Że podróże kształcą, wiemy wszyscy od bardzo dawna.
Ile natomiast można się nauczyć od własnych dzieci, dowiaduję się wciąż więcej i zdumiewam się.
Jechaliśmy autostradą, a tu jak wiadomo prędkość niemal stała, miarowy szum opon i wiatru, jednostajne buczenie silnika, za oknem żadnych miast, ludzi, nic tylko pola lasy.
Pan Bóg w swym dobrodziejstwie obdarzył nas między innymi żywymi dziećmi.
Nie dziwota więc, że w opisanych warunkach z kanapy za plecami dało się słyszeć typowe w takich razach, a coraz natarczywiej powtarzane jojczenie Zosi, wyrażane słowami: tatusiu, nuda.
Nie chciało to dziecko czytać książki, nie chciało słuchać płytyradia i zaczęło być coraz bardziej męczące.
Nie wiem jakie mnie podkusiło licho, że mówię wreszcie, Zosiu, licz TIRy.
Dobra, padła natychmiastowa zgoda i zaczęło się.
Poszło w niepamięć odmawianie Różańca w różnych intencjach, uciekły z głowy wszelkie myśli. Prosto nie dało się dosłownie w ogóle myśleć.
Cholery ciężkiej można było dostać od tego ciągłego liczenia... czterdzieści siedem... czterdzieści osiem... o, czterdzieści dziewięć...
Mając jakie takie doświadczenie w rozpoznawaniu sylwetek samochodów, nabyte mnogością przejechanych kilometrów, zaproponowałem naukę co Volvo jest, Co Scania, a jak dla odmiany MAN wygląda. Wszystko na nic. Się nie pozwalająca z rytmu wybić Zosia coraz głośniej skandowała ... siedemdziesiąt cztery... siedemdziesiąt pięć...
Pomału stawało się wiadomym, że jeżeli proceder wkrótce nie ustanie, ogólna sytuacja może mieć niedobry wpływ na moją psychikę jak też bezpieczeństwo nasze i pozostałych użytkowników autostrady.
Kiedy więc Zosia doliczyła do stu, uciąłem sprawę okrzykiem: dosyć liczenia, bo wyłączam silnik i dalej nie jedziemy.
Poskutkowało.
Dziś rano zacząłem kojarzyć fakty – doznałem olśnienia.
Całe wieki temu, król Majów wyprawił swojego syna w podróż.
Płynęli łodzią niekończącymi się kanałami, a syn królewski zaczął się nudzić i nie dawał odporu towarzyszom podróży.
Medyk, astronom i nauczyciel rodziny królewskiej w jednej osobie, któremu król powierzył pieczę nad swym synem na przeciąg śródlądowej żeglugi, zdołał namówić małego żeby zaczął liczyć dni, tygodnie, miesiące i lata.
Potomek królewski tak się zawziął, że wyliczył wszystkie dni starożytne, poczym przeszedł do współczesności i zatrzymał się dopiero na 21 grudnia roku 2012.
Zatrzymał się, ponieważ jego opiekun zwariował zupełnie i umarł na głowę od tego ciągłego liczenia.
Łódź stanęła, pozostali członkowie załogi z godnością wrzucili ciało martwego medyka do wody i powrócili do pałacu, o wszystkim co w drodze zaszło opowiadając królowi.
Król odetchnął z ulgą, a z nim dworzanie i ich organy powonienia, ponieważ medyk miał chore nerki i bardzo brzydko się pocił.
Na tę okoliczność król polecił prędko zapisać ostatnią datę wyrecytowaną przez swego syna, będącą bezpośrednią przyczyną zgonu przykrego medyka, na wszystkich kamiennych tablicach dostępnych w całym królestwie.
Doprawdy, proszę przyjąć powyższe za jedynie prawdziwe i nie płodzić więcej bzdur o rzekomych wizjach końca świata jakie miałby mieć w jednej osobie schorowany medyk i astronom króla Majów.
czwartek, 27 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz