sobota, 24 października 2009

Stateczek

- Więc powiada pan, że kontuzja się odnowiła, bo spędził pan całe trzy dni i prawie dwie noce przy komputerze? Panie, czy pan jest rozsądny, w pana wieku? I jeszcze te papierosy?
- Papierosy nie szkodzą na kręgi szyjne, a zresztą pan też pali, panie doktorze.
- Tak proszę pana, ale ja palę świadomie, ze świadomością medyczną, bo ja jestem lekarz. W porządku, puls i ciśnienie dobre, rentgen nie wykazuje zmian, przepisuję panu serię zastrzyków Ketonal i Nospę na rozluźnienie. Daję panu skierowanie do neurologa i niech pan pamięta żeby koniecznie wziąć parę masaży, bo zdaje się ma pan swojego masażystę, tak?
- Mam, już się umówiłem.
- To dobrze, a neurolog akurat ma dziś dyżur w pokoju obok, niech pana przebada, może zaleci tomograf albo rezonans, to bardzo doświadczony lekarz.
No, to tyle, do widzenia.
- Dziękuję, do widzenia.
...

- Doktor Remigiusz Rosnowski Specjalista Psycholog i Psychiatra, dziwne, nic, pukamy... (puk, puk).
- Wejść! – rozległ się stanowczy, niemal wojskowy okrzyk.
Za biurkiem pod oknem siedział nieduży łysy człowieczek w białym kitlu. Wokół uszu sterczały mu zabawnie najeżone resztki gęstych siwych włosów, które w połączeniu z malutkimi okrągłymi okularami sprawiały, że twarz jego do złudzenia przypominała ślepowrona.
- Dzień dobry – przywitał Leszek specjalistę.
Doktor popatrzył na przybysza sponad okularów.
- Siadać – zaordynował.
- Bo ja, panie doktorze...
- Nazwisko!
- Patalas.
- Jak?!
- Patalas.
- Przesylabizować!
- Pa-ta-las – Leszek uśmiechnął się – panie doktorze, to jakiś żart...
- Ja tu nieprawda zadaję pytania, ja badam i leczę; pan odpowiada i pomaga, od-po-wia-co?-da, tak, odpowiada. Pa-ta-las, genialne.
To teraz od jak dawna tak panu kark wykręciło co? Od początku proszę, wszystko dokładnie po kolei nieprawda.
- Wziąłem pięć dni urlopu, teraz, od tego poniedziałku...
- Tak tak, naturalnie, rozumiem, i to z urlopu tak pogięło co? Bardzo ciekawe, genialne. Noo, proszę pana...
- Wziąłem urlop żeby wykonać duże zlecenie...
- Zawód?!
- Inżynier mechanik, projektant.
- Pro-jek-tant, genialne. Tak i co dalej?
- No więc siedziałem trzy dni i dwie noce przy komputerze nad dokumentacją wykonawczą, bo to dobrze płatna robota, dla firmy z Niemiec, wie pan.
- Przy kom-pu-te-rze, inżynier, genialnie, nie tak szybko, bo za-pi-su-co?-jemy, tak, zapisujemy. I co nieprawda?
- I przeciążyłem kark, bo non stop pochylony nad papierami i klawiaturą.
- Dobrze, a teraz pan szanowny pozwoli, przebadamy pana nieco. Proszę schylić głowę, wyprostować, schylić, wyprostować... Boli?
- Boli.
- Jak uciskam, boli?
- Tak.
- Gdzie boli, konkretnie nieprawda?
- Cała szyja...
- Kark proszę pana, szyja jest z przodu, z tyłu mamy kark.
- Cała szyja boli panie doktorze...
- Moment, zapiszemy dys-ku-co?-tant, dyskutant nieprawda. Dobrze, a gdzie jeszcze boli?
- Ból promieniuje dokoła, w dół, w cały kręgosłup...
- A głowa?
- Boli, też troszkę boli, uciska.
- Zaraz, już piszemy: gło-wa boli i u-ci-ska. A ta głowa, to od dawna pana boli? Czy ma pan stałe bóle głowy, czy widzi ich pan czasem, czy może słyszy ich głosy?
- Panie, co pan, głowa boli mnie od karku, chyba nie chce pan sugerować że jestem...
- To się okaże mój panie, to się wkrótce okaże nieprawda... a kiedy czuł pan, że boli, czy może kiedy czuł pan zmęczenie, robił pan jakieś ćwiczenia, no coś takiego co oderwałoby pański umysł od wytężonego wysiłku?
- Jasne, prosiłem żonę, parzyła mi kawę, a potem wychodziłem na przerwę na balkon, zapalić papierosa.
- Jasne, papierosa nieprawda, a potem, po papierosku, bo przecież każdą kawę należy wysikać, czy nie przyszła panu ochota żeby... powiedzmy... no... sikać z balkonu?
- Panie, co pan? Jestem dorosłym człowiekiem, jak mógłbym sikać z balkonu?!
- Do-ro-co?-słym, tak, dorosłym. Ale w przeszłości sikało się nieprawda?
- Nie pamiętam jeżeli mam być szczery, a jeżeli nawet... zresztą wszyscy chłopcy na podwórku sikali z balkonu.
- Si-ka-li z bal-ko-nu, nic, zapisane... genialnie. A czy nie przychodziła panu myśl żeby powiedzmy wystrugać coś ze świeczki, ulepić z plasteliny... dlaczego pytam? Widzi pan, kiedy się jest psychicznie znużonym, mimowolnie przychodzi nam chęć żeby nieprawda zająć czymś ręce, zrobić coś zupełnie innego, manualnego, nie angażującego sił umysłu. Ja, zdradzę panu, że jak mam dosyć, układam domek z kart i to mnie bardzo relaksuje nieprawda. Więc jak, robił pan jakieś manualne czy relaksujące ćwiczenia kiedy pan tak stale siedział nad projektem?
- Nie, właściwie nie, chociaż...
- No, no?
- Zdenerwowałem się, bo na jednym arkuszu rysunku, tego niemieckiego, była pewna niekonsekwencja, która kosztowała mnie parę godzin dodatkowej pracy, zanim ją odkryłem...
- Od-kry-łem, genialnie. Słucham... tak?
- Byłem zmęczony i zły i postanowiłem, czy żeby sobie ulżyć...
- Ul-żyć nieprawda. No no! Tak?
- Jakoś tak mimo woli zacząłem składać jedną kopię tego przeklętego arkusza i poskładałem go w taki papierowy okręt, wie pan, taki statek z papieru jakie robią dzieci.
- Okręt, powiada pan, zapisujemy: o-kręt, jak-dzie-ci nieprawda. A wie pan, że o tym nie pomyślałem, okręt... genialne.
- Panie doktorze, przepraszam, ale wydaje mi się, że tracimy czas na jakieś głupie opowiastki. Jestem zmęczony, kark mnie boli, jestem na urlopie...
- Ależ drogi panie, nic podobnego, kiedy pan tak opowiadał, już wypisałem panu skierowanie na rezonans odcinka szyjnego, ale proszę mi jeszcze opowiedzieć o tym nieprawda okręcie. A może pokaże mi pan jak poskładać taki okręt, bardzo proszę? Nie wiem czy jeszcze mi się dziś zdarzy jakiś pacjent, proszę poświęcić mi dosłownie chwilkę i nauczyć składania takich okrętów.
- Dobra, ma pan jakiś duży papier, najlepiej gazetę?
- Proszę, jest Wyborcza, to chyba największa gazeta... patrzę i uczę się.
...
- Jest, okręt gotowy.
- Genialne nieprawda, okręt. I taki pan zrobił w domu?
- Nie, taki to za duży, mały zrobiłem, taki malutki stateczek.
- I puścił go pan na wodę?
- Nie, po blacie biurka tylko przesuwałem.
- Czy mógłby mi pan zrobić jeszcze taki malutki nieprawda stateczek, co?
- Ok., zrobię panu dwa stateczki, nie, dziesięć stateczków, na zaś i dosyć tego. Gdzie moje skierowanie, bo w końcu zapomnę?
- Proszę bardzo, z moją pieczątką przyjmą pana szybciej. Genialnie, pan robi stateczki, a ja tymczasem nieprawda napuszczę wody do umywalki. Niech pan patrzy jaka duża komora: urządzimy sobie bitwę morską. Ten stateczek już zabieram i nakleję na niego mały żółty poster, taki niby żagielek.
Proszę tu do mnie, zobaczy pan jaka to pyszna zabawa. Tam na wieszaku jest mój biały fartuch, ja go nie używam... proszę włożyć żeby się pan nie pochlapał.... dobra, teraz jednocześnie puszczamy stateczki na wodę i dmuchamy każdy w swój, do zatopienia przeciwnika... genialne nieprawda!
- Czy to konieczne panie doktorze?
- Daj pan spokój, teraz chce się pan wycofać kiedy prawdziwa zabawa dopiero się roz-po-czy-co?-na, tak rozpoczyna?
Fffu... fffu. Ha ha, zatopiony, wygrałem, został pan pokonany panie kolego nieprawda w bitwie morskiej i poniesie pan zasłużoną karę. To żart oczywiście.
- Panie doktorze, gra nie była czysta, oszukiwał pan...
- Co? Jak pan śmie?
- Po pierwsze nałożył pan jeden stateczek na drugi, żeby dłużej nasiąkał i jeszcze dokleił mu żółty żagielek – szybciej płynął i staranował mój. Wychodzę.
- Teraz pan przesadził mój panie, zamykamy drzwi, klucz wyrzucamy przez okno... o i dzwonimy, zaraz po pana przyjadą nieprawda.
Halo, klinika psychiatryczna, mówi doktor Rosnowski, wzywam karetkę: pacjent dostał szału... co jest? depresja maniakalna i wyjątkowo brutalna agresja, przychodnia przy Roosevelta, w moim gabinecie, tak, cały czas dla niepoznaki robi stateczki z papieru, zamknął nas, a klucz połknął, musicie wyważyć drzwi, prędko, facet jest naprawdę niebezpieczny, z trudem panuję nad sytuacją.
...
Oj, szuka pan telefonu? Taki nierozważny... kiedy pan robił stateczki, ja niepostrzeżenie wyjąłem panu z ma-ry-nar-co?-ki, tak z marynarki, a teraz nieprawda plusk i idzie na dno piękna Nokia, bo tam jej miejsce, razem z pokonanym wrakiem pańskiego stateczku, a mój zwycięski stateczek stawiam na oknie.
- Pan zwariował, pan jest niebezpieczny, co pan wyprawia?
- Spokojnie, teraz panu pokażę jak szybciej robić papierowe stateczki, zanim po pana przyjadą jeszcze w tym pana pokonam. Głupcze, myślał pan że nie umiem składać statków z papieru... o tak i jeszcze rozleję trochę wody na biurku i niech sobie stateczki pływają.
- To jakaś farsa, pan jest czysty wariat...
(Łomot do drzwi; wpada dwóch potężnych gości z kaftanem. Przystają, poczym łapią doktora.)
- To nie ja, panowie, to nie ja, to jakaś fatalna pomyłka, ja jestem doktor Rosnowski, a on jest niebezpieczny wariat, ten w białym fartuchu.
- Tak tak, oczywiście, „panie doktorze”, ha ha.
- Nie, ja nie chcę, ja protestuję...
...
Jeden pielęgniarz trzyma doktora; drugi wstrzykuje mu zastrzyk na uspokojenie, zwraca się w stronę Leszka:
- Ale mu odbiło co?
- Zbzikował facet i tyle... a z pozoru całkiem normalny.
...
Zabierają nieszczęśnika.
Z korytarza słychać jeszcze:
- Panowie, mój stateczek, zwycięski stateczek z żółtym żagielkiem.

wtorek, 20 października 2009

Małpi rozum

Zewsząd i coraz bardziej otaczają nas technikalia, coraz nowocześniejsze, coraz lepsze, a tak ich dużo i tak są nachalne, że zdajesię któregoś dnia nas uduszą.
Nie jest celem tego biuletynu występowanie z krytyką wynalazków jako takich, gdyż byłaby to niedorzeczność, ponieważ w ogólności rozsądnie stosowana technika służy człowiekowi, lecz przedziwny jest rozwój opinii na temat wynalazków.
Żałosne przykłady tego o czym się tu mniej więcej mówi pochodzą z branży samochodowej. Był piękny czas kiedy z tylnych elementów czy zawieszenia czy podwozia, zwisały dumnie gumowe ogonki szurające po jezdni, a naukowo zwał się taki wynalazek paskiem elektrostatycznym, mającym nibyto odprowadzać ładunek elektrostatyczny jaki się zbierał na karoserii, do ziemi.
Minęły paski, pojawiły się lampki świecące fioletowym światełkiem znad głowy kierowcy – to z kolei cudowne urządzenie miało przeciwdziałać oślepianiu przez światła pojazdów nadjeżdżających z przeciwka. Pamiętam nawet krótki reportaż pseudonakuowy jakiegoś radzieckiego instytutu, dowodzący szybszej regeneracji oślepionego narządu wzroku, który znajdował się pod zbawiennym wpływem światła fioletowej lampki, a wkrótce po tym reportażu w telewizorze pokazał się nasz znakomity sadownik i kierowca, późniejszy importer guzików i zamków błyskawicznych, wreszcie współtwórca sukcesu grupy Daimler-Benz AG w Polsce, Sobiesław Zasada, który został przez redaktora przygwożdżony pytaniem o opinię na temat. Bidny Zasada wił się jak mógł żeby nie skłamać i powiedział tylko, że fioletowa lampka z pewnością nie zaszkodzi.
Długie lata po tym jak przeminęły paski anty i fioletowe lampki, zauważyłem, że kierowcy, nie tylko ciężarowi, miewają w swoich kabinach czy powieszone czy zatknięte gdzieś, zawsze jednak stroną czynną w przód, płyty CD. Tego odkrycia sam nie mogłem pojąć aż wytłumaczył mi je pewien inteligentny taksówkarz co miał płyt CD powieszonych jedną, a za szybę zatkniętych trzy:
- Panie, jakbyś pan miał w domu odtwarzacz CD, to byś pan wiedział, że tam jest laser, tak samo jak w policyjnym radarze, to płytka odbija radar, co nie?
- Odbija laser z radaru i co?
- I co, i co. Nie wiem, ale panie, wiesz pan, nigdy nie zaszkodzi.
Telewizorem bawili się Miemcy już w roku 1936 bodajże, nie przewidując jednak co to za potęga być będzie. Być jednak nie mogło dłużej by współczesny telewizor nadal przypominał telewizor starożytny, więc kiedy opracowywało założenia telewizji dużej rozdzielczości (HDTV) – przy całym zamięszaniu nad nieporównywalną jakością, maksimum 1080linii w pionie w stosunku do dotychczasowych 625linii to jest cóś jakby niecałe dwa razy lepiej ino, chyba – zmieniło proporcje obrazu z jakże naturalnych 4/3 do 16/9, a już mamy pierwsze 21:9 i głupio wierzymy, że im szerzej w bok, tym więcej, gdy tymcasem okrawa się nam górę i dół.
Wielki się szum niedawno w prasieradiutelewizji zrobił, że mus jest wycofać kineskopy i przejść na energooszczędne telewizory płaskie. Mój stary dobry telewizor z dużą szklaną bańką zużywa 150W, nowy dobry telewizor LCD o tej samej wysokości ekranu zużywa 176W, za to analogiczny plazmowy 250W.
Naglą też ekolodzy na czymprędzej wycofanie świetlówek jako niebezpiecznych, że ponieważ ich luminofor zawiera zabójczą rtęć. Jednocześnie promują żarówki oszczędnościowe tę samą rtęć zawierające, a ciekawostka tym większa, że w katalogu odpadów, łatwo dostępnym choćby w internecie, znajdziemy zużyte świetlówki sklasyfikowane jako odpady niebezpieczne, za to żarówki oszczędnościowe (które przecież więcej energii niż świetlówki żrą), nie są zaliczone w poczet niebezpiecznych.
Jojczenie troskliwych ekologów słyszymy, że jazda cały dzień samochodem z włączonymi światłami to w skali globu ogromny wydatek energii i ocieplanie planety,
natomiast dziwnie nie słyszymy, że coraz większa liczba samochodów, ich ciepłe i trujące spaliny, oleje, płyny…
Wrócimy jednak do wynalazków i powiedzmy otwarcie, że telefonu komórkowego nie potrzebuje nikt, chociaż z drugiej strony jaka to jednak wygoda…
Wśród kolegów i klientów dostrzegam szybkie zmiany na nowsze i nowsze telefony,
z aparatemkamerą, radiemtelewizją, internetemmapami, z coraz większymi kolorowymi wyświetlaczami, w których coraz mniej miejsca na klawisze i akumulator… i tylko trzeba je tak często ładować, cicho przyznają dumni użytkownicy.
Zmierzając ku końcowi naszych wywodów, popatrzmy jak się ma sprawa poglądów na temat wynalazków całkiem prostych.
Pilnie strzeżony przez długie chińskie wieki krzew herbaciany uprawiany jest dziś w wielu ciepłych krajach, skąd wędruje do naszych kuchni i ciekawe jest doprawdy jak od zdrowej do niedawna (tak się nam przynajmniej zdawało) herbaty czarnej czyli zwyczajnej (znaczy wytwarzanej przez suszenie fermentowanych liści), byliśmy odciągani wpierw w stronę herbaty zielonej, poczym teraz znów herbaty czerwonej. Słyszałem nawet kiedyś w radiu jaka to herbata w ogólności jest szkodliwa i wręcz trująca, za to kawa… najlepsze co można pić i wszystko leczy, a pół roku temu wpadł do mojej skrzynki w ramach marketingowego zasypywania skrzynek darmowych, artykuł mię przekonać mający iż jako mężczyzna pijam za mało kawy i powinienem tej używki używać więcej, bo zdrowo jest dla mężczyzny na jego mężczyzność.
Jako rzecz ostatnią rozważmy wynalazek krowy, towarzyszącej człowiekowi od pokoleń, krowy z którą mieszkał pospołu, którą hodował w celu na mleko, na skóry i w celu na mięso. Równo dwanaście lat temu czytałem artykuł w Time jak to Brazylia i Argentyna najbardziej w świecie zatruwają naszą planetę, przez to, że ich w ciężkie miliony idące stada krów, wypasane na rozległych pastwiskach, wytwarzają potężną rzekę, nie bójmy się tego słowa, gówna, które spływa do Atlantyku, przez co azotanami, azotynami i czym tam jeszcze, zakłóca ekorównowagę tego akwenu.
Dziś rano dowiaduję się od córki mojej Marii co zasłyszała tę nowinkę gdzieś w radiu zdajesię, że jest bardzo niedobrze, wręcz alarmująco niedobrze jest z powodu krowy kiedy czy się znajdują na zewnątrz czy w oborze, mają paskudny zwyczaj puszczania bąków. Się prawdopodobnie okazuje, że krowie gazy odlotowe, medycznie zwane wiatrami, sieją prawdziwe spustoszenie w atmosferze ziemskiej przez to, że wprowadzają do niej metan. Rewelacja to dla nas żadna, ponieważ już przed drugą wojną światową ludzie w różnych miejscach i całkiem od siebie niezależnie, demonstrowali widowiskową palność pierdów.
Na tym pozwolę sobie przewrotnie acz bez napaści na zielonych, zakończyć artykuł.

Pyrsk ludkowie!