poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Stan Getz anebo rosyjska trojka

Drzwi akademika otwarły się z dotkliwym dla uszu piskiem jakby od nowości nikt ich nie smarował. Za samymi drzwiami, z prawej strony, ścianę stanowiła zielona żelazna kratownica wypełniona w dolnej połowie blachami, w górnej upapranymi zieloną farbą szybkami. Okienko w kratownicy na wysokości brzucha uchyliło się i z wnętrza wychynęła twarz kobiety maści płowej, o słusznej posturze, odzianej w szarogranatowy fartuch nie pierwszej świeżości.
- Eee – odezwała się w oryginalny sposób przez ubytki w uzębieniu.
Jurek odczytał w tym zagajeniu intonację wznoszącą i, lekko wprawdzie zdziwiony, właściwie zrozumiał pytanie wartownika.
- Dzień dobry, przyjechałem na studia, już byłem w dziekanacie, o, tu mam skierowanie do akademika – siląc się na najbardziej poprawną rosyjską wymowę pokazał kobiecie urzędowy dokument.
Marzył teraz by czym prędzej się zaokrętować w pokoju. Trzy dni podróży. Trzy próby kradzieży: dwie w pociągu, jedna przy kasie na dworcu autobusowym już tu w Zaporożu, niemal u celu. Królestwo za prysznic, szklankę dobrej herbaty i sen, długi sen w czystej miłej pościeli.
- Papier nieważny – odpowiedziała kobieta nie biorąc go nawet do ręki.
- Jak to nieważny, tu jest podpis kierowniczki i pieczęć...
- Nieważny mówię. Rok rozpoczyna się w poniedziałek, a dziś mamy sobotę. Akademik masz od poniedziałku – przymknęła okienko i z doskonale obojętnym wyrazem twarzy wróciła do lektury gazety przy sączeniu ogromnej szklanki herbaty, którą to czynność najprawdopodobniej przerwało jej pojawienie się studenta in spe.
Początkowo Jurek nie wierzył temu co słyszał, ale po chwili, kiedy zorientował się, że dostępu do wnętrza akademika bronią solidne drzwi z takiej samej kratownicy jak wartownia cerbera, tym bardziej, że drzwi te nie mają klamki z zewnątrz, poczuł że zaczyna się pocić i denerwować. Obejrzał dokładnie swoje skierowanie. Był to najwyraźniej właściwy dokument zaświadczający, że jemu, Jurkowi Malinowskiemu przyznaje się zakwaterowanie w domu studenta Nr 3 na rok akademicki 1970.
Zapukał w okienko.
Kobieta nie podnosząc wzroku znad gazety zdjęła tylko prawą dłoń ze szklanki, uchyliła nią okienko i ciszej niż za pierwszym razem powtórzyła znane już zagajenie.
- Eee?
- Proszę pani, tu nigdzie nie jest napisane że dopiero od poniedziałku...
- Nuu? – wtrąciła intrygująco i odłożyła na bok gazetę.
Jurek raz jeszcze zebrał myśli. Zdał sobie sprawę z niemocy we władaniu której się teraz znalazł. Poczuł potworne wyczerpanie. Prysznic, herbatka i wracający życie sen poczęły się oddalać poza strefę możliwego do określenia umiejscowienia w czasie.
Zrozumiał swoje bolesne położenie.
- To może by się dało – zaczął nieśmiało.
- Może...
- Może by się pani zgodziła, przecież to tylko dwa dni...
- Może by i zgodziła... widzisz, że zamknięte... nu, ty mów dalej.
- To ja panią bardzo proszę, może w drodze wyjątku...
- To ja tobie zrobię tego wyjątku i pomogę tobie żeby ty pamiętał że ja tobie pomogła jak ty ładnie prosisz. Nu, dawaj bumagę, wpiszemy ciebie na stan.
Zdjęła ze sporego gwoździa w przeciwległej ścianie pęk kluczy, otwarła szufladę żelaznego biurka przy którym siedziała i wyjęła z niej obsmarowany zeszyt formatu A4 w twardej tekturowej oprawie. Otwarła zeszyt pod ladą przy okienku uniemożliwiając tym samym wgląd w jego tajemną zawartość stojącemu po drugiej stronie. Zaczęła spisywać dane. Raz po raz zerkała na Jurka jakby chciała się upewnić, zweryfikować tę pewność i jeszcze dodatkowo potwierdzić weryfikację tej pewności, że stoi przed nią właściwa i ta sama osoba co do której zaświadczają przedłożone papiery i że w tym względzie nie pozostawia się nawet cienia wątpliwości, w końcu ona ręczy za prawidłowość i wszelką zgodność.
Jurkowi przez chwilę wydawało się nawet, że kobieta patrzy na niego jakby sympatycznie.
Kobieta zamknęła kajet, wsunęła go szuflady, którą domknęła brzuchem, z głośnym szczękiem zamknęła szufladę na klucz i odwiesiła go na powrót na ścianie wraz z całym pękiem. Wszystkie dokumenty Jurka schowała w szufladzie.
- Niczewo, dostaniesz papiery za parę dni jak się sprawdzi czy wszystko w porządku – oznajmiła zaniepokojonemu przybyszowi.
Po chwili wypisała odręczne zaświadczenie na jakimś ponumerowanym bloczku opisanym „druk ścisłego zarachowania” i mocno ściskając je w ręku oświadczyła z satysfakcją:
- Nu, tak ja pomogła tobie i załatwiła akademik przed terminem. Charaszo, a?
- Dziękuję bardzo – odpowiedział Jurek grzecznie i wyciągnął rękę po przepustkę, ale dłoń strażniczki nie przybliżyła się na tyle by jej sięgnąć; solidne ciało kobiety trwało dalej wychylone nad biurkiem, z łokciem opartym o blat.
- Nu jak dziękuje, to bardzo ładnie, że dziękuje, a nic więcej ty dla mnie nie masz?
Jurek zbaraniał.
- Nie, nie wiem... co mam jeszcze mieć?
Kobieta schowała za siebie rękę z przepustką, wsadziła głowę w okienko i wyrzekła po cichutku:
- Nu, pół litra masz?
- Co, pół litra – nie wierzył własnym uszom Jurek – pół litra wódki, tak?
- Wódki, wódki, a jak nie masz, może być wino, tylko dobre, mocne.
- Nie mam, nie wiedziałem – rozpaczliwie tłumaczył się Jurek.
- A dla siebie nie masz na wieczór jednej butyłki?
- Nie, nie mam, nie piję alkoholu.
- Ach wy Paljaki, niczego was nie nauczyli. Tak po co ty do Sajuza przyjechał jak ty nie pijesz, zginiesz tu synku. Nu, niczewo, wpuszczę cię ale pamiętaj, jutro na noc ty przyniesiesz mnie dwie butyłki: jedną że ja tobie pomogła, a drugą że ty dziś nie miał, jasne, a?
- Jasne.
Dziwna kobieta wręczyła Jurkowi przepustkę.
- A klucz?
- A na co tobie klucz. Otwarte. Koledzy czekają na ciebie.
Jurek pochwycił torbę, przełożył przez ramię plecak i stanął frontem do żelaznych zielonych drzwi.
W tym momencie rozległo się brzęczenie zamka elektromagnetycznego. Jurek pchnął ciężkie drzwi i ruszył schodami w górę. Obejrzał się za siebie, ponieważ wydawało mu się, że na korytarzu pojawiła się nagle jakaś postać. To strażniczka stała oparta o drzwi i odprowadzała go wzrokiem. Teraz dopiero zauważył jaki z niej kawał baby.
- Tylko pamiętaj co ja tobie mówiła, jutro wieczorem, dwie, a teraz idź.
Jurek szybko zginął za zakrętem schodów. Uff – pomyślał – to chyba najcięższy kwadrans w moim życiu.
Stodwanasće, stodwanaście powtarzał sobie Jurek idąc wzdłuż korytarza.
Korytarz ciemny, numery uwidocznione na niektórych tylko drzwiach. Przeszedł całe pierwsze piętro i nic.
Teraz drugie. Taki sam mroczny korytarz. Taka sama przeszklona kanciapa przy wejściu. Wygląda jakby sam koniec tramwaju wbitego w ścianę. Kanciapa burząca wątpliwą harmonię i tak dość nieprzyjemnego oku ludzkiemu korytarza.
Nagle drzwi kanciapy otwarły się i ukazała się w nich kobieta w takim samym fartuchu, o niemal takiej samej twarzy jak strażniczka z parteru. Ta była tylko znacznie mniejsza i tęższa, za to zdaje się czystsza.
- Ty nowy, a?
- Nowy.
- Idź na stodwanaście, tam już czekają.
- A dlaczego numer stodwanaście nie na pierwszym piętrze tylko na drugim?
- A co ty myślał, a jakby tak jaki imperialistyczny szpieg tu trafił, to będzie go szukał jak i ty, na pierwszym i nie trafi, a może zacznie dziwić się, może zapyta, to my go zaraz zdemaskujemy.
Mniej więcej w połowie długości korytarza, po lewej stronie uchyliły się drzwi i po chwili wyszły z nich dwie męskie-młodzieńcze sylwetki.
- Dawaj - powiedzieli niemal jednocześnie, zapraszając do środka.
- Zbyszek, ze Skierniewic, teraz na drugim roku będę – przedstawił się ten wyższy.
- Sasza, z Magnitki, z Syberii dalekiej przyjechał – określił się chudy żylasty z zadartym nosem.
- Jurek, ze Szczecina.
- No to mamy komplet. Ja tu najstarszy. Wszystkiego was pomału nauczę, zwłaszcza ciebie, bo Saszy przyjdzie dużo łatwiej, chociaż po roku pobytu w tym miejscu to ja jestem nawet bardziej sowiecki człowiek niż on.
Jurek spojrzał na pokój: obskurne ciemnoszare ściany nie pamiętające kiedy były malowane, lichy stolik z kawałkiem cegły podłożonym pod kulawą nogę, trzy krzesła, z których każde z innej parafii, niedomykająca się szafa wnękowa z półkami, od podłogi po sam sufit i łóżka - okropne jakieś pryki bez posłania, bez materacy – z jednego wyzierają jeże sterczących na wszystkie strony spiralnych i śrubowych sprężyn, z drugiego rzadko ułożone krzywe nieheblowane sosnowe deski.
- A łazienka, umywalka? – z prawdziwą trwogą w głosie spytał Jurek.
- Na końcu korytarza łazienka, umywalka w pokoju obok, bo tam pokój większy, sześcioosobowy, podwójny i ma pośrodku umywalkę, ale tylko nasz pokój otwarty, większość ludzi przyjedzie dopiero jutro w ciągu dnia.
Jurek zauważył teraz, że łóżka są dwa podczas gdy ich, było nie było studentów Wydziału Metalurgicznego Politechniki Zaporoskiej, trzech.
- A nasz trzyosobowy tak? – zapytał z niedowierzaniem.
- Trzyosobowy.
- A trzecie łóżko gdzie? – spytał Jurek znacznie ciszej, nieco zrezygnowanym tonem.
- Pomału, trzecie łóżko załatwi się jutro, a teraz sprawy najważniejsze. Sasza, skocz do etażnej żeby włączyła prąd, czekaj, jak idziesz? Masz tu paczkę papierosów, musisz się wkupić na początek, Ruski choroba, a o życiu pojęcia nie ma.
- To ty palisz... wy tu palicie i będziecie palić w naszym pokoju?
- Spokojnie stary, nikt z nas nie pali, ale papierosy i wódkę musisz mieć jak chcesz cokolwiek załatwić, zwłaszcza wódkę – to waluta.
Wrócił Sasza.
- I co włączyła?
- Włączyła.
- A światła nie ma.
Sasza i Jurek spojrzeli w górę. Czy któryś z nich spodziewał się ujrzeć nad sobą kryształowy kandelabr czy prostszy jakiś żyrandol, nieważne. W każdym razie u powały wisiała krzywo żarówka w czarnej ebonitowej oprawce, która trzymała się na dwóch krótkich drutach w parcianym oplocie, wychodzących każdy osobno z tynku. Żarówka najwidoczniej milczała. Strop był wysoki, przeszło trzy metry.
Chłopcy jednomyślnie złapali za stół i odłamek cegły, umieścili na nim najsolidniej wyglądające krzesło, na które wszedł Zbyszek i wykręcił przepaloną żarówkę.
- Dałeś etażnej papierosy – zwrócił się do Saszy – idź teraz niech ci da żarówkę i poproś o młotek i parę gwoździ.
Sasza przyniósł żarówkę 25W: po wkręceniu, kiedy już zapłonęła całym swym światłem u wysokiego, równie szarego jak ściany sufitu, w pokoju zrobiło się dziwnie, ni to jasno ni ciemno.
Zaraz Zbyszek przymknął otwarte dotąd okno, wbił w jego ramę dwa gwózdki i rozwiesił na nich swoją kurtkę, zasłaniając nią zbity kawałek szyby.
- To przeciw karaluchom, bo już lezą do środka – objaśnił.
- Jurek, ty pilnuj domu a my z Saszą skoczymy po jakieś posłanie i kolację. Aha, jakby ci przyszło do głowy gdzieś się ruszyć, choćby do kibla, portfel masz mieć zawsze przy sobie, rozumiesz?
- Tak, ale gdzie wy chcecie w sobotę o tej porze kupić coś do jedzenia?
- Człowieku, jesteś w Związku Radzieckim... szybko się nauczysz – tu się nie kupuje, tu się załatwia.
Poszli. Jurek z niejakim niesmakiem usiadł na krześle. Obojętnym wskutek narastającego zniechęcenia wzrokiem zaczął mimowolnie przyglądać się pokojowi. Dużo się mówiło o Związku Radzieckim, naprawdę dużo, ale te wszystkie opowieści były niczym wobec tego z czym się teraz zetknął. Ponurego obrzydzenia dodawały pokojowi nowo wychwycone szczegóły, więc zwichrowane drzwi z wyłamanym zamkiem i podłoga. Podłoga przedziwna, bowiem w pewnej części z płytek PCW, tam gdzie jeszcze tkwiły poszczerbione i popękane wśród coraz większego obszaru odsłaniającej się betonowej wylewki, w pozostałej części z mocno wysłużonych, być może kiedyś równych i kto wie czy nie przylegających do siebie wąskich desek noszących ślady ohydnej farby koloru burak zmieszany z brązem.
W myślach Jurek przelatywał całą swoją długą podróż ale ilekroć próbował ją sobie lepiej przypomnieć, w jego umysł cisnęły się nieodparcie najmocniejsze wrażenia, doświadczenia ostatnich chwil, odkąd wszedł do akademika.
Próbował teraz pomyśleć dłużej o domu, rodzicach, siostrze i pięknie spędzonych wakacjach i znów myśli bardzo prędko doprowadziły go wprost do pokoju w którym siedział.
Nie miał wątpliwości, znalazł się w obcym, jakże odległym i jak dotąd nieprzyjaznym świecie. Nie miał na nic ochoty. Dobrze, że są chociaż ci dwaj koledzy, pomyślał.
Szczęściem towarzysze niedoli wrócili dość prędko.
Beznadziejnie ponury pokój nagle ożył, zatętnił wręcz pełnią życia.
Chłopcy przynieśli arkusze twardej dykty (od kolegi Zbyszka z biblioteki), którymi zakryli deski i sprężyny łóżek, poczym zestawili łóżka razem. Koleżanka z ambulatorium użyczyła koców (zgodnie z przepisami etażna wyda pościel jutro, na noc przed rozpoczęciem roku akademickiego, a wraz z pościelą wyda też ręczniki).
Sasza wytarł stół, który jednak pozostał jednakowo odpychający, więc nakrył go gazetami i wszyscy razem usiedli do szykowania frontowej niemalże kolacji.
Zbyszek zaparzył herbatę za pomocą grzałki, którą utopił w otworze po wyrwanym dzióbku czajnika, wyjął przyniesioną dużą ćwiartkę okrągłego chleba i ogórki.
- No, a teraz dawajcie resztki prowiantu z podróży, od jutra jemy normalnie. Stołówka wprawdzie nieczynna, ale dla ambulatorium i paru innych niezbędnych ludzi gotują na okrągło, a czy my nie jesteśmy niezbędni gospodarce socjalistycznej, my, przyszła kadra inżynieryjno-techniczna? - roześmiał się w głos.
Herbata już była w szklankach, chleb i ogórki pokrojone, Jurek wyłożył na stół pętko kiełbasy, a Sasza odwinął z woskowego papieru suszoną rybę.
Zbyszek postawił flaszkę wódki Stolicznaja.
- Ja nie piję – zadeklarował szybko Jurek.
- Kochany, tu nie o picie niepicie chodzi. Pół litra do kolacji na trzech to w sam raz. Spotkaliśmy się dziś, my, trzej przyjaciele więc trzeba uczcić, to raz. Warunki lokalowo-sanitarne trudne, więc trzeba się odkazić, to dwa. Lóżek jest dwa, a nas trzech i ciężko będzie nawet na zestawionych wygodnie zmieścić się, więc trzeba się lekko wciąć żeby łatwiej zasnąć, to trzy. No to zdrowie, panowie studenci.
W miarę tej skromnej uczty trzej przyjaciele stawali się weselsi i coraz sobie bliżsi.
Za oknem była już noc, a w pokoju półmrok zdradzający zarodek życia akademika, które już za parę dni miało rozbłysnąć na dobre.
Sasza, bądź co bądź Rosjanin, czujnie zaparł uszkodzone drzwi krzesłem.
- Portfele w tylną kieszeń i śpimy na wznak – przezornie zakomenderował.
- I niech nikomu nie przyjdzie do głowy gasić światło, bo nas karaluchy zjedzą przez noc. Dobranoc wszystkim – rzucił gromko Zbyszek i naciągnął na siebie koc.
- Dobranoc – zgodnie odpowiedzieli mieszkańcy pokoju stodwanaście.
Jurek przykląkł tylko na chwilę nim wpełzł do wyra i szepnął po cichutku, dobranoc Panie Boże, do jutra, dziękuję za cały dzionek i miej mnie w swojej opiece i moich najbliższych i nas trzech nieszczęsnych.
- Ty, Jurek, kładź się – wymamrotał Zbyszek – ja cię nie wydam i masz szczęście, że Sasza jest równy chłop z Magnitogorska, nie aktywista z Moskwy, ale na zewnątrz nie obnoś się ze swoją wiarą. Nie wiem jak wytrzymasz bez chodzenia na msze, ale ja ci w tym nie pomogę, tu nie ma kościoła, tu jest sojuz - elektryfikacja i władza radziecka. Po tych słowach sięgnął za koszulę i wyłożył na wierch medalik, ucałował go i schował.

Jurek zdjął buty, zły, wyraźnie nieświeży, w poczuciu lepkości do samego siebie, mimo zmęczenia poprawionego wódką do kolacji nie spał jeszcze. Przeszkadzało mu liche ale rażące w oczy światło, drażniły bzyczące komary. W jego umyśle kotłowały się burzliwe myśli. Ojciec nigdy nie pozwalał w domu nic mówić na Ruskich; powtarzał tylko, że to wspaniali ludzie, najszlachetniejsi ludzie. Długo nie mógł zrozumieć, dopiero zeszłego roku, w Jurka osiemnaste urodziny ojciec opowiedział całą historię.
Był rok 1944, koniec lata. Szedł front i tak się złożyło, że oddział wojska wybrał sobie dom i gospodarstwo dziadków na swoją kwaterę. Żołnierze zatrzymali się w domu trzy dni, odpoczywali, potwornie zgłodniali jedli wszystko co im babcia podała. Była to dziwna kompania, bo niby wojsko polskie, a było z nimi trzech ruskich: zwiadowca zwany razwiedczikiem, wesoły snajper Wasyl i ponury kostropaty zaopatrzeniowiec, zapewne sierżant, którego Ruscy, a za nim i nasi nazywali tawariszcz starszyna.
Na trzeci dzień przyszedł rozkaz wyjazdu do dalszej walki. Podwórze pełne było ludzi.
Mama ojca, babcia znaczy, ze łzami w oczach żegnała żołnierzy, błogosławiła ich, a oni ociągali się jak mogli z wymarszem. Wtem nie wiedzieć skąd pojawił się niemiecki motocykl, a na nim jakiś szalony żołnierz w goglach i pilotce. Zaskoczenie było tak duże, że wszyscy osłupieli, widzieli jak Niemiec odbezpiecza granat, trzyma go w ręce i zbliża się. Nie zareagował nikt. Motocyklista zajechał pod samo podwórze i dopiero wtedy ktoś go zastrzelił, on jednak siłą rozpędu, wraz z motocyklem wpadł na ciżbę ludzi, a z ręki wypadł mu granat. Granat toczył się długo pośród żołnierzy. Wybuchła panika. Ludzie podnieśli wrzawę, zaczęli się tratować, było wiadome, że najdalej za dwie-trzy sekundy granat eksploduje. Wówczas tawariszcz starszyna zorientowawszy się, że granat zatrzymał się pod nogami babci, która trzymała za rączkę ojca Jurka, dziesięcioletniego wówczas chłopca, a jego dwuletnią siostrzyczkę tuliła do siebie, gwałtownym susem rzucił się na granat, rękami odpychając mamę z dziećmi. W tym momencie granat wybuchł. Niewiele zostało z Rosjanina, tylko głowa i ramiona.
Kiedy ojciec wrócił z wojny, próbował się dowiedzieć kim był bohaterski starszyzna i skąd pochodził, czego omal nie przypłacił więzieniem. Dopiero po kilku latach dostał anonimowy list – jedno zdanie informujące, że człowiekiem tym był oficer polityczny, porucznik Lebiedienko i że lepiej będzie, jak przestanie dopytywać o jego grób i inne rzeczy.
Tak, myślał Jurek, wspaniali ludzie, frontowe historie, wojenne dramaty. Po jaką chorobę ubiegał się o te studia. Mieszka na Glinkach, ojciec pracuje w hucie, to i on, niejako naturalnym odruchem nie myślał o innej pracy poza hutą, a że był zdolny, chciał zdobyć tytuł inżyniera. Wzorowo skończył ogólniak i zaoferowali mu studia w Związku Radzieckim. Spodziewał się przygody.
Ale przygoda!
Te dwie baby, strażniczki, toż to wypisz wymaluj Gestapo.
I ta kanciapa na każdym piętrze. Dostawiona kanciapa, szpecąca wszystko, obrzydliwa, widoczna z każdego miejsca.
Ee? Błąd! To każdy punkt korytarza ma być widoczny z kanciapy, o to chodzi. Przodująca technika i kultura psiakrew, ich muzyka, literatura, balet a tu akademik polibudy w Zaporożu.
Koszmar.
Koszmar!


Jurek był już na trzecim roku. Nauka szła mu dobrze. Mieszkał w trzecim z kolei pokoju, tym razem z okropnym NRDowcem Kurtem. Saszę mu zostawili, są w jednej grupie, idą razem krok w krok. Taki tu system, że obcokrajowcy muszą dzielić pokój z Ruskim, inaczej nie będzie gwarancji, że na koniec tygodnia „opiekun akademika” otrzyma raport na mieszkańców pokoju. Jak wszyscy inastrańcy był wszakże Jurek od swoich radzieckich kolegów w tym szczęśliwszy, że nie miał zajęć z najcięższego w całym imperium przedmiotu – historii KPZR. Trzygodzinne okienka między zajęciami dwa razy w tygodniu wykorzystywał na bieganie.
Po pierwszym roku miesiąc wakacji spędził w domu, na drugi miesiąc pojechał z Saszą do Magnitki. Łazili po lasach, górach, Jurek poznał całą jego rodzinę i znajomych. Aż ciężko było wyjeżdżać. Na ostatni miesiąc został w Zaporożu i przez dwa tygodnie miał praktykę w hucie, a pozostałe dwa tygodnie przepracował w kołchozie. Nie chodziło o te marne parę rubli jakie zarobił, ale o kontakt z żywymi ludźmi i przyrodą – polami pszenicy i kukurydzy, winnicami.
Bardzo chciał by w te wakacje Sasza pojechał z nim do Polski, ale wciąż tylko słyszał nielzja, nie nada, może kiedyś...
Minionego lata znów pojechał do Saszy, ale praktykę w hucie załatwił wcześniej, więc po Magnitce i po powrocie z odwiedzin w Polsce przepracował w innym Kołchozie całe pięć tygodni. Tym razem był to potężny kombinat nad Dnieprem mający w swych strukturach spore gospodarstwo rybne. Tu otworzył się przed Jurkiem nowy, nieznany świat. Całe dnie mógł spędzać w łodzi na szerokich rozlewiskach, zastawiać, doglądać sieci i pracować przy połowie. Poznał też fascynującą krainę licznych zakoli, półmartwych zatoczek, szuwarów, wśród których rojno było od wszelkiego ptactwa. Najbardziej cieszył się z odkrycia rodziny pelikanów.
Nastał bardzo ciepły październik.
Któregoś dnia wpadła mu w oko młodziutka studentka, z tegorocznego narybku.
Widział ją potem jeszcze parę razy.
Początkowo nie zdawał sobie sprawy, że zaczyna coraz częściej o niej myśleć.
Pod koniec miesiąca zobaczył ją w niedzielę na mieście. Siedział w kawiarni i jadł lody, a ona wysiadała z koleżankami z trolejbusu. Miała na sobie leciutką sukienkę w kwiatki i sandałki, włosy upięte z tyłu głowy. Nie wiedział, że nie trafia łyżeczką do czarki lecz do filiżanki z kawą, patrzył i patrzył. Serce biło tak mocno.
Tego wieczora nie mógł zasnąć.
Co w niej takiego jest, że mnie tak pociąga, myślał.
Jest ładna i zgrabna, ale przecież nie ona jedna.
Wiem, to się dzieje kiedy tak patrzy.
Właśnie. Kiedy patrzy.
Ale jak patrzy?
Ma cudowne oczy, takie subtelne, delikatne. Cały świat w nich widać.
Cała jej uroda jest delikatna...
- Co, nie śpisz, dziewczyny ci się marzą? – zapytał Sasza, który dawno już spał, tak się przynajmniej Jurkowi wydawało – Nie ty jeden ją zauważyłeś bracie.
- Kogo niby?
- Tanię, tę nową, z pierwszego roku matmy.
- Jaką znów Tanię? – żachnął się Jurek.
- Nie udawaj, widzieliśmy jak na nią dziś patrzyłeś.
- Ja, ja, gut dupa – wtrącił niespodziewanie Kurt i przewrócił się na drugi bok wlepiając oczy w Jurka.
- To ty też nie śpisz cholero? Jak możesz tak o niej mówić?!
- Kurt ma rację, niezła z niej dupa – kontynuował wątek Sasza – ale ona nie dla ciebie. Ona dla nikogo chyba. Niedostępna jest. Chłopaki z matematycznego próbowali wiele razy i nic. Inni też. Nie chce gadać, taka wyniosła. Śpij.
Jurek jednak nie spał. Zdrzemnął się dopiero nad ranem, a w tym krótkim płytkim śnie widział Tanię w jej leciutkiej sukience i sandałkach, jak upina włosy.
Myśl o Tani powracała co jakiś czas, właściwie powracała coraz częściej.
Jurek złapał się na tym, że mimowolnie nasłuchiwał wszelkich wieści o niej.
Biegał teraz jeszcze intensywniej, próbował zapomnieć tę dziewczynę, ale jak zapomnieć kiedy spotykał ją co krok w różnych miejscach. Doszło do tego, że dziwnie zmienił trasę treningową i nie biegł teraz nad Dniepr, w polną drogę i dalej wzdłuż poligonu, lecz kierował swe kroki w stronę winnicy i silosów po to tylko, by móc w obie strony przebiec przed akademikiem wydziału matematycznego.
Pewnego razu biegł i biegł, coraz szybciej. Był już za spichlerzami, na rżyskach. Przed oczami cały czas miał Tanię. Wtem przypomniała mu się jedna z jego ulubionych melodii. Biegł, a jego umysł nucił ją sobie. Przystanął. Mam, to jest to: Antonio Carlos Jobim, Stan Getz i Astrud Gilberto z jej kapitalnym dziewczęcym głosem – Tall and tender, young and lovely… nie do wiary – Wysoka i delikatna, młoda i śliczna, idzie sobie dziewczyna z Ipanemy, a kiedy przechodzi, a kiedy przechodzi, słychać… ach!
To jest to, to moja Girl from Ipanema.
Zaczął regularnie niedosypiać. Prawie co noc słuchał głosu rozumu, że to Rosjanka, inna kultura, inny świat, zapewne nawet nie wierzy w Boga, jakże więc poważnie myśleć o niej. Jednocześnie słuchał też głosu serca, które coraz natarczywiej mówiło, popatrz w te oczy, czy to nie wystarczy? Idź, idź, zatop się w nich.
To jakiś obłęd, pomyślał, muszę coś przedsięwziąć. Tak dalej się nie da.
Postanowił ruszyć na całego.
Skrupulatnie obmyślił plan działania: na drodze bacznych obserwacji ustalił, że we wtorek, podczas kiedy zaczyna się jego okienko, Tania je obiad w stołówce.
Z duszą na ramieniu wybiegł z uczelni. Czekał teraz na nią przed schodami stołówki.
Jest. Wychodzi.
- Dzień dobry – z trudem wydusił to z siebie. Nie wiedział dlaczego nie powiedział cześć tylko dzień dobry. Samo mu się tak powiedziało, widocznie przez szacunek jakim ja darzył.
- Cześć - odpowiedziała Tania tak ślicznie jak jeszcze nikt na świecie nie powiedział – to ty. Masz takie ładne oczy i patrzysz na mnie inaczej niż inni. Ty patrzysz tak jakoś pięknie. Z tobą się umówię do kina albo do teatru, wymyśl coś, a teraz muszę iść – uśmiechnęła się i podbiegła do koleżanek – wiesz gdzie mieszkam, prawda, pokój 713, na czwartym piętrze - znikła za zakrętem.
Nogi ugięły się pod Jurkiem.
Krew uderzyła do głowy.
Nie wiedział co zrobić ze szczęścia – płakać, krzyczeć żeby cały świat usłyszał?
Toż to niebo zwaliło się pod nogi.
Stał jak zaczarowany. Nie mógł zrobić kroku.
Ruszył w końcu, ale tego dnia nie wrócił na zajęcia. Położył się na łóżku i przeleżał tak bez ruchu do wieczora.
Następnego dnia zaczął studiować programy kin i teatrów w mieście. Filmy jakie grali były beznadziejne, ale w najbliższą niedzielę w teatrze miał się odbyć gościnny występ moskiewskiego baletu - Sergiej Prokofiew: Romeo i Julia.
Nie spał. Nie jadł. Odczekał do rana i wyszedł przed akademik matematyczny. Nic go nie obchodzili ci wszyscy ludzie, którzy przyglądali mu się dziwnie, znacząco czy wręcz drwiąco. Nie chciał iść do pokoju Tani, nie teraz, to byłoby jak świętokradztwo.
Wyszła, uśmiechnęła się cudownie i przyjęła zaproszenie. Uciekł z dwóch ostatnich godzin laboratorium i rwał do miasta. Kasa była jeszcze otwarta, ale bilety dawno już wyprzedane. Poczuł silne pulsowanie w skroniach, bardziej niż wówczas kiedy dwa lata temu przyjechał tu i otworzył drzwi akademika. Po chwili opanował się i uprzytomnił sobie, że przecież jest w Sajuzie, tej zaczarowanej krainie, która rządzi się swoimi prawami. Poprosił tylko kasjerkę by poczekała dziesięć minut i załatwił bilety, znakomite miejsca, do tego studenckie, ulgowe, za śmieszne pieniądze plus flakonik perfum i ćwiartkę spirytusu.
Teraz nie mógł się doczekać niedzielnego popołudnia.
Znajdował się w nieznanym dotąd stanie, w miłosnej jakiejś malignie. Kochał kolegów, dziekana, konduktora, każdego napotkanego człowieka rad by wyściskać i podzielić się swoim szczęściem.
Co wieczór kiedy się modlił, gorąco dziękował Panu Bogu za tę nieoczekiwaną radość jaka mu się przytrafiła i prosił o błogosławieństwo na dalsze kroki w tej subtelnej sprawie. Owszem, dziewczyny podobały mu się od zawsze i nawet parę razy miewał jakieś tam swoje sympatie, ale tak zakochanym, tak nieprzytomnie kochającym był po raz pierwszy w życiu. To, że Tania była najładniejsza, najcudowniejsza i najmilsza w świecie, nie podlegało odtąd żadnej dyskusji. Odnosił wręcz wrażenie, że tak jak on kocha, nie kochał dotąd nikt.
Jest wreszcie upragniona niedziela.
Jak dotrwać do popołudnia?
Tania prosiła żeby przyszedł wcześniej.
Tania. Ocean, kosmos, wszystko. Nic nie ważne.
Najpiękniejsze imię.
Tania...
Czternasta. Nie wytrzyma dłużej. Włożył wyjściową koszulę, marynarkę i krawat, eleganckie półbuty. Poszedł. Raz po raz nerwowo sprawdzał czy zabrał bilety.
Nigdy jeszcze nie był w tym akademiku. Zagaduje strażniczkę w wartowni:
- Dzień dobry, ja do Tani z 713, umówiony jestem... można? – serce zaczyna przyspieszać.
- A ty kto, narzeczony? Legitymację zostaw.
Teraz biegiem na czwarte.
Etażna sama wychodzi z kanciapy:
- Do Tani, a? Idź, już czeka, Jest sama, koleżanki poszły – mrugnęła znacząco.
Odnalazł pokój, podwójny. Podchodzi i wyłuskuje wśród sześciu imion to jedno jedyne. Czyta i oczom nie wierzy: Tania Lebiedienko.
Zakręciło mu się w głowie. Panie Boże, westchnął i poczuł, że cały drętwieje.
Zapukał w końcu do drzwi.
- Proszę, otwarte.
- Cześć – ledwie wykrztusił z przejęcia.
- Cześć, dobrze, że jesteś wcześniej. Nie ma koleżanek... usiądź w drugim pokoju, a ja przebiorę się tylko w nową sukienkę i za chwilę cię zawołam, zobaczysz czy ładna.
Cały spięty usiadł na pierwszym z brzegu łóżku. Podekscytowanie osiągało zenit. Nie mógł myśleć. Z trudem przełykał ślinę.
- Chodź, gotowe, słychać z drugiej części pokoju.
Wszedł do środka...
Tania leży na łóżku cała goła, z ramionami pod głową, kiwa nóżką i mówi:
- I jak, ładnie? Teraz chodź tu i rób ze mną co zechcesz.
Wstrząs.
Grom z jasnego nieba.
Serce stanęło Jurkowi. Przerażone oczy patrzyły w nicość, w gardle zrobiło się tak gorzko... skulił się tylko, z żalem i osłupieniem popatrzył w jej oczy i wyszeptał: - Taniu, Taniu.
Wybiegł czym prędzej i pognał w dół na złamanie karku. Wypadł z akademika na świeże powietrze. Potknął się i boleśnie zwymiotował.
Ruszył dalej, byle dalej przed siebie. Biegł na oślep starą trasą w stronę poligonu. Marynarka piła go w biegu, wyjściowe buty uciskały, jednak biegł zapamiętale. Nie zauważył nawet kiedy zrobiło się ciemno. Przystanął, zawrócił. Szedł pomału i głośno mówił:
- Panie Boże, jak to możliwe, jak to możliwe... moja dziewczyna z Ipanemy, moja dziewczyna z Ipanemy... Tania... jak to... dlaczego? Panie Boże, dlaczego?
Wrócił do domu po dziewiątej, zupełnie zmaltretowany. Sasza czekał na niego w pokoju gotowy wysłuchać wspaniałej opowieści.
- I jak, w porządku? – zaczął Sasza – czego nic nie gadasz, Jura, ty zawsze taki rozmowny.
- Szkoda gadać.
- Znaczy jak, w teatrze byli?
- Nie byli.
- To jak? Dała? Aa, nie dała.
- Nie dała.
- Głupia cipa.
- Głupia cipa – powtórzył Jurek tonem skazańca i zawył.
- Niczewo stary, chodź, trzeba napić się – Sasza objął przyjaciela i łzy napłynęły mu do oczu.

+ + +