.
Złodzieje wpierw zabiorą podatek, ale i tak zostanie tego ze czterdzieści milionów. Żadnych inwestycji ani wynalazków: trzeba założyć lokatę negocjowalną. Z taką kasą siedem procent jest pewne, a powinni dać lepiej. Nie chciejmy za wiele, czyli mamy siedem. Cztery razy siedem to dwadzieścia osiem po roku czasu. Chyba nieźle, tylko dwadzieścia osiem czego? Tysięcy, dziesiątek tysięcy? Nie rozumiem tych sum, w głowie nie policzę. To astronomia. OK., cały procent co rok, po roku dawałoby się jakimś sierocińcom, Caritasowi itd., trzeba tylko dobrze poszukać kto najbardziej potrzebuje.
Tak, to najważniejsze mamy załatwione, a teraz potrzeby bieżące.
Najpierw trzebaby spłacić zaległy czynsz cioci Gosi.
Dalej trochę środków przeznaczyć dla „naszych” dzieci z Miechowic,
dalej kupić małe autko cioci Basi i takie samo Marysi, żeby nie musiała wychwalać publicznych środków komunikacji na trasie do Sosnowca i do Katowic.
Małgosi należałoby kupić mebelki do kuchni i zmienić sosnową podłogę na buka.
I w naszej sypialni też położyć parkiet z buka.
Teraz trzeba coś dołożyć młodym do remontu mieszkania.
Na wiosnę możnaby wynająć jakiego fachowca, żeby na nowo zabudował okna dachowe, ale musiałbym nad nim stać i pilnować, bo znów schrzani całą robotę – nie, nie ma takich fachowców, to daremne.
To może wymienić okna na strychu od północy i południa? Tak, to jest myśl.
I płot od zachodu przydałoby się wymienić i bramę też.
Wreszcie pojechałbym z Małgosią do Egiptu: żelazne punkty to Synaj, Luksor i tam gdzie tyle razy mogłem być a nie chciałem bez niej czyli Asuan i muzeum w Kairze; tylko kiedy – pogodowo najlepiej z końcem kwietnia albo z końcem września. No dobrze, a co ze szkołą Zosi i opieką nad nią? Rozumiem – nie da się pojechać. Chyba, że w połowie sierpnia, wtedy z Zosią – ja wytrzymam, ale one będą się bardzo męczyły.
A jak przyjdą wakacje, możnaby kupić jaką kamerkę, tylko jaką: JVC odpada – wszystko taśma i twardy dysk, bez stabilizacji; Panasonic naramienny nie ma ręcznej ostrości, a mniejsze są tylko do kręcenia z ręki; Canon tylko na taśmy i nie ma naramiennej – kurna nie ma co kupić. Znaczy kwestię kamery mamy załatwioną.
Pomyślmy coś może o szerokim kącie: w pełną klatkę nie ma się co pakować ani w żadne pół formatu 3/2. Zostaje Olympus E-30 i Zuiko 7-14, potem Zuiko rybie oko i co, targać ze sobą dwa korpusy i trzy akumulatory? Bzdura! Nic nie kupuję.
Wiem, zamówiłbym w Stanach parę płyt, tylko co? Vivaldiego mam chyba wszystko, Bacha prawie, Boccheriniego też, czyli powiedzmy wszystkiego jakie 20 płyt i może z 5-10 Beethovenów. Dobrze, ale wtedy będę miał absolutnie wszystko, więc w tym względzie nie będzie po co żyć – muzyka zostanie wyczerpana. Zostanie mi fotografia i rower. Nie wiem, nie wiem co robić. Co za męka, męka!
...
O rany, budzik! Za piętnaście siódma: golenie, mycie i ubieramy się do roboty.
Matko jedyna chyba miałem ciężki sen... śniło mi się coś potwornego, coś potwornego.!

środa, 10 grudnia 2008

List od Dzieciątka Jezus

Kiedy widzisz, że noc z rana,
idą coraz szybszym krokiem
tak długo oczekiwane
najpiękniejsze święta w roku.

Nagle pośpiech w całym gumnie:
trzeba kupić smakołyki
i prezenty, które dumnie
będą patrzeć spod choinki

i wysprzątać dom też trzeba
i wigilię „zabezpieczyć”
piernik, miód i dobra ryba
będą was w ten wieczór cieszyć.

I kolędę zaśpiewacie
boście przecież chrześcijanie,
z wołem osłem się zbratacie,
co tam klęczą gdzieś na sianie.

Obudź się wreszcie człowieku:
nie wigilia, nie prezenty
od dwudziestu przeszło wieków
są istotą tego święta.

Chcę byś z bratem się pogodził
i nawet jeżeli masz rację,
nie mów, że to nie uchodzi:
podaj rękę, postaw flaszkę,

Trudne to, lecz ty bądź inny:
zacznij świętym być na co dzień,
abym w Moje urodziny
mógł się w sercu twym narodzić.

wtorek, 9 grudnia 2008

Święty Mikołaj

Upadła dziś w większości świata religia czyli marksistwo-lenistwo, przez ponad pół wieku uporczywie lansowała pogląd, że w nowy rok do grzecznych dzieci, w tym przede wszystkim do komsomolców, przychodzi z prezentami pan Dziadek Mróz.
W naszym domu, o należytych polskich tradycjach, do grzecznych dzieci przychodzi, pod osłoną nocy, Święty Mikołaj i podkłada im słodycze, a czyni to nie w nowy rok, tylko w swoje święto, to znaczy z piątego na szóstego grudnia.
Jedno z naszych dzieci, siedmio i pół letnia Zosia, nie może oduczyć się paskudnego zwyczaju zakradania się nad ranem do małżeńskiego łoża.
Nie inaczej było w sobotni poranek.
Zosia wylądowała w naszym łóżku mocno podekscytowana, z rewelacyjną wiadomością: „Mamusiu, wyobraź sobie, że uzyskałam podpis Świętego Mikołaja, ale nie miał widocznie czasu, bo nie napił się mleka”. Wybudzony tym hasłem zacząłem analizować fakty, podczas gdy dialog rozwijał się.
- Mamusiu, mam podpis na moim liście.
- To bardzo ładnie Zosiu, widzisz jak ładnie…
Nie wytrzymałem i mówię – Za to się siedzi – ponieważ rozumiem konsekwencje grożące za poświadczenie nieprawdy, fałszowanie dokumentów i inne śliskie sprawy.
Wstałem jednak powoli, żeby nie wzbudzać sensacji i w kuchni na stole znalazłem to, co przedstawiam.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Herbatka

Czemu jesteś smutna, dziewczyno z warkoczem,
czy nikt Ci nie mówił, że masz piękne oczy?

Czy tak Cię nastraja jesienna pogoda,
że miast blaskiem świecić, zimna Twa uroda?

Popatrz, chcę Cię prosić, ja wiem, to nie łatwe,
żebyś przyszła do mnie: nastawię herbatkę,

Usiądę przy Tobie i Twe śliczne ręce
i buzię i stopy, ogrzeję mym sercem.

Nie musisz nic mówić, ja powiem Ci wiersze,
a jak to za mało, zaśpiewam piosenkę.

Możesz u mnie zostać, a jeżeli nie chcesz,
to Cię odprowadzę i dam kwiaty piękne.

Przyniosę je prędko, już z samego rana:
one Ci powiedzą, że nie jesteś sama.

Poczekaj dziewczyno, dokąd idziesz? Popatrz:
jestem tu i czekam i chcę Ciebie kochać.

sobota, 6 grudnia 2008

Polemika czyli własne zdanie na temat

Dzisiaj mamy w Polsce tak zwaną demokrację i dużo wolno.
Wolno mnie zatem wyrazić swoje zdanie na temat.
Temat jest i prosty i śliski zarazem, dotyczy bowiem oceny.
Ocena jest jak wiadomo, subiektywna, przypisana każdemu poszczególnemu człowieku.
Ocena taka często zmienia się i z czasem na nowo postrzegamy zjawiska które kiedyś odbieraliśmy zupełnie inaczej, co dowodzi poniekąd rozwoju naszej psychiki.
Są rzecz jasna przedmioty oceny nie podlegające dyskusji jak choćby wynik zadania w matematyce czy odczyty wszelkich pomiarów fizycznych.
Nikt nie będzie dyskutował ile wynosi całka po krzywej zamkniętej ani też jaka jest wysokość pierwszego w Polsce drapacza chmur – obecnie jaskini Pierwszego Urzędu Skarbowego w Katowicach.
Jeżeli jesteśmy chrześcijanami rzymsko-katolickimi, chcąc nie chcąc zgadzamy się z dogmatem, że papież jest nieomylny w sprawach wiary i moralności – nie dyskutujemy.
Jest wszakże cała sfera zjawisk niewymiernych, będących obszarem działania rynku czy w krańcowym nawet przypadku, knucia aparatu przemocy, co pokrótce rozwinę w naprzykładach.
O ironio, głównie oraz przede wszystkim chodzi tu o sprawę tak osobistą i względną jak ocena piękna.
1/ Oto bowiem kiedy z całej strony gazety bije w moje oczy kolorowe zdjęcie niekształtnej, na wpół obłej – na wpół kanciastej, pozbawionej wszelkiej harmonii nowej Szkody Fabii, wychwalanej tam jako pięknej, ja odpowiem, że dla mnie piękne są niezmiennie stare Jagulary serii XJ.
2/ Idę na markit w Ligocie, a tu ogromny plakat reklamuje krem przeciw zmarszczkom (czekajcie przyjdzie czas, że kobiety i nie tylko, zaczną chować uszy, bo nagle się okaże za sprawą dyktatorskich socjologów od marketingu mody, że uszy są niesexy, że są wstydliwe i w ogóle do tyłu – uszu mieć nie wolno tak jak obecnie nie wolno mieć zmarszczek, tuszy i siwych włosów czy glacy), a zachwala je uznana przez prasęradiotelewizję za skończoną piękność, ta, która dla mnie jest po prostu chirurgicznie najprawdopodobniej korygowany kawał baby co idealnie się nadaje by zasilić szeregi legionów rzymskich – tam już samym swym wyglądem wzbudzałaby popłoch w oddziałach przeciwnika.
Jeżeli więc Państwo szanowne jest ciekawe, dziwnie z kobiet niezmiennie najbardziej podoba mi się moja śliczna małżonka.
3/ Wzmiankowana małżonka moja ośmieliła się swego czasu przystąpić do egzaminu wstępnego na wydział filologii polskiej uniwersytetu. Za przemądrym stołem siedziały dwa dostojne ciule, zapewne z tytułami profesorskimi, tak proszę Państwa, to siedziały ciule. Ciule te, po sprawdzeniu wiedzy kandydatki w zakresie historii literatury, gramatyki, ortografii i czego tam jeszcze, przeszły do koronnego pytania:
- A jakie jest najpiękniejsze zdanie z literatury polskiej?
Zgodnie ze stanem faktycznym oraz sumieniem swoim własnym małżonka moja odpowie, że nie wie, bo trudno powiedzieć które zdanie jest najpiękniejsze.
- Ha, odpowiedziały dwugłosem drwiąco i wyniośle owe ciule – a Żeromski nic pani nie mówi, co?
I znów ubiegająca się o indeks poczęła tłumaczyć się, że zna wprawdzie Żeromskiego, ale nie da się ot tak powiedzieć, które zdanie...
- Pani kochana, rzekły ciule, to panią dyskwalifikuje... „Popioły”... „Opary poszły w nas”, to żeby pani wiedziała na przyszłość.
Zatem powiem wam, ciule, że nie ma najpiękniejszego zdania z literatury polskiej, ale zajrzyjcie w „Psałterz Dawidów” Kochanowskiego ile tam piękna, a ja osobiście upodobałem sobie niedoceniane, a znakomite dzieło Redlińskiego „Konopielka”, a w nim z kolei te momenty kiedy Kaziuk, ojciec, opowiada synkowi wspaniałe przypowieści zaczynając je choćby tak: „Szedł Pambóg przez wieś za dziada przebrany...”.
I proszę mnie nie narzucać swojego, nienajlepszego zdajesię gustu, panowie styliści, dyktatorzy mody czy pseudoznawcy literatury.
Bo, że, ponieważ dziś mamy demokrację, chyba.

czwartek, 4 grudnia 2008

Chuck Norris

Wałęsa nie był agentem.
Wolszczan też.
Nawet Boni nikogo nie skrzywdził.
Niezależnie od tego co z powyższego jest prawdą, a co nie, pytam kogo skrzywdził Miodek, że telewizor się na niego obraził?
Nie ma Miodka, naszego walecznego strażnika kultury słowa i jakiej takiej czystości języka.
Teraz ja, choć NIE CHCEM ALE MUSZEM i biorem strażnictwo Texasu na swoje liche barki.
O tym jak kto gdzie sam liznął trochę angielskiego, czy dowiedział się od kolegów, a teraz w miejsce normalnych polskich słów podstawia jakieś wysoko mądre dyrdymały, już pisiałem, a kto by dalej udawał, że nie rozumie, niech posłucha choćby Komorowskiego, co ten facet wygaduje z trybuny.
Telewizor oglądam nieczęsto, za to dużo przebywam w społeczeństwie i słyszę jak rozmawia biuro, sklep czy ulica.
Donoszę więc, iż na przestrzeni ostatniego tygodnia wyłapałem dwa chwasty mowy, które rozprzestrzeniają się jak jaka zaraza.
Pierwszy to WSPIERANIE.
Wspieramy system operacyjny, wspieramy wynik na koniec miesiąca, wspieramy naszą, zawsze znakomicie przygotowaną do zawodów, kadrę narodową, wspieramy Owsiaka, wspieramy kurna wszystkich i wszystko.
O ile wspieranie wypowiadamy miast mówić o pomaganiu, dążeniu, kibicowaniu etc.,
mimo wszystko więc jest w tym głupim gadaniu jakiś sens, powiedzmy pewna błądząca bliskoznaczność, a słowo jest na tyle ciekawe (wszak pochodzi z amerykańskiego angielskiego nadużywania gwary cybernetycznej), o tyle drugie hasło jest zupełnie bezmyślne.
Jest ono, to drugie hasło, równie idiotyczne jak powszechne zagajenie TAK NAPRAWDĘ i jednakowo służy raczej za słowo przestankowe; trudno się w nim doszukać jakiegokolwiek sensu.
O czym mówię?
O „WIESZ CO”
Ponieważ od opowieści lepsza w tym względzie będzie literatura faktu, zapodaję parę prawdziwych dialogów, które zasłyszałem i niech one uzmysłowią nam grozę bezsensu jaki co dzień powielamy.

Dialog Nr 1
- Jak wyglądam w tej sukience?
- WIESZ CO?, trochę za luźna w talii.

Dialog Nr 2
- Przyjdziesz dziś do nas na kawę?
- WIESZ CO?, nie wiem, chyba pójdziemy na zakupy.

Dialog Nr 3
- Którą masz godzinę, bo mój zegarek chyba zbzikował?
- WIESZ CO?, wpół do czwartej.

koniec cytatu

WIECIE CO? jestem zmęczony, idę spać.
WIECIE CO? Dobranoc!


poniedziałek, 1 grudnia 2008

Wracam

W obcych jestem stronach... ile to już lat?
Naszą złotą plażę co noc w moich myślach
widzę jakby wczoraj poprzez mroczny świat.
Pamięć ciągle parzy kiedy mi się przyśnisz.

Bardzo się zmieniłem od tamtego lata:
nie jestem niewinny, wiem to doskonale
morze krwi przelałem tylu nieprzyjaciół,
ale jak nikt inny, szukam ciebie stale.

Pchają coraz dalej i znów upokorzą
nieprzyjazne wichry, przeciwni bogowie,
a usta me jeszcze smak i zapach niosą
tych co ze mną były, jakże obcych kobiet.

Dziś cię odnalazłem i co dalej, nie wiem,
a nie mam odwagi by wprost spytać o to
czy ja po tym wszystkim mam prawo do ciebie
i czy ty wciąż czekasz, moja Penelopo?