niedziela, 15 lutego 2009

Garść przemyśleń na koniec zimy

Świadectwo dwóch jest prawdziwe. Tyle Stary Testament. A oto tu jest coś więcej niż dwóch... ponieważ od szóstego lutego przychodzi szpaczek. Siada na naszej jabłonce i zajada tłustą karmę, którą mu zostawia na oknie dziadek Stasiek.
Mniej więcej tydzień po pojawieniu się szpaczka, wyszedł na wewnętrzną ścianę garażu, sporej wielkości pająk i mieszka tam sobie. Jak zatem widać, wielu z nich jeszcze żyje, niektórzy zaś pomarli, gdyż w zeszły poniedziałek, na autostradzie A4 w okolicach Pola Legnickiego, gdzie zginął w walce z Tatarami syn Świętej Jadwigi Śląskiej, Henryk Pobożny, spotkałem pierwszego w tym roku przejechanego jeża.
Te oto trzy fakty przedstawiam, by mimo niespodziewanego powrotu zimowej aury, uzmysłowić ogółu czytającemu, iż wiosna idzie, tak więc rychło ona nastąpić musi.

Wraz z mającym się wkrótce dokonać przełomem lutegomarca myśl niedawno mię naszła zgoła odkrywcza, iż wszystkie dziewczyny, które mi się podobały i którym gotowy byłem swego czasu oddać moje serce, dziwnie one pochodzą spod znaku jakże biblijnej potrawy czyliwięc ryby. I co, nie wierzyć w mowę symboli?

Porobiło się nieciekawie i sam nie wiem czy bardziej nas obecna dekoniunktura nie dotknie, czy jedyny żywiciel wesołej czeladki nie daj Boże nie będzie znów szukał pomocy u bezradnych przyjaciół. Jakkolwiek nie wolno się bać; trzeba tylko rzetelnie pracować i modlić się.

Panie, naucz nas się modlić.
Wziąłem sobie na głowę różne intencje, a widzę, że z wolna dochodzą nowe.
Są dni kiedy znajdę czas, jednak są takie dni jak wczoraj, kiedy dla pana Boga i dla moich przyjaciół czasu nie było. Dziesiątki różnorakich zajęć, jakże ciekawych lecz jakże przyziemnych...
Będzie mniej więcej jaki miesiąc temu zacząłem się zastanawiać jaka jest wartość i jaki sens mojej modlitwy.
Wszak Ojciec mój niebieski dobrze wie czego trzeba mnie i tym za których Go męczę, zanim o cokolwiek poproszę.
Refleksja pierwsza: gdyby się zastanowić ile w mojej modlitwie dziękczynienia w stosunku do żądania, czy nie zrobi się troszku głupio.
Sprawa druga, też statystyczna: co dominuje w prośbach? Widać miażdżącą przewagę troski o zdrowie i pomyślność, a zatem o powodzenie w życiu doczesnym - znów sprawy przyziemne zupełnie zdominowały ducha.
Co jest do licha ciężkiego najważniejsze? Przecież ani zdrowie ani pomyślność!
...
Idzie wielki post.
Trzeba koniecznie wygospodarować trochę czasu, by po raz kolejny przewartościować nasz świat wartości.

środa, 4 lutego 2009

Dla spostrzegawczych

Był rok 1987.
Jak co roku w LISTOPADZIE, ambasada Związku Radzieckiego w Islamabadzie wydała przyjęcie dla przedstawicieli placówek dyplomatycznych krajów Współnoty Sockomunistycznej jak też tych państw, których należało, z okazji święta rewolucji PAŹDZIERNIKOWEJ.
Towarzysze radzieccy, o bliskim nam przecież rodowodzie, spośród przebywających w pobliżu Słowian zaprosili także będących niekoniecznie dyplomatami lecz zarówno wysłanymi przez państwowy monopol handlu zagranicznego – wszelakie CeHaZety.
Przyszedł więc na uroczysty bankiet młody delegat powiedzmy centrali Półserwis.
Tymcasem od paru lat w imperium radzieckim następowały zmiany.
Umarł wieloletni sekretarz generalny z przestrzelonym podniebieniem, odszedł szef KGB – Andropow, jak i Czernienko.
Nastał długo oczekiwany, ucywilizowany Gorbi.
O ile Jaruzel chciał subtelnie przeobrazić Polskę, gwałtem wprowadzając stan wojenny, o tyle Gorbi podjął śmiałe działania biurokratyczne zmierzające do radykalnej przebudowy państwa, (po rusku pieriestrojka).
Jednym z doniosłych aktów prawnych pieriestrojki było wprowadzenie jednolitego i powszechnego zakazu palenia tytoniu w urzędach, biurach, miejscach pracy i wszystkich miejscach publicznych.
Nie mówmy o Niemcach czy innych karnych z natury nacjach, lecz nawet Rosjanie, chcąc nie chcąc, posłusznie zastosowali się do wytycznych dokumentu wagi państwowej. Polacy naturalnie mają wszystkie przepisy w wielkim poważaniu.
Nic zatem dziwnego, że młodzieniec Półserwis nonszalancko wyjął papierosa na wzmiankowanym bankiecie w ambasadzie radzieckiej, poczym ostentacyjnie jął go zapalać.
Po chwili podszedł do młodzieńca starszy mężczyzna, Rosjanin i powiada mu per ty (zupełnie jak w USA):
(Nie mamy dziś jerów, nie mamy miękkichtwardych znaków, jednak zapodam dialog w wersji fonetycznej.)
- Izwini tawariszcz, zdjes nielzja kurit.
- A pacziemu nielzja?
- Patamu szto nie nada.
- Tiebia możiet byt i nie nada, a mienia nada.
- A, to intieresna, a kakaja raznica mieżdu taboj a mnoj, a?
- A takaja, szto ty niekuriaszczij, a ja kuriaszczij.
Nazajutrz rano miejscowy ambasador PRL otrzymał notę z MSZtu w Warszawie, piętnującą nieobyczajny incydent jaki miał miejsce na terenie obcej placówki dyplomatycznej, czego niedopuszczalnym przejawem była obraza ambasadora ZSRR przez przedstawiciela polskiej centrali handlu zagranicznego.
Żeby oddać sprawiedliwość, należy się dopowiedzieć, iż akurat ambasador ruski, który to był właśnie podszedł do młokosa z Półserwisu, bynajmniej nie był obrażalski, tylko uśmiechnął się do palącego i poprosił go o wyjście do ogrodu na czas składania ofiary niszczącemu go nałogowi.
Na kanwie powyższej opowieści przedstawiam dwa zdjęcia: niby te same, a jednak nie. I teraz ja, jak ten ruski ambasador, zapytam:
Kakaja raznica mieżdu etimi kartinkami, a?
Dla wyeliminowania pokusy taniego cwaniactwa, usunąłem dane EXIF.
Uczyć bawiąc i bawić ucząc – w szkole tego nie znajdziecie, tylko u mnie.
Tymcasem!