wtorek, 9 listopada 2010

Spokojnie, bez nerwów

Po długiej przerwie niepisania opowiem pokrótce jaki to niespotykanie spokojny ze mnie człowiek.
I doprawdy nie wiem dlaczego ludzie dokoła starają się mnie na różne sposoby zastraszyć.
Najpierw usłyszałem groźbę, że jak Tusk wyłysieje, natychmiast straci minimum 40% popularności. Nie wiem czy to wróżba antropologów wizażystów, czy geniuszy marketingowych firmy Sony. Przecież dziś włosy usuwają zewsząd i przeszczepiają na głowę, więc za pieniądze o których mowa, po prostu sprawa nie istnieje, a nawet jeśliby wyłysiał, to co mnie do choroby ciężkiej obchodzi popularność jakiegoś Tuska.
Następnie wróżbici pogodowi wściekli się chyba i jeden przez drugiego od miesiąca wpierw zapowiadali nadejście strasznej zimy, co miało niezawodnie nastąpić trzy tygodnie temu, a teraz grożą kolejną zimą stulecia, czym mnie jednak nie przekonają, ponieważ z obserwacji zachowania się pozostających w zasięgu mojego postrzegania organizmów żywych, akurat byłbym raczej przeciwnego zdania.
Kolejny widun dostrzega niesamowicie głęboki kryzys gospodarczy, wręcz światową klęskę, jaka podobno już, już nadchodzi nie wiadomo skąd, tylko dziwnie nie potrafi ten z kolei prorok uściślić ani źródła ani miejsca zarzewia owego kryzysu.
Nakoniec straszak ostatni przekonuje mnie zawzięcie, że oto nadchodzi dzień, kiedy nie tylko w Erłopie, ale i w Polsce oficjalnie ogłoszą zakaz wykonywania wszelkich praktyk religijnych, poczym musowo nastąpi armageddon i koniec świata. Złośliwy, nie ja, zauważyłby, patrząc chociażby na skuteczność walki braci muzułmanów z rządami Erłopy o swoje prawa, że chyba nie za mojego życia jednak to wszystko sobie nastąpi.
I tylko zaprzysięgły wyznawca tak zwanego kalendarza Majów, modlący się co rano do rzekomego przebiegunowania Ziemi, które to fatalne zjawisko miałoby nastąpić któregośtam dnia jakiegoś miesiąca roku 2012 dziwnie przestał mi nareszcie opowiadać te dyrdymały.

Kochani, bardzo proszę nie straszcie mnie. Wyłączcie telewizor i zajmijcie się swoją rodziną, która was potrzebuje. Zobaczycie jak odzyskacie zdolność wpierw samodzielnego, potem zdrowego myślenia, a nakoniec w miejsce fałszywych lęków zawita do was równowaga psychiczna.

Co widzę

Jak wielu mieszkańców naszego kraju w wieku produkcyjnym będących, jadę rano do pracy. W zależności od stanu nawierzchni, warunków pogodowych i gęstości ruchu, dojazd do biura zajmuje mi od kwadransa do około dwudziestu minut.

Co w tym czasie można robić, każdy wie, że albo się pomodlić albo słuchać radia czy grać płytami albo też wykonywać telefony (nie wiem czy nie lepiej zabrzmi uskuteczniać telefony).

Jakkolwiek kiedy jadę, patrzę, a jak patrzę, to widzę. Co widzę?

Widzę moje miasto jak też sąsiednie gminy oplakatowane ponad miarę.

Wyglądają na mnie gęby z drzew, z latarni, z budynków i samostojących tablic.

Jest nawet jeden facet co mnie prześladuje z tylnej ściany autobusu miejskiego kiedy papla coś o obdarzeniu go zaufaniem, a ja wiem jak w poprzednich wyborach wykrętnie oszukał swoich najbliższych popleczników.

Czy nie podobna przewrotność bije z największych plakatów, na których stoi chłoptaś w rozpiętej koszuli, to na tle dróg i mostów, to szkół - rzekłbyś wielki budowniczy jakiś co tłumaczy nam głupiutkim, że miast się kłócić, lepiej budować, a ja dziwnie pamiętam, że kiedy chłoptaś bił się o władzę, on i jego kumple obiecywali zmniejszenie podatków, które to podatki póki co zwiększają i zaczynam się zastanawiać czy coś się tu jednak nie kłóci.

Drugie co widzę jest samochód specjalistyczny co się od dziecka nazywał śmieciarka, jak z trudem wbija się między samochody mieszkańców bezładnie zaparkowane po obu stronach wąskiej ulicy, więc zatrzymuję pojazd, czekam i przyglądam się jak ze śmieciarki wychodzi fachowa ekipa z dumnym logo na mundurach van Gassenwinkel, poczym starannie odbiera posortowane w róznokolorowych workach odpady osobno plastik, osobno papier, osobno szkło i inne, wrzuca je w ogromną gardziel potwora, a ten siłownikami hydraulicznymi napędza grubą płytę i miażdży wszystko razem kpiąc sobie z podstaw tak zwanej ekologii.

Trzecia scenka, którą dziś oglądam, to będzie facet co go ciągnie na smyczy duży labrador maści biszkoptowej. Labrador przystaje, przystaje więc i jego pan, po czym ten prowadzący załatwia sporych rozmiarów potrzebę fizjologiczną na chodniku tuż przed furtką najprawdopodobniej nic o tym nie wiedzącego mieszkańca spokojnej dzielnicy. Ku mojemu jednak zdziwieniu, kiedy, używając terminologii mechaniki, ćwiczenie z zakresu układy o zmiennej masie ustaje, pan psa zamienia się w sługę jego (warto posłuchać Singa), bowiem wyciąga z kieszeni nylonowy worek i naśladując zgrabne ruchy ekspedientki z cukierni, przez wywrócony na lewą stronę ów woreczek, błyskawicznie chwyta „ciastko” w dłoń, a następnie wrzuca je do kosza na śmieci.

Konkluzja: nie zagłosuję na faceta z tyłu autobusu ani na kolesiów chłoptasia, nie będę popierał pana van Gassenwinkla; gdyby natomiast pan labradora był na liście, jemu oddałbym mój głos wyborczy.