czwartek, 10 marca 2011

Kontynuacja

W związku z się zupełnościowym wyczerpaniem miejsca na moich blogach, z konieczności pawiadamiam, że kontynuacja mojej tfurczości następywa sobie pod adresem http://www.fotorejestrator.home.pl/
Dziękuję i zapraszam.

sobota, 29 stycznia 2011

Pogrzeb przyjaciela

Przejeżdżałem wczoraj Rybnikiem, gdzie dzielnica Paruszowiec, za nią psychiatryk, a jak jechać jeszcze dalej na azymut Wodzisław Chałupki, w dołku po prawo spotykamy Marmury granity Grzonka Damian.
Grzonka zaczynał od otwartego placu i wystawy surowych jak też oszlifowanych bloków kamiennych oraz nagrobków. Teraz dorobił się wcale pokaźnego salonu z płytkami kamiennymi łazienkowymi i elewacyjnymi, którego strzegą przy wejściu dwa wsiowe kamienne lwy. Na powietrzu pozostały wszakże nagrobki.
Co tam przejeżdżam, spoglądam na tę żelazną pozycję w obrocie Grzonki i
zamyślam się nad znakomitym tytułem O NIETRWAŁEJ MIŁOŚCI RZECZY ŚWIATA TEGO (sonety Mikołaja Sępa Szarzyńskiego jak kto nie ma średniego wykształcenia).
W poprzedni wtorek podziękował za współpracę akumulator R14 co prawie nikomu nic nie mówi, ponieważ dziś za przyczyną bezczelnie się wszędzie wpychającej i bezrozumnie przyjmowanej jakże ubogiej anglosaskiej nomenklatury, większość społeczeństwa postrzega tę wielkość akumulatora jako C.
Był ciepły wrzesień 1986 w Kairze i podczas czynności, która nie jest moją ulubioną z rana więc przy goleniu, niespodziewanie pękła plastikowa płytka trzymająca dwie obrotowe głowice w zgrabniutkiej minigolarce PHILIPS.
Cóż było począć? (po miemiecku Was soll ich tun? / po żydowsku Co ja teraz pójdę zrobić?). Zarost mam od zawsze jasny (czy nie coraz jaśniejszy) i nie za zbytnio gęsty, więc żaden klient specjalnie się nie zgorszy, bo żadnego niechlujstwa nie dojrzy – poszedłem do pracy na wpół zarośnięty.
Ciężko było mi się rozstać z Filipem, z którym tyle przeszliśmy razem. Szanowałem go, czyściłem... jakkolwiek na podstawie powstałego w mojej głowie umyślnego protokołu konieczności na okoliczność, i tu nie wiem: czy bardziej interwencyjnego czy może bardziej awaryjnego zakupu nowej golarki, popołudniu nawiedziłem duży suterenny sklep branży AGD na Brazilu i nabyłem w drodze kupna fikuśną golarkę SANYO.
Golarka miała jedną nieruchomą głowicę z trzyostrzowym obrotowym nożem oraz nietypowo grubą siatkę. Miała wszak dwie podstawowe zalety: była poręczna i niedroga (raptem 17,- ŁEGów); w cenę wliczony był napędzający ją akumulator R14. Sprzedawca dziwił się wprawdzie i mówił, że to raczej dla młodych chłopców - polecał poważniejsze urządzenia spod znaku PHILIPS oraz znakomitości marki PANASONIC.
Tą „harcerską” golarką golę się do dziś; akumulator wszakże zaliczył więcej niż tysiąc cykli ładowania i radykalnie stracił swoje walory użytkowe.
Dziś, z prawdziwym żalem, wyrzucam do kosza wysłużony akumulator: słowem przeżywam mistyczny pogrzeb przyjaciela.
Grzebię przyjaciela będącego wytworem człowieka, powstałego z materii nieożywionej, a ilu to pogrzebałem przyjaciół mających przecież duszę i ludzkie podobno serce?
Gdybym tak zestawił wszystkich w ciągu podług trwałości związku, smutną otrzymałbym refleksję.
Niektórzy po kilka lat, inni parę miesięcy, jeszcze inni raptem kilka dni, a ten mały akumulatorek przez przeszło 24 lata zupełnie bezinteresownie dawał mi wszystko co miał.
Żal.

czwartek, 27 stycznia 2011

Kalendarz Majów

Że podróże kształcą, wiemy wszyscy od bardzo dawna.
Ile natomiast można się nauczyć od własnych dzieci, dowiaduję się wciąż więcej i zdumiewam się.
Jechaliśmy autostradą, a tu jak wiadomo prędkość niemal stała, miarowy szum opon i wiatru, jednostajne buczenie silnika, za oknem żadnych miast, ludzi, nic tylko pola lasy.
Pan Bóg w swym dobrodziejstwie obdarzył nas między innymi żywymi dziećmi.
Nie dziwota więc, że w opisanych warunkach z kanapy za plecami dało się słyszeć typowe w takich razach, a coraz natarczywiej powtarzane jojczenie Zosi, wyrażane słowami: tatusiu, nuda.
Nie chciało to dziecko czytać książki, nie chciało słuchać płytyradia i zaczęło być coraz bardziej męczące.
Nie wiem jakie mnie podkusiło licho, że mówię wreszcie, Zosiu, licz TIRy.
Dobra, padła natychmiastowa zgoda i zaczęło się.
Poszło w niepamięć odmawianie Różańca w różnych intencjach, uciekły z głowy wszelkie myśli. Prosto nie dało się dosłownie w ogóle myśleć.
Cholery ciężkiej można było dostać od tego ciągłego liczenia... czterdzieści siedem... czterdzieści osiem... o, czterdzieści dziewięć...
Mając jakie takie doświadczenie w rozpoznawaniu sylwetek samochodów, nabyte mnogością przejechanych kilometrów, zaproponowałem naukę co Volvo jest, Co Scania, a jak dla odmiany MAN wygląda. Wszystko na nic. Się nie pozwalająca z rytmu wybić Zosia coraz głośniej skandowała ... siedemdziesiąt cztery... siedemdziesiąt pięć...
Pomału stawało się wiadomym, że jeżeli proceder wkrótce nie ustanie, ogólna sytuacja może mieć niedobry wpływ na moją psychikę jak też bezpieczeństwo nasze i pozostałych użytkowników autostrady.
Kiedy więc Zosia doliczyła do stu, uciąłem sprawę okrzykiem: dosyć liczenia, bo wyłączam silnik i dalej nie jedziemy.
Poskutkowało.

Dziś rano zacząłem kojarzyć fakty – doznałem olśnienia.
Całe wieki temu, król Majów wyprawił swojego syna w podróż.
Płynęli łodzią niekończącymi się kanałami, a syn królewski zaczął się nudzić i nie dawał odporu towarzyszom podróży.
Medyk, astronom i nauczyciel rodziny królewskiej w jednej osobie, któremu król powierzył pieczę nad swym synem na przeciąg śródlądowej żeglugi, zdołał namówić małego żeby zaczął liczyć dni, tygodnie, miesiące i lata.
Potomek królewski tak się zawziął, że wyliczył wszystkie dni starożytne, poczym przeszedł do współczesności i zatrzymał się dopiero na 21 grudnia roku 2012.
Zatrzymał się, ponieważ jego opiekun zwariował zupełnie i umarł na głowę od tego ciągłego liczenia.
Łódź stanęła, pozostali członkowie załogi z godnością wrzucili ciało martwego medyka do wody i powrócili do pałacu, o wszystkim co w drodze zaszło opowiadając królowi.
Król odetchnął z ulgą, a z nim dworzanie i ich organy powonienia, ponieważ medyk miał chore nerki i bardzo brzydko się pocił.
Na tę okoliczność król polecił prędko zapisać ostatnią datę wyrecytowaną przez swego syna, będącą bezpośrednią przyczyną zgonu przykrego medyka, na wszystkich kamiennych tablicach dostępnych w całym królestwie.

Doprawdy, proszę przyjąć powyższe za jedynie prawdziwe i nie płodzić więcej bzdur o rzekomych wizjach końca świata jakie miałby mieć w jednej osobie schorowany medyk i astronom króla Majów.

wtorek, 21 grudnia 2010

Niemal synteza paru głupich myśli

Kochani,

u progu Świąt Bożego Narodzenia różne się skłębiły w mojej głowie refleksje przyrodnicze, w tym iście odzwierzęce i żeby dojść do pobieżnego choćby rozumienia tych myśli, postanowiłem oprzeć je o jakie takie podstawy naukowe - sięgnąłem do darmowej encyklopedii czyli Wikipedii.

Pozwoliłem sobie na refleksyjne przedstawienie naukowych definicji z przykładami z życia codziennego i nie wiem czy mi się to wszystko razem dziwnie nie nakłada.

Ekologia – nauka o strukturze i funkcjonowaniu przyrody, zajmująca się badaniem oddziaływań pomiędzy organizmami a ich środowiskiem oraz wzajemnie między tymi organizmami.

Na naszym cmentarzu od zeszłego roku mieszka dziki królik. Widać go czasem jak sobie kica w alejkach i podgryza kwiatki.

Gdzie znalazł norkę, czy założył rodzinę? Nie wiem. Widać mu tam dobrze i życzę mu z całego serca by się jego stanowiskiem systematycznym w biotopie czy biocenozie panewnickiego cmentarza nigdy nie zajął żaden ekolog ani nie próbował dojść oddziaływania organizmu biednego królika na przeobrażające się organizmy spoczywających w pokoju i odwrotnie czy na organizmy całej licznej parafii i tych znów na organizm królika.

Terminu filozofia używa się w różnych znaczeniach. Trudno o definicję tego terminu, gdyż zakres rozważań filozoficznych i ich metoda ulegały zmianom w historii, a rozumienie filozofii jest uzależnione od wielu czynników, w tym od przyjętej tradycji filozoficznej.

Filozofowie głównie zajmują się ogólnymi, podstawowymi zagadnieniami dotyczącymi natury świata i człowieka. Filozofowie rozważają kwestie natury istnienia, rozumienia bytu i rzeczywistości, poznawalności rzeczywistości i prawdy, moralności, powinności i koncepcji wartości, także zagadnienia dotyczące człowieka, (antropologia filozoficzna), a także kwestie społeczne, prawne, teologiczne i inne.

Najprawdopodobniej nie śniło się filozofom starożytnym czy powiedzmy klasycznym, co się wyrabia w Ligocie, a o czym można się przekonać choćby oglądając filmiki na utubie.

Przywołać tu wszakże należy taką oto kwestię: od antropologii jak nic wywodzi się trynd zwany antropomorfizmem co każdy wie, do Wikipedii nie zaglądając, że idzie o przypisywanie zwierzętom cech ludzkich i to się dotyczy akurat przypadku świni.

Świnie dzikie czyli dziki łażą po mieście i plądrują śmietniki podobnie jak lisy których obecnie nie trzebi wścieklizna więc mnożą się te rude futrzaki na potęgę. Są jednak naoczni świadkowie co w razie co przysięgną jak dziki siadywały na kanapie wystawionej przy ulicy Bronisławy.

Poprzez niszczenie naturalnego środowiska i wyrzucanie na śmietniki coraz to większej ilości jedzenia co powiemy, że się nam świat zwierzęcy synantropizuje?

Czy w dobrym rozumieniu kwestii prawnych czy raczej teologicznych, z końcem lata, katowicka filozofia wyłapała dwie hordy dzików i wywiozła je podobno w lasy pszczyńskie. Jakkolwiek świeże ślady pozostawione na dzielnicowych trawnikach zdają się dowodzić powrotu zwierzątek zdajesię dobrze poznających i rozumiejących rzeczywistość i mających chyba prawidłową koncepcję wartości.

Humanizm – prąd filozoficzny, etyczny i kulturowy, uznający człowieka za najwyższą wartość i podkreślający jego godność.

Kto na przełomie podstawówki i ogólniaka czytał ciekawe ksiązki, przypomni sobie być może Stanisława Lema jak to międzygwiezdny podróżnik Ijon Tichy „kołował” na orbicie pewnej planety prosząc o pozwolenie na lądowanie. Zgodnie z obowiązującymi procedurami, straż przybrzeżna tej planety przeprowadziła kontrolę statku podróżnika Ijona i niestety znalazła u niego puszką sardynek. Nieszczęsny Ijon wylądował eskortowany przez strażników. Wkrótce potem odbył się szybki proces z powództwa czy nie politycznego, poczym Ijon został zapuszkowany. Skąd mógł wiedzieć, że na tej planecie panował kult jednostki (co jo godom co jo godom), kult ryby. Całe społeczeństwo nosiło co dnia transparenty ichtiologiczne i ochoczo skandowało po ulicach swoich miast JAK RYBIO JEST POD WODĄ!

Cela Ijona, jak i mieszkania wszystkich mieszkańców planety, była systematycznie zalewana wodą wyżej i wyżej. Przodownicy, aktywiści i stachanowcy prześcigali się w radosnych meldunkach do ilu to już „głębarków” mają zalane mieszkania i jak długo oni i ich rodziny wytrzymują pod wodą, śmiało wyzywając przy tym współobywateli do współzawodnictwa.

Nie chcę by mi ktoś zarzucił że jestem aż takim szydercą kpiącym zarówno z nietrafiającej do mnie rzekomej oczywistości ocieplania Ziemi (Buzek bardzo przejęty temperaturą oceanów), jak też rozumności wielu zaleceń unijnych, jednak patrzcie tylko co się nie robi: oto należy niszczyć gniazda jaskółek w oborach aby do mleka, które przecież będziemy pićpili, nie przedostały się rozmaite i wielorakie bakterie, zarazki i inne bardzo groźne a niezwykle chorobotwórcze dla ustroju ludzkiego.

Wczoraj przy śniadaniu mówi do mnie Polskie Radio Program Trzeci o niesłychanie zaawansowanych pracach ustawodawczych mających chronić nas przed niehumanitarnym (więc nie licującym z godnością ludzką), ohydnym procederem co się w zaściankowej i w mocy katolicyzujących sił wstecznictwa pozostającej Polsce mocno rozpowszechnił, a chodzi o okrutne na oczach tłumu zbiorowe mordy, jatki, krwiste rzezie i masakry jakich niektórzy sprzedawcy dokonują na organizmach przedświątecznych ryb, które to bestialsko zaszczute karpie i pokrewne nie mają nadziei na szybką śmierć godną człowieka.

Głupota – niedostatek rozumu przejawiający się brakiem bystrości, nieumiejętnością rozpoznawania istoty rzeczy, związków przyczynowo-skutkowych, przewidywania i kojarzenia. Charakteryzuje się pychą, śmiałością, podejrzliwością, niskim lub nieistniejącym samokrytycyzmem, niezdolnością do zdziwienia, dążnością do ekspansji.

Życzę wszystkim rozumnego świętowania Bożego Narodzenia.

sobota, 18 grudnia 2010

Idą Święta

Od trzech lat na radiowej trójce ichnia załoga śpiewa piosenkę o najpiękniejszych Świętach w roczku.
Wchodzę wczoraj na stronę The Imaging Resource celem zobaczenia co tez nowego w świecie foto i od razu wali na mnie reklama pod tytułem Holiday Shopping.
Nie mogą napisać CHRISTMAS Shopping, ponieważ oburzą się na obrażanie uczuć religijnych przedstawiciele innych wyznań najprawdopodobniej nie Żydzi, Muzułmanie ani Buddyści, ale pederaści którzy bezczelnie obrażają moje uczucia religijne kiedy za dziwnym przyzwoleniem wszelkiego autoramentu władz, z tym co powinno być krańcowo wstydliwe, obnoszą się najgłośniej jak tylko mogą.
Ja tam zakupy upominków dla moich najbliższych na Boże Narodzenie rozpoczynam od sierpnia, więc nie szaleję w połowie grudnia aby kupić byle gucio, za wszelką cenę, byle tylko kupić.
Staram się też nie szaleć na drogach zwłaszcza kiedy zima i śnieg i taka mnie naszła refleksja, że nasi bracia Czesi poprawią myśleć całkiem rozsądnie kiedy podobnie jak my, nie solą dróg o mniejszym natężeniu ruchu, ale o ile my w ogóle nic nie robimy z nawierzchnią takich dróg, oni posypują ją łamanym kamieniem, drobnym, ostrym i przez to przyczepnym żwirkiem. Ani go nie zwieje wiatr ani niezbyt szybko wypłucze woda... Nie wymyślili tego sami: Austriacy stosują ten sposób od bardzo dawna. A my kiedy nauczymy się myśleć? A kiedy nauczymy się pić choćby tylko piwo i nie siadać za kierownicą? Po cholerę nam osławione akcje w rodzaju bezpieczny łykend na drogach skoro i tak wszyscy jeździmy nawaleni?
Niech poniższy załącznik co go spotkałem wczoraj na przejeździe kolejowym w Petrovicach u Karviny, coś przemówi.
Wstępnie życzy się wszelkiemu państwu dużo rozumu.

wtorek, 9 listopada 2010

Spokojnie, bez nerwów

Po długiej przerwie niepisania opowiem pokrótce jaki to niespotykanie spokojny ze mnie człowiek.
I doprawdy nie wiem dlaczego ludzie dokoła starają się mnie na różne sposoby zastraszyć.
Najpierw usłyszałem groźbę, że jak Tusk wyłysieje, natychmiast straci minimum 40% popularności. Nie wiem czy to wróżba antropologów wizażystów, czy geniuszy marketingowych firmy Sony. Przecież dziś włosy usuwają zewsząd i przeszczepiają na głowę, więc za pieniądze o których mowa, po prostu sprawa nie istnieje, a nawet jeśliby wyłysiał, to co mnie do choroby ciężkiej obchodzi popularność jakiegoś Tuska.
Następnie wróżbici pogodowi wściekli się chyba i jeden przez drugiego od miesiąca wpierw zapowiadali nadejście strasznej zimy, co miało niezawodnie nastąpić trzy tygodnie temu, a teraz grożą kolejną zimą stulecia, czym mnie jednak nie przekonają, ponieważ z obserwacji zachowania się pozostających w zasięgu mojego postrzegania organizmów żywych, akurat byłbym raczej przeciwnego zdania.
Kolejny widun dostrzega niesamowicie głęboki kryzys gospodarczy, wręcz światową klęskę, jaka podobno już, już nadchodzi nie wiadomo skąd, tylko dziwnie nie potrafi ten z kolei prorok uściślić ani źródła ani miejsca zarzewia owego kryzysu.
Nakoniec straszak ostatni przekonuje mnie zawzięcie, że oto nadchodzi dzień, kiedy nie tylko w Erłopie, ale i w Polsce oficjalnie ogłoszą zakaz wykonywania wszelkich praktyk religijnych, poczym musowo nastąpi armageddon i koniec świata. Złośliwy, nie ja, zauważyłby, patrząc chociażby na skuteczność walki braci muzułmanów z rządami Erłopy o swoje prawa, że chyba nie za mojego życia jednak to wszystko sobie nastąpi.
I tylko zaprzysięgły wyznawca tak zwanego kalendarza Majów, modlący się co rano do rzekomego przebiegunowania Ziemi, które to fatalne zjawisko miałoby nastąpić któregośtam dnia jakiegoś miesiąca roku 2012 dziwnie przestał mi nareszcie opowiadać te dyrdymały.

Kochani, bardzo proszę nie straszcie mnie. Wyłączcie telewizor i zajmijcie się swoją rodziną, która was potrzebuje. Zobaczycie jak odzyskacie zdolność wpierw samodzielnego, potem zdrowego myślenia, a nakoniec w miejsce fałszywych lęków zawita do was równowaga psychiczna.

Co widzę

Jak wielu mieszkańców naszego kraju w wieku produkcyjnym będących, jadę rano do pracy. W zależności od stanu nawierzchni, warunków pogodowych i gęstości ruchu, dojazd do biura zajmuje mi od kwadransa do około dwudziestu minut.

Co w tym czasie można robić, każdy wie, że albo się pomodlić albo słuchać radia czy grać płytami albo też wykonywać telefony (nie wiem czy nie lepiej zabrzmi uskuteczniać telefony).

Jakkolwiek kiedy jadę, patrzę, a jak patrzę, to widzę. Co widzę?

Widzę moje miasto jak też sąsiednie gminy oplakatowane ponad miarę.

Wyglądają na mnie gęby z drzew, z latarni, z budynków i samostojących tablic.

Jest nawet jeden facet co mnie prześladuje z tylnej ściany autobusu miejskiego kiedy papla coś o obdarzeniu go zaufaniem, a ja wiem jak w poprzednich wyborach wykrętnie oszukał swoich najbliższych popleczników.

Czy nie podobna przewrotność bije z największych plakatów, na których stoi chłoptaś w rozpiętej koszuli, to na tle dróg i mostów, to szkół - rzekłbyś wielki budowniczy jakiś co tłumaczy nam głupiutkim, że miast się kłócić, lepiej budować, a ja dziwnie pamiętam, że kiedy chłoptaś bił się o władzę, on i jego kumple obiecywali zmniejszenie podatków, które to podatki póki co zwiększają i zaczynam się zastanawiać czy coś się tu jednak nie kłóci.

Drugie co widzę jest samochód specjalistyczny co się od dziecka nazywał śmieciarka, jak z trudem wbija się między samochody mieszkańców bezładnie zaparkowane po obu stronach wąskiej ulicy, więc zatrzymuję pojazd, czekam i przyglądam się jak ze śmieciarki wychodzi fachowa ekipa z dumnym logo na mundurach van Gassenwinkel, poczym starannie odbiera posortowane w róznokolorowych workach odpady osobno plastik, osobno papier, osobno szkło i inne, wrzuca je w ogromną gardziel potwora, a ten siłownikami hydraulicznymi napędza grubą płytę i miażdży wszystko razem kpiąc sobie z podstaw tak zwanej ekologii.

Trzecia scenka, którą dziś oglądam, to będzie facet co go ciągnie na smyczy duży labrador maści biszkoptowej. Labrador przystaje, przystaje więc i jego pan, po czym ten prowadzący załatwia sporych rozmiarów potrzebę fizjologiczną na chodniku tuż przed furtką najprawdopodobniej nic o tym nie wiedzącego mieszkańca spokojnej dzielnicy. Ku mojemu jednak zdziwieniu, kiedy, używając terminologii mechaniki, ćwiczenie z zakresu układy o zmiennej masie ustaje, pan psa zamienia się w sługę jego (warto posłuchać Singa), bowiem wyciąga z kieszeni nylonowy worek i naśladując zgrabne ruchy ekspedientki z cukierni, przez wywrócony na lewą stronę ów woreczek, błyskawicznie chwyta „ciastko” w dłoń, a następnie wrzuca je do kosza na śmieci.

Konkluzja: nie zagłosuję na faceta z tyłu autobusu ani na kolesiów chłoptasia, nie będę popierał pana van Gassenwinkla; gdyby natomiast pan labradora był na liście, jemu oddałbym mój głos wyborczy.