Bardzo lubiejąc mięszać, prowokować i wkładać kij w mrowisko, opowiem teraz o trzech wesołych zdarzeniach i niech sobie myśli coktochce, niech on sobie w umyśle swoim dopowiada, niech nawet aagólnia, złości się na mnie – wolno mu taką nadinterpretację zastosować, a ja tylko przewrotnie informuję co miało miejsce.
Jadę ciemnym popołudniem krętą boczną drogą w stronę Zielonej Góry. Gdzie się da wyprzedzam, a gdzie nie, tam nie, bo droga raczej niebezpieczna. W końcu dochodzę do sytuacji, kiedy wyprzedzenie choćby tylko następnego pojazdu nie ma więcej sensu, ponieważ kiedy zakręty na chwilę rozwiną się w prostą, widzę, że przed pojazdem poprzedzającym, jak daleko wzrokiem sięgnąć jedzie długachny sznur pojazdów, więc grzecznie jadę za moim poprzedzającym aż dotrzemy do szerszego szlaku komunikacyjnego czy też może aż dotrzemy do celu podróży, cokolwiek nastąpi wcześniej.
Jedzie sobie przede mną stara Mazda 323 kororu czerwonego i nic bym do jej kierowcy nie miał, gdyby on wyłączył tylne światła przeciwmgielne. Mgły nie ma, jest ciemno i po deszczu, więc przeraźliwie czerwone światła walą w moje gały i męczą mnie. Mrugam człowiekowi długimi raz i drugi, na przemian pokazuję mu, jak otwieram i zamykam dłoń, ale ten spokojny widać kierowca nie potrzebuje patrzeć w lusterka, których ma trzy, ponieważ on ignoruje zasięjadącego, a uważa tylko przedsięjadących. Za mną sunie biały blaszak Iveco i jego kierowca uśmiecha się tylko. O, machnął nawet ręką. Nie dogadamy się, myślę, trzeba dać spokój. Machnąłem ręką i ja, a że oczy aż bolą, trudno, widać taki los.
Nagle zdarza się niesamowita okazja: oto zamykają przejazd kolejowy. Zaciągam ręczny, podchodzę do kierującego Mazdą i delikatnie stukam obrączką w szybę drzwi.
Kierujący rozmawia przez telefon, nie patrzy na mnie. Otwieram drzwi Mazdy.
- O co panu chodzi? – kierujący się zapyta.
- Przepraszam, ale przez cały czas jedzie pani na przeciwmgielnych światłach, a to razi w oczy.
- Co pan powie? Tak? Możliwe. Acha, to dlatego tu mi się świeci taka dziwna kontrolka, no…
- To może wyłączymy te światła?
- Hm, tylko gdzie ten wyłącznik.
Ostatnie wagony pociągu swoim stukotem zdają się gadać śpiesz-się-fa-cet, śpiesz-się-fa-cet. Już otwierają przejazd. Robi się nerwowo.
Człowiek w białym Iveco chichocze jak diabli.
W końcu udaje mi się namierzyć właściwą gałkę i wyłączyć nikomu niepotrzebne światła.
Wychodzimy z odwiedzin córki naszej Joanny i kierujemy się na parking przed katedrą, gdzie zaparkowałem autobus. Podchodzimy, a małżonka moja kochana zwraca mi uwagę, że na parkingu coś się dzieje. To na oko dwunastoletni Suzuki Swift kororu granatowego wykonuje krótkie ruchy posuwisto zwrotne zupełnie jakby chciał albo zaparkować albo wyjechać; chciał, a nie mógł.
Zanim podszedłem do samochodu, Suzuki stanął, jego silnik zgasł, a kierujący wali prosto na mnie:
- Przepraszam, może mnie pan wyprowadzić, bo stanęłam dobrze, a teraz ktoś obok tak ciasno zaparkował i nie mogę wyjechać?
Obszedłem w koło rzeczone Suzuki i patrzę na samochody zaparkowane obok. Mój autobus o półtora metra z lewej od Suzuki: świeżych zadrapań na lakierze nie ma; z prawej srebrny Passat, prawie styka się z Suzuki – zostało mniej niż 3cm - zadrapań jeszcze nie ma, ale zaraz chyba powinny się pojawić. Jakby tak ruszyć na wstecznym nawet na wprost, tylko żwawiej, Suzuki zakołysze się na krawężniku i poprawki lakiernicze gwarantowane.
- Chce pani wyjechać? To będzie ciężko.
- Właśnie, bo co próbuję, to ten Volkswagen się do mnie przybliża i już nie wiem co robić, a może pan…?
Biorę kluczyki, odpalam Suzuki, prostuję koła, poczym zlany potem, najdelikatniej jak umiem, cofam, a w tym czasie moja kochana Małgosia patrzy czy coś nie nadjeżdża od strony Kurii. Wyprowadzam kuper Suzuki na ulicę i zataczam maksymalnie, przez co uzyskawszy pół metra odstępu od Passata, wjeżdżam w zatoczkę, zaciągam ręczny i przekazuję kierowcy kluczyki do „jerzyka”.
- Dziękuję, udało się, widzi pan, a mnie się nie chciało udać.
Podjeżdżamy pod supermarket w sensie okresowego nabycia partii podstawowych artykułów żywieniowych. Małgosia z Zosią idą do sklepu, a ja ze złotówką walę po wózek. Wsuwam monetę w szczelinę, odpinam koszyk na kółkach i raźno wytaczam go. Tuż obok szerokim łukiem i na dość znacznej prędkości jak na takie zatłoczone i pojazdami i ludźmi miejsce, podjeżdża dostojny Rover 750i kororu beżowy perła, zatrzymując się okrakiem na pasie umownie oddzielającym dwa stanowiska do parkowania. Czekam aż kierujący wychynie, a kiedy się to dokonuje, powiadam:
- Teraz już nikt obok nie zaparkuje.
- No tak - uśmiecha się nonszalancko i cokolwiek kokieteryjnie niedawny kierujący Roverem – ale parking taki duży...
Stoję jeszcze chwilę w nadziei, że beztroski kierowca wycofa jednak pojazd i zaparkuje go bardziej po chrześcijańsku. Gdzie tam, zamknął drzwi i truchcikiem podążył do sklepu.
Dziwnie spotykam kierowcę Rovera przy kosmetykach – spogląda na mnie. Widzę go przy napojach – uśmiecha się. Nakoniec przy chłodniach z nabiałem niemal wpadamy na siebie:
- No kurczę, bo widzi pan, nie pomyślałam, po prostu nie pomyślałam.
wtorek, 9 czerwca 2009
niedziela, 7 czerwca 2009
Zagubiony
Mamy piękny czas: niedziela Trójcy Świętej, zamknięcie okresu wielkanocnego, lubilejusz obrad okragłego stołu, zbiórka na Świątynię Opatrzności Bożej, nakoniec wybory do erłoparlamentu.
Nieważne co mi kto zarzuci, niepodobna choć w paru zdaniach, nie skomentować takiego nagromadzenia faktów i chociażby że do puszki na budowę Świątyni Opatrzności Bożej wrzuciłem parę groszy, że ponieważ obietnicy należy dotrzymać, to żeby była pełna jasność.
Z zamknięciem okresu wielkanocnego powraca normalność i będzie mi na godzinę 06:45 brakowało porannych czytań z Dziejów apostolskich jak też fragmentów ewangelii wg Świętego Jana. Nie wiem co dalej z paleniem paschału – tej ostatniej prawdziwej świecy wykonanej jak Pan Bóg przykazał, z wosku, w którym zatopiony jest knot ze sznurka i który jeden zadaje kłam żałosnej reszcie niby-świec, temu szatańskiemu wynalazkU w postaci plastikowych tub, w które wpuszcza się słojorurki wypełnione cuchnącą naftą.
Podobno dawno temu, ten, który jako pierwszy zbudował taśmę montażową, a więc Henry Ford, udał się do Ojca Świętego. (Pamiętamy, że mowa o czasach przedsoborowych.) Dostał się ten zdolny przedsiębiorca na prywatną audiencję do papieża i pyta w jakiej wysokości musiałby złożyć datek, żeby jego nazwisko znalazło się w modlitwie.
To wykluczone, odpowie papież.
Ile, milion dolarów, dwa miliony?
To niemożliwe, to niemożliwe, powtarzał papież.
Ford wyszedł i pomyślał, ciekawe ile przekazał Fiat, że wymieniamy go w Ojcze nasz.
Wierzyć niewierzyć.
Jakkolwiek proszę mnie nie pytać dlaczego dziś, w tak uroczystym dniu i to akurat w dniu wyborów do erłoparlamentu śpiewają w kościołach, że „Pan umiłował prawo i sprawiedliwość”. Lud wierny nie słyszy czy ksiądz śpiewa przez małe pierwsze litery czy czasem nie przez duże on śpiewa, stąd do mózgu tego ludu zaczyna przebijać się pewnik, żeby tylko, aksjomat, ba, dogmat przecież, bo go ksiądz dobrodziej śpiewają, że oto Pan Bóg umiłował sobie Prawo i Sprawiedliwość.
Są pewne dziedziny, gdzie działa wiedza tajemna. Wiedza ta znana jest tylko w tak zwanych pewnych kręgach i one, te kręgi, nie walczą jak niegdyś kapłani starożytnego Egiptu, by ich wiedza nie przedostała się na zewnątrz. Nie. Oni są samym posiadaniem tej wiedzy dumni i to im wystarcza.
Baczny obserwator rejestruje różne przejawy wiedzy tajemnej jak chociażby:
1/ Popatrzmy, na mszy gdzie będąc, że wszyscy podczas modlitwy stoją równo i jednolicie. Wszyscy, ale nie wtajemniczeni, bowiem w niektórych momentach nagle jednocześnie zgina się brzuch farorza, zgina się toczek pingwina, zgina się pożyczka tercjarza i opada bujna fryzura ministranta. Na co ona się ta wymieniona zgina? Na to, że w trakcie modlitwy, mówionej czy śpiewanej, padło imię Jezus.
2/ Posłuchajmy jak radio gra, a w radiu na Trójce weźmy śpiewa powiedzmy Kazik i on głosem bziałym, całym gardłem chrypi: „dwanaściE groszy w zEmbach ci przynoszE...”. Kazik śpiewa tak jak my wszyscy mówimy, więc on nie sili się na przesadne artykułowanie głoski Ę, bo wie, że to śmieszne.
Jeżeli jednak przerzucić radio na program drugi, tam pani Teresa Żylis-Gara śpiewa subtelnie wyuczonym głosem emisyjnym: „tYIn zYIgar staryi od stu lat...”
Kto nie wierzy niech się wsłucha i przekona, że śpiewacy operowi wiedzą lepiej, ale nie to co farorze, pingwiny, tercjarze; oni wiedzą, że ani mówzić ani śpiewać głoski „E” nie przystoi ludziom, bowiem eee beczą przecież „koźlęta i skopy”.
3/ Spróbujmy dania, co w restauracjach figuruje zwykle w wykazie zakąsekprzekąsek, więc wątróbki pysznie uduszonej czy drobiowej czy wieprzowej, jak jest rozkosznie krucha. Dobry kucharz wie, że wątróbkę należy solić dopiero po usmażeniu/uduszeniu, inaczej stwardnieje, czego początkującym smakoszem będąc, nie wiedziałem.
Kochani, począwszy od mojej najukochańszej Małgosi, przekonujecie mnie o potrzebie konieczności pójścia do urn wyborczych, argumenty wytaczając, że to obowiązek, że niepójście to oddanie głosu na przeciwnika...
To jak ja mam pójść głosować, kiedy wszystkie partie polityczne to moi przeciwnicy?!
Patrzę dziś na okładkę Gościa niedzielnego, a z niej bije na mnie wielkie hasło „Praktykuję, więc głosuję”.
Nie, panie Gościu niedzielnU, tym razem nie głosuję ani na tusków ani na pisiorów ani na nikogo, niezależnie od tego kogo bałwochwali Gazeta Wybiórcza, kogo wpuszcza na antenę Wiadro Maryja czy kogo umiłował sobie Pan.
Nie chcę, jak to ostatnie razy bywało i nie będę głosować przeciwko.Chciałbym posiąść jakąś nową, uniwersalną tajemną wiedzę społeczno-polityczną, która pozwoliłaby mi zagłosować nie wbrew własnemu sumieniu, a tymcasem pójdę sobie rano przed mszą cichutko uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem, lecz nie będę się kiwał na mszy; dalej będzie mnie śmieszyło śpiewacze YI w miejsce E i pozostanę zagubiony niczym GENESIS: The Chamber Of Twenty Four Doors + Carpet Crawl, ale póki co wątróbki sobie nie posolę zanim się fest poddusi.
Nieważne co mi kto zarzuci, niepodobna choć w paru zdaniach, nie skomentować takiego nagromadzenia faktów i chociażby że do puszki na budowę Świątyni Opatrzności Bożej wrzuciłem parę groszy, że ponieważ obietnicy należy dotrzymać, to żeby była pełna jasność.
Z zamknięciem okresu wielkanocnego powraca normalność i będzie mi na godzinę 06:45 brakowało porannych czytań z Dziejów apostolskich jak też fragmentów ewangelii wg Świętego Jana. Nie wiem co dalej z paleniem paschału – tej ostatniej prawdziwej świecy wykonanej jak Pan Bóg przykazał, z wosku, w którym zatopiony jest knot ze sznurka i który jeden zadaje kłam żałosnej reszcie niby-świec, temu szatańskiemu wynalazkU w postaci plastikowych tub, w które wpuszcza się słojorurki wypełnione cuchnącą naftą.
Podobno dawno temu, ten, który jako pierwszy zbudował taśmę montażową, a więc Henry Ford, udał się do Ojca Świętego. (Pamiętamy, że mowa o czasach przedsoborowych.) Dostał się ten zdolny przedsiębiorca na prywatną audiencję do papieża i pyta w jakiej wysokości musiałby złożyć datek, żeby jego nazwisko znalazło się w modlitwie.
To wykluczone, odpowie papież.
Ile, milion dolarów, dwa miliony?
To niemożliwe, to niemożliwe, powtarzał papież.
Ford wyszedł i pomyślał, ciekawe ile przekazał Fiat, że wymieniamy go w Ojcze nasz.
Wierzyć niewierzyć.
Jakkolwiek proszę mnie nie pytać dlaczego dziś, w tak uroczystym dniu i to akurat w dniu wyborów do erłoparlamentu śpiewają w kościołach, że „Pan umiłował prawo i sprawiedliwość”. Lud wierny nie słyszy czy ksiądz śpiewa przez małe pierwsze litery czy czasem nie przez duże on śpiewa, stąd do mózgu tego ludu zaczyna przebijać się pewnik, żeby tylko, aksjomat, ba, dogmat przecież, bo go ksiądz dobrodziej śpiewają, że oto Pan Bóg umiłował sobie Prawo i Sprawiedliwość.
Są pewne dziedziny, gdzie działa wiedza tajemna. Wiedza ta znana jest tylko w tak zwanych pewnych kręgach i one, te kręgi, nie walczą jak niegdyś kapłani starożytnego Egiptu, by ich wiedza nie przedostała się na zewnątrz. Nie. Oni są samym posiadaniem tej wiedzy dumni i to im wystarcza.
Baczny obserwator rejestruje różne przejawy wiedzy tajemnej jak chociażby:
1/ Popatrzmy, na mszy gdzie będąc, że wszyscy podczas modlitwy stoją równo i jednolicie. Wszyscy, ale nie wtajemniczeni, bowiem w niektórych momentach nagle jednocześnie zgina się brzuch farorza, zgina się toczek pingwina, zgina się pożyczka tercjarza i opada bujna fryzura ministranta. Na co ona się ta wymieniona zgina? Na to, że w trakcie modlitwy, mówionej czy śpiewanej, padło imię Jezus.
2/ Posłuchajmy jak radio gra, a w radiu na Trójce weźmy śpiewa powiedzmy Kazik i on głosem bziałym, całym gardłem chrypi: „dwanaściE groszy w zEmbach ci przynoszE...”. Kazik śpiewa tak jak my wszyscy mówimy, więc on nie sili się na przesadne artykułowanie głoski Ę, bo wie, że to śmieszne.
Jeżeli jednak przerzucić radio na program drugi, tam pani Teresa Żylis-Gara śpiewa subtelnie wyuczonym głosem emisyjnym: „tYIn zYIgar staryi od stu lat...”
Kto nie wierzy niech się wsłucha i przekona, że śpiewacy operowi wiedzą lepiej, ale nie to co farorze, pingwiny, tercjarze; oni wiedzą, że ani mówzić ani śpiewać głoski „E” nie przystoi ludziom, bowiem eee beczą przecież „koźlęta i skopy”.
3/ Spróbujmy dania, co w restauracjach figuruje zwykle w wykazie zakąsekprzekąsek, więc wątróbki pysznie uduszonej czy drobiowej czy wieprzowej, jak jest rozkosznie krucha. Dobry kucharz wie, że wątróbkę należy solić dopiero po usmażeniu/uduszeniu, inaczej stwardnieje, czego początkującym smakoszem będąc, nie wiedziałem.
Kochani, począwszy od mojej najukochańszej Małgosi, przekonujecie mnie o potrzebie konieczności pójścia do urn wyborczych, argumenty wytaczając, że to obowiązek, że niepójście to oddanie głosu na przeciwnika...
To jak ja mam pójść głosować, kiedy wszystkie partie polityczne to moi przeciwnicy?!
Patrzę dziś na okładkę Gościa niedzielnego, a z niej bije na mnie wielkie hasło „Praktykuję, więc głosuję”.
Nie, panie Gościu niedzielnU, tym razem nie głosuję ani na tusków ani na pisiorów ani na nikogo, niezależnie od tego kogo bałwochwali Gazeta Wybiórcza, kogo wpuszcza na antenę Wiadro Maryja czy kogo umiłował sobie Pan.
Nie chcę, jak to ostatnie razy bywało i nie będę głosować przeciwko.Chciałbym posiąść jakąś nową, uniwersalną tajemną wiedzę społeczno-polityczną, która pozwoliłaby mi zagłosować nie wbrew własnemu sumieniu, a tymcasem pójdę sobie rano przed mszą cichutko uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem, lecz nie będę się kiwał na mszy; dalej będzie mnie śmieszyło śpiewacze YI w miejsce E i pozostanę zagubiony niczym GENESIS: The Chamber Of Twenty Four Doors + Carpet Crawl, ale póki co wątróbki sobie nie posolę zanim się fest poddusi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)