Kiedy delegacją jadę sobie drogą krajową i z myśli wyższych wracam do poziomu ludzkiego, po pewnym czasie włączam sobie radio. Ponieważ jednak zwykle w radiu nie ma nic, po chwili wkładam którąś z moich ulubionych płytek. Znam je wszystkie na wylot, ba, wiem która płyta będzie następna. Wiem nawet jaka piosenka będzie następna. Kiedy jadę już za długo i niewiele się dzieje, zaczynam głupieć, co jest naturalne chyba w takich okolicznościach, a zwłaszcza gnębi mię ta przypadłość w korku. Mój autobus zamienia się wtedy w małe karaoke: cedeczko leci, a wespół z nim ja podśpiewuję sobie. Śpiewam Knopflera, najbardziej lubię wtórować King Singersom; jest wszakże jedna płyta, której nie daję rady. To moja własna składanka Krystyny Prońko. Wybija mnie z rytmu. Po pierwsze, że ona lubi śpiewać raz w tempie, a za chwilę między frazami, przy czym przeciąga, oj przeciąga. Nakoniec ja nie jestem w stanie pokryć skali jej głosu: mój zachrypły po kilku próbach falset wysiada.
Klasycznym tego przykładem niech będzie choćby piosenka Małe tęsknoty.
Siedzimy sobie czas jakiś temu z kolegą moim zaprzyjaźnionym, po którymś z kolei piwie, bo i pogoda sprzyja i pora dnia jest dla błogosławionego rytuału letniej konsumpcji chłodnego piwa, jak najbardziej odpowiednia.
Pyta mnie naraz Krzysiek czy mi nie brakuje wielkiego świata, tych dalekich podróży, odwiedzania ciekawych stron.
- Nie, odpowiadam prędko zgodnie z prawdą, nie brakuje mi. W nowej pracy jest równie ciekawie, ponieważ poznaję nowych ludzi, zawieram ciekawe znajomości, a to dla mnie zdajesię najcenniejsze.
Niedawno przypomniałem sobie tę rozmowę najprawdopodobniej dlatego, że już pięć tygodni postu za nami, a ja mam coraz większego smaka na łyk piwa. Przypuszczalnie jeszcze dwie-trzy noce i zamiast pięknych kobiet przyśni mi się zroszona flaszka zielonego Lecha.
Patrzcie, brakuje mi butelki piwa.
W Związku Radzieckim człowiek, który tak bardzo tęskni do napojów, nazywa się dźwięcznie ALKASZ.
Będzie miesiąc temu pisze do mnie Siostra Agnes i pyta jaką la lubię kaweherbate.
Od tego czasu męczy mnie pragnienie napicia się dobrej herbaty.
Jest w Karachi piękny bazar z czasów kolonialnych, z murem z żółtego kamienia, zamknięty w czworobok, z bramami-wieżami i zegarem.
Jeżeli wejść bramą główną, wschodnią, najlepiej iść w lewo, przejść przez jatkę i dalej wzdłuż straganów z chilli, curry i wszelkiej maści przyprawami, o których nie mamy nawet zielonego pojęcia. Tuż przed murem południowym bez trudu odnajdziemy stoiska z herbatą.
Są tu więc znakomite, markowe herbaty konfekcjonowane znanych angielskich firm jak Brooke Bond, Lipton, Pickwick...
Spośród herbat każdej marki znajdziemy gatunków z pięć, prawdziwych czarnych rzecz jasna, nie mówiąc o herbacie zielonej, smakowej...
Jest herbata w małych paczuszkach, większych i dużych; jest w puszkach okrągłych, sześciennych, w walczakach płaskich a szerokich jak tort.
Asortyment wszelaki od czubków młodych listków poprzez liściaste, drobne, aż do najdrobniejszych...
Wszystko Made in India, wyprodukowane pod surowym nadzorem i z poszanowaniem tradycji, zanim jeszcze ktokolwiek myślał o największym zakłamaniu naszych czasów – systemie zarządzania bylejakością zgodnym z ISO.
Obok, pod brezentowym okapem siedzą sprzedawcy herbaty luzem i ten mały zakątek to prawdziwy herbaciany raj. Na stołach wyłożone są w dużych eksykatorach najlepsze herbaty zielone – chińskie, tajskie i choroba wie skąd jeszcze, a czarne indyjskie, cejlońskie i kenijskie...
Z tyłu za stołami ta sama herbata w dużych worach.
...
Herbaty przywoziłem sporo. Parę razy nawet pani celnik (ciekawość, że zawsze była to kobieta), trafiając na minimum 4kg herbaty w mojej walizce dręczyła mnie jak jakiego przestępcę karno-dewizowego.
Tę właśnie najprzedniejszą herbatę piliśmy sobie w domu delektując się nieosiągalną do dziś w Polsce orgią smaków i aromatów.
Trochę herbaty rozdawałem wśród rodziny i kolegów z biura. Dziś wiem, że czasem było to rzucanie pereł między wieprze.
Tęsknię do dobrej, prawdziwej herbaty. Pomału zaczynam mieć dosyć tego chłamu, którym karmi nas przepotężna rzesza sprzedawców.
niedziela, 29 marca 2009
niedziela, 22 marca 2009
Wielki post trwa
Co po rusku pięknie brzmi, że on pradałżajetsa.
W rzeczy samej długi jest post, aże sześć tygodni.
Tyle widać potrzeba aby zastanowić siebie, przemyśleć niejedno.
Nie będą to wszakże „zamyślenia wielkopostne” wspaniałego kaznodziei X.bp. Józefa Zawitkowskiego bynajmniej.
Co kurna pisać kiedy niema pomysła?
I jak pisać, żeby nie za sucho mimo postu.
Jednakowóż po dziś otrzymanym kopniaku od Ilonki (dziękuję), siadam do laptoka i takie przedstawiam rozmyślania co i o klęsce wywalczonej i o zwycięstwie poniesionym będzie, może bez składu, ale jak zawsze w tej witrynie, „szczyrze i ućciwie” (cóś mię ostatnio cudzysłów do gustu przypadł, no... bardzo).
Ponieważ w przypowieściach ich nauczał, a poza przypowieściami nic im nie mówił, przypowieściami niejako będą poszczególne rozdziały.
...
Przypowieść pierwszy
Kryzys już jest i siecze jak diabli. Wbrew nauce Kościoła o społecznej roli pracy (tu kłania się jakże dziś cynicznie brzmiący, refren z kabaretowej piosenki czasu schyłku komuny „albowiem ona była w rękach obszarników i wyzyskiwaczy”), pracodawcy raczej nie patrzą dalej własnego brzucha – tu, na marginesie, odsyłam do Szewców, Witkacego.
Pracodawca numer jeden co zamówień ma tyle, że opędzić się żadną miarą nie może, wiele z nich realizuje w kooperacji z innymi, a wybiera tylko rodzynki, kiedy powzięła wiadomość o mającym nadejść kryzysie, natentychmiast poczynił stosowne kroki.
Co zrobził?
Wszystkich swoich pracowników (oprócz skończonej ich liczby), zwolnił, poczym połowę z nich zatrudnił na pół etatu, a z drugą połową podpisał umowę o dzieło.
Po wdrożeniu tych działań powiadomił mnie, że on na kryzys jest już przygotowany.
Podczas następnej mojej u niego wizyty, dowiedziałem się, że istnieje pewna obawa, że w okolicach maja/czerwca zamówień będzie mniej, ale on (ponownie), już się na wszelką ewentualność przygotowuje. Tym razem pracodawca konsekwentnie wyprowadza majątek z firmy, zamierza zmniejszyć obroty, bo na co się męczyć kiedy mamy kryzys, a jak będzie się zapowiadało, że coś „dupnie”, on zwalnia załogę, wykupuje miesięczne wczasy dookoła świata i smoli to wszystko. Panie, co mnie ludzie obchodzą, zakończył wynurzenie.
Pracodawca druga tyleco powróciła z zimowiska w Austrii i wskutek zmniejszenia obrotów, „była zmuszona” do zwolnienia 1/3 stanu osobowego swojej załogi. Jednocześnie, ponieważ jego małżowince popsiuło się radio w kuchni, którego lubiła słuchać (zupełnie jak u nas), zakupił cyfrowego satelitę, kino domowe do kuchni i malutką plazmę 26 cali, żeby się jej nie nudziło kiedy pije kawę.
...
Przypowieść drugi
Mistrzu, ile razy mamy przebaczać, zapyta któryś z Apostołów, czy aż siedem razy?
Nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem, Mistrz na to odpowie.
Tak, to znamy z Pisma.
I ja to znam i Wy i oni.
Więc ja już byłem taki mądry i święty, że, za Szwejkiem, „aż chciało mnie rozerwać z tej miłości do najjaśniejszego pana”.
Przez cały tydzień miałem za kierownicą masę paskudnych przypadków nagłego zajechania mi drogi przez innych użytkowników dróg krajowych i gminnych.
Ile razy w ciągu dnia powtarzam NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE?
A z drugiej strony, CZY NIE W TYGLU DOŚWIADCZA SIĘ SREBRO I ZŁOTO?
Siedemdziesiąt sześć razy powtarzałem sobie, że ten co mi tak uczynił, to też człowiek. Może nie zauważył, może się zamyślił, może nie chciał...
Było git.
Było do zeszłego piątku kiedyśmy ze Zbigim pojechali w delegację do Końskich.
Na jakie 15km przed celem podróży, na niewidocznym prawym łuku, dziarsko ruszył z pobocza zielony blaszak VW rocznik może 1975, z kabiną w połowie zamarzniętą, w połowie zaparowaną, prychając bladoniebiesko z zimnego silnika, czym zmusił mnie do ostrego hamowania.
Nie wytrzymałem tej próby.
Wychyliłem się i widząc, że za łukiem jest pusto, delikatnie wyprzedziłem bohatera, poczym złośliwie zwolniłem do 30km/h. Dla niego sytuacja była beznadziejna: podwójna ciągła, szkoła i ograniczenie do 40, z przeciwka sznur pojazdów.
Zbigi powiada: Jak masz coś do niego, zatrzymaj go, wyciągnij z auta i spuść mu wpierdól, ale tak mu nie rób.
...
Przypowieść trzeci i ostatni
Przypowieść ten dowiedzie, za znakomitym pisarzem francuskim, panem Antoine Marie Roger de Saint-Exupéry iż, jakkolwiek człowiek jest zdolny do osiągnięcia wielkości, a ja powiem, może odnieść choćby niepozorne zwycięstwo, nawet w małej rzeczy. Ba, wykaże ten fragment jak przedziwnie przewrotną i niełatwą w jednoznacznej ocenie jest ludzka dusza.
Oto więc ta pierwsza pracodawca, kiedym u niej był i szukając jakiegoś dokumentu nibyto przypadkiem wyjąłem na stół deklarację uczestnictwa we franciszkańskim programie edukacyjnym NADZIEJA, porwała formularz, a upewniając się, że to nie ojciec dyrektor tylko Franciszkanie z Krakowa pomagają dzieciom w Kamerunie, bez namysłu zawezwał sekretarkę, kazał jej na miejscu druk wypełnić, wyjął z kieszeni gotówkę i posłał dziewczynę na pocztę coby wpłaciła środki.
Pracodawca druga, kiedy zwalniała część załogi, nie spała kilka nocy i biła się z myślami kogo zwolnić, a kogo zatrzymać. Zwolniła na przykład studenta, który mieszkał z dostatecznie majętnymi rodzicami, zwolniła też człowieka, którego szwagier ma nieźle prosperującą firmę budowlanną. Zostawił w firmie pracowników będących w największej potrzebie. Tu kłania się opinia Ojca Marka, Przeora Dominikanów z Gidel, że ta pracodawca wybierała nie najmniejsze zło, lecz wybierała największe dobro.
Niczym bybył ten artykuł bez właściwego zakończenia, a ponieważ jesteśmy ludźmi dojrzałymi i nie boimy siebie narracji o sprawach swoich, w pierwszej osobie, winien jestem podzielenie się z czytaczami drobniutką radością jaką wyniosłem z tego wielkiego postu.
Mój dziadek ze strony taty nauczył mnie właściwego rozumienia kwestii niemieckiej.
Nikt mi zatem nie powie, że hasła takie jak:
NUR FUR DEUTSCHE
GOTT MIT UNS
ARBEIT MACHT FREI
są wytworem jakiejś bliżej niezidentyfikowanej nacji „NAZISTÓW”.
Wiem dobrze co one znaczą i wiem jakiego narodu to język. Bynajmniej nie nazistowskiego.
To właśnie poprawne rozumienie faktów (w nosie mam poprawność polityczną), było mi przeszkodą od dłuższego czasu, a mianowicie od czasu wyboru B16 na stolicę Piotrową.
Kiedy co dzień odmawiałem sobie Anioł Pański duchem wraz z Janem Pawłem 2gim, cały się cieszyłem. Czułem moc tej modlitwy.
Teraz nie mogłem.
Jak tu do licha ciężkiego modlić się za Miemca? Rozsądek podpowiadał, że to namiestnik Pana Jezusa etc. etc., jednak serce nie pozwalało. Anioł Pański stał się moją pańszczyzną, wręcz bełkotaniem na odpiernicz się.
Było mi z tym doprawdy ciężko.
Aż tu niespodziewanie przypomniała mi się prośba Jana Pawła by modlić się za niego za życia i po śmierci.
Tak jak przy zapisywaniu do PZPR potrzebny był wprowadzający, a najlepiej dwóch, niejako człowiek-pomost, tak jak na wielu rynkach nim cię ktoś uznany nie przedstawi nowemu klientowi, nie poleci, nie zrobisz z nim interesu, tak ja zacząłem kombinować, że przecież teraz mogę odmawiać Anioł Pański jednakowo za Papę Wojtyłę i zarówno za B16.
Udało się!
...
Zapomnijmy żeśmy się odgryźli temu co zajechał drogę, popatrzmy gdzie możemy się leciutko wznieść.
Życzę wszystkim aby jednego małego zwycięstwa.
W rzeczy samej długi jest post, aże sześć tygodni.
Tyle widać potrzeba aby zastanowić siebie, przemyśleć niejedno.
Nie będą to wszakże „zamyślenia wielkopostne” wspaniałego kaznodziei X.bp. Józefa Zawitkowskiego bynajmniej.
Co kurna pisać kiedy niema pomysła?
I jak pisać, żeby nie za sucho mimo postu.
Jednakowóż po dziś otrzymanym kopniaku od Ilonki (dziękuję), siadam do laptoka i takie przedstawiam rozmyślania co i o klęsce wywalczonej i o zwycięstwie poniesionym będzie, może bez składu, ale jak zawsze w tej witrynie, „szczyrze i ućciwie” (cóś mię ostatnio cudzysłów do gustu przypadł, no... bardzo).
Ponieważ w przypowieściach ich nauczał, a poza przypowieściami nic im nie mówił, przypowieściami niejako będą poszczególne rozdziały.
...
Przypowieść pierwszy
Kryzys już jest i siecze jak diabli. Wbrew nauce Kościoła o społecznej roli pracy (tu kłania się jakże dziś cynicznie brzmiący, refren z kabaretowej piosenki czasu schyłku komuny „albowiem ona była w rękach obszarników i wyzyskiwaczy”), pracodawcy raczej nie patrzą dalej własnego brzucha – tu, na marginesie, odsyłam do Szewców, Witkacego.
Pracodawca numer jeden co zamówień ma tyle, że opędzić się żadną miarą nie może, wiele z nich realizuje w kooperacji z innymi, a wybiera tylko rodzynki, kiedy powzięła wiadomość o mającym nadejść kryzysie, natentychmiast poczynił stosowne kroki.
Co zrobził?
Wszystkich swoich pracowników (oprócz skończonej ich liczby), zwolnił, poczym połowę z nich zatrudnił na pół etatu, a z drugą połową podpisał umowę o dzieło.
Po wdrożeniu tych działań powiadomił mnie, że on na kryzys jest już przygotowany.
Podczas następnej mojej u niego wizyty, dowiedziałem się, że istnieje pewna obawa, że w okolicach maja/czerwca zamówień będzie mniej, ale on (ponownie), już się na wszelką ewentualność przygotowuje. Tym razem pracodawca konsekwentnie wyprowadza majątek z firmy, zamierza zmniejszyć obroty, bo na co się męczyć kiedy mamy kryzys, a jak będzie się zapowiadało, że coś „dupnie”, on zwalnia załogę, wykupuje miesięczne wczasy dookoła świata i smoli to wszystko. Panie, co mnie ludzie obchodzą, zakończył wynurzenie.
Pracodawca druga tyleco powróciła z zimowiska w Austrii i wskutek zmniejszenia obrotów, „była zmuszona” do zwolnienia 1/3 stanu osobowego swojej załogi. Jednocześnie, ponieważ jego małżowince popsiuło się radio w kuchni, którego lubiła słuchać (zupełnie jak u nas), zakupił cyfrowego satelitę, kino domowe do kuchni i malutką plazmę 26 cali, żeby się jej nie nudziło kiedy pije kawę.
...
Przypowieść drugi
Mistrzu, ile razy mamy przebaczać, zapyta któryś z Apostołów, czy aż siedem razy?
Nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem, Mistrz na to odpowie.
Tak, to znamy z Pisma.
I ja to znam i Wy i oni.
Więc ja już byłem taki mądry i święty, że, za Szwejkiem, „aż chciało mnie rozerwać z tej miłości do najjaśniejszego pana”.
Przez cały tydzień miałem za kierownicą masę paskudnych przypadków nagłego zajechania mi drogi przez innych użytkowników dróg krajowych i gminnych.
Ile razy w ciągu dnia powtarzam NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE?
A z drugiej strony, CZY NIE W TYGLU DOŚWIADCZA SIĘ SREBRO I ZŁOTO?
Siedemdziesiąt sześć razy powtarzałem sobie, że ten co mi tak uczynił, to też człowiek. Może nie zauważył, może się zamyślił, może nie chciał...
Było git.
Było do zeszłego piątku kiedyśmy ze Zbigim pojechali w delegację do Końskich.
Na jakie 15km przed celem podróży, na niewidocznym prawym łuku, dziarsko ruszył z pobocza zielony blaszak VW rocznik może 1975, z kabiną w połowie zamarzniętą, w połowie zaparowaną, prychając bladoniebiesko z zimnego silnika, czym zmusił mnie do ostrego hamowania.
Nie wytrzymałem tej próby.
Wychyliłem się i widząc, że za łukiem jest pusto, delikatnie wyprzedziłem bohatera, poczym złośliwie zwolniłem do 30km/h. Dla niego sytuacja była beznadziejna: podwójna ciągła, szkoła i ograniczenie do 40, z przeciwka sznur pojazdów.
Zbigi powiada: Jak masz coś do niego, zatrzymaj go, wyciągnij z auta i spuść mu wpierdól, ale tak mu nie rób.
...
Przypowieść trzeci i ostatni
Przypowieść ten dowiedzie, za znakomitym pisarzem francuskim, panem Antoine Marie Roger de Saint-Exupéry iż, jakkolwiek człowiek jest zdolny do osiągnięcia wielkości, a ja powiem, może odnieść choćby niepozorne zwycięstwo, nawet w małej rzeczy. Ba, wykaże ten fragment jak przedziwnie przewrotną i niełatwą w jednoznacznej ocenie jest ludzka dusza.
Oto więc ta pierwsza pracodawca, kiedym u niej był i szukając jakiegoś dokumentu nibyto przypadkiem wyjąłem na stół deklarację uczestnictwa we franciszkańskim programie edukacyjnym NADZIEJA, porwała formularz, a upewniając się, że to nie ojciec dyrektor tylko Franciszkanie z Krakowa pomagają dzieciom w Kamerunie, bez namysłu zawezwał sekretarkę, kazał jej na miejscu druk wypełnić, wyjął z kieszeni gotówkę i posłał dziewczynę na pocztę coby wpłaciła środki.
Pracodawca druga, kiedy zwalniała część załogi, nie spała kilka nocy i biła się z myślami kogo zwolnić, a kogo zatrzymać. Zwolniła na przykład studenta, który mieszkał z dostatecznie majętnymi rodzicami, zwolniła też człowieka, którego szwagier ma nieźle prosperującą firmę budowlanną. Zostawił w firmie pracowników będących w największej potrzebie. Tu kłania się opinia Ojca Marka, Przeora Dominikanów z Gidel, że ta pracodawca wybierała nie najmniejsze zło, lecz wybierała największe dobro.
Niczym bybył ten artykuł bez właściwego zakończenia, a ponieważ jesteśmy ludźmi dojrzałymi i nie boimy siebie narracji o sprawach swoich, w pierwszej osobie, winien jestem podzielenie się z czytaczami drobniutką radością jaką wyniosłem z tego wielkiego postu.
Mój dziadek ze strony taty nauczył mnie właściwego rozumienia kwestii niemieckiej.
Nikt mi zatem nie powie, że hasła takie jak:
NUR FUR DEUTSCHE
GOTT MIT UNS
ARBEIT MACHT FREI
są wytworem jakiejś bliżej niezidentyfikowanej nacji „NAZISTÓW”.
Wiem dobrze co one znaczą i wiem jakiego narodu to język. Bynajmniej nie nazistowskiego.
To właśnie poprawne rozumienie faktów (w nosie mam poprawność polityczną), było mi przeszkodą od dłuższego czasu, a mianowicie od czasu wyboru B16 na stolicę Piotrową.
Kiedy co dzień odmawiałem sobie Anioł Pański duchem wraz z Janem Pawłem 2gim, cały się cieszyłem. Czułem moc tej modlitwy.
Teraz nie mogłem.
Jak tu do licha ciężkiego modlić się za Miemca? Rozsądek podpowiadał, że to namiestnik Pana Jezusa etc. etc., jednak serce nie pozwalało. Anioł Pański stał się moją pańszczyzną, wręcz bełkotaniem na odpiernicz się.
Było mi z tym doprawdy ciężko.
Aż tu niespodziewanie przypomniała mi się prośba Jana Pawła by modlić się za niego za życia i po śmierci.
Tak jak przy zapisywaniu do PZPR potrzebny był wprowadzający, a najlepiej dwóch, niejako człowiek-pomost, tak jak na wielu rynkach nim cię ktoś uznany nie przedstawi nowemu klientowi, nie poleci, nie zrobisz z nim interesu, tak ja zacząłem kombinować, że przecież teraz mogę odmawiać Anioł Pański jednakowo za Papę Wojtyłę i zarówno za B16.
Udało się!
...
Zapomnijmy żeśmy się odgryźli temu co zajechał drogę, popatrzmy gdzie możemy się leciutko wznieść.
Życzę wszystkim aby jednego małego zwycięstwa.
niedziela, 1 marca 2009
Jacy jesteśmy
Do trzech łatwo zliczyć, trzy bez trudu można wyróżnić i zapamiętać, dyć trzy to jeszcze nie tak dużo.
Wiedział Nauczyciel z Galilei, że nic tak nie zapada w pamięci jak przypowieści.
Niech więc trzy przypowieści się wraz roztoczą.
Coraz więcej polskich rodzin boleśnie dotyka pogłębiający się kryzys gospodarczy.
Rozmawiam z człowiekiem, który tyleco dostał od swojego pracodawcy jednoznaczne wypowiedzenie. Dziś jeszcze człowiek ten stoi materialnie lepiej ode mnie, jednak skoro kiedyś już mu pomogłem, nagle przypomniał sobie o mnie. Wydało mi się to dziwne, ponieważ parę lat temu uczyłem go skromności i łagodności, jednak z daru serca nie skorzystał. Teraz okazało się, że przyszedł po to by mi wykraść tajniki mojej sztuki, a swojego postępowania dotąd nie zmienił. Widocznie to moja twarz jest tak głupia, że biorą mnie za większego idiotę niż jestem.
NIE OKRADAJMY LUDZI!
Człowiek drugi, bardzo bliska mi dusza, też stracił pracę. Co mogliśmy, dzięki staraniom mojej ukochanej małżonki, próbowaliśmy, ale na razie nie udaje się. Dzwonię do niego w piątek i pytam co słychać: właściciel zamknął firmę i rozpuścił wszystkich na cztery wiatry, nawet tych, którzy przynosili spory zysk, ponieważ globalnie przestało mu się opłacać prowadzenie firmy (czytaj za mało zarabiał jak na swój stan posiadania). Mówię mu, że materialnie niewiele mogę pomóc, ale modlimy się i inni też się modlą. W odpowiedzi słyszę: to guzik da.
NIE WĄTPMY W SIŁĘ MODLITWY!
Podczas wizyty służbowej u Tadzia dostrzegłem wizytówkę Jasia i pytam czy ma z nim kontakt, bo od lat o nim nie słyszałem. To ty nie wiesz, odpowiada, Jasiu umiera na nowotwór i chyba to jego ostatnie tygodnie, muszę tam zadzwonić.
(Jasiu był współwłaścicielem firmy, której pomogłem w trudnym dla niej okresie, a mimo to on i jego wspólnik, okradli mnie.)
Nazajutrz wpadam do Tadzia i pytam co u Jasia.
- Co może być, umiera - odpowiada Tadziu.
- Dzwoniłeś, może można w czymś pomóc?
- Nic nie pomożesz, nie dzwoniłem, bo nawet nie wypada, facet umiera i już.
- To co, trzeba się modlić?
- Po co? Za papieża też my się modlili i co?
Tadziu jest starszy ode mnie i trochę głupio byłoby mu teraz wyjawiać, że kiedy umierał Papa Wojtyła, nie o przedłużenie gasnącego życia ziemskiego modliliśmy się.
SĄ RZECZY WAŻNIEJSZE NIŻ WYZDROWIENIE CZY ZACHOWANIE ŻYCIA!
Co jeszcze przyniesie Wielki Post?
Wiedział Nauczyciel z Galilei, że nic tak nie zapada w pamięci jak przypowieści.
Niech więc trzy przypowieści się wraz roztoczą.
Coraz więcej polskich rodzin boleśnie dotyka pogłębiający się kryzys gospodarczy.
Rozmawiam z człowiekiem, który tyleco dostał od swojego pracodawcy jednoznaczne wypowiedzenie. Dziś jeszcze człowiek ten stoi materialnie lepiej ode mnie, jednak skoro kiedyś już mu pomogłem, nagle przypomniał sobie o mnie. Wydało mi się to dziwne, ponieważ parę lat temu uczyłem go skromności i łagodności, jednak z daru serca nie skorzystał. Teraz okazało się, że przyszedł po to by mi wykraść tajniki mojej sztuki, a swojego postępowania dotąd nie zmienił. Widocznie to moja twarz jest tak głupia, że biorą mnie za większego idiotę niż jestem.
NIE OKRADAJMY LUDZI!
Człowiek drugi, bardzo bliska mi dusza, też stracił pracę. Co mogliśmy, dzięki staraniom mojej ukochanej małżonki, próbowaliśmy, ale na razie nie udaje się. Dzwonię do niego w piątek i pytam co słychać: właściciel zamknął firmę i rozpuścił wszystkich na cztery wiatry, nawet tych, którzy przynosili spory zysk, ponieważ globalnie przestało mu się opłacać prowadzenie firmy (czytaj za mało zarabiał jak na swój stan posiadania). Mówię mu, że materialnie niewiele mogę pomóc, ale modlimy się i inni też się modlą. W odpowiedzi słyszę: to guzik da.
NIE WĄTPMY W SIŁĘ MODLITWY!
Podczas wizyty służbowej u Tadzia dostrzegłem wizytówkę Jasia i pytam czy ma z nim kontakt, bo od lat o nim nie słyszałem. To ty nie wiesz, odpowiada, Jasiu umiera na nowotwór i chyba to jego ostatnie tygodnie, muszę tam zadzwonić.
(Jasiu był współwłaścicielem firmy, której pomogłem w trudnym dla niej okresie, a mimo to on i jego wspólnik, okradli mnie.)
Nazajutrz wpadam do Tadzia i pytam co u Jasia.
- Co może być, umiera - odpowiada Tadziu.
- Dzwoniłeś, może można w czymś pomóc?
- Nic nie pomożesz, nie dzwoniłem, bo nawet nie wypada, facet umiera i już.
- To co, trzeba się modlić?
- Po co? Za papieża też my się modlili i co?
Tadziu jest starszy ode mnie i trochę głupio byłoby mu teraz wyjawiać, że kiedy umierał Papa Wojtyła, nie o przedłużenie gasnącego życia ziemskiego modliliśmy się.
SĄ RZECZY WAŻNIEJSZE NIŻ WYZDROWIENIE CZY ZACHOWANIE ŻYCIA!
Co jeszcze przyniesie Wielki Post?
Subskrybuj:
Posty (Atom)