poniedziałek, 23 listopada 2009

Perełka

Idziemy na podwieczorek do rodziców i czytamy ogłoszenie jakie wywiesiło na drzwiach klatki schodowej.
I niech się nie dziwi, że zdarłem tę perełkę coby się nią podzielić.
Ej panie Miodek, a przy tym panie Jodłowski, panie Taszycki, niczegoście nie nauczyły.

Pyrsk!

poniedziałek, 16 listopada 2009

Wszyscy święci

Gdzie jesteś ty, którego uczyłem patrzeć?
Gdzie jesteś ty, której odkryłem śpiew ptaków?
Gdzie jesteś ty, z którym płynąłem pod żaglami?
Gdzie jesteś ty, której napisałem wiersz?
Gdzie jesteś ty, któremu zdradzałem tajniki trudnego rzemiosła?
Gdzie jesteś ty, której przygotowałem śniadanie?

Gdzie dziś jesteście moi przyjaciele?

Szukam was.

A może to nie ja was szukam?

sobota, 24 października 2009

Stateczek

- Więc powiada pan, że kontuzja się odnowiła, bo spędził pan całe trzy dni i prawie dwie noce przy komputerze? Panie, czy pan jest rozsądny, w pana wieku? I jeszcze te papierosy?
- Papierosy nie szkodzą na kręgi szyjne, a zresztą pan też pali, panie doktorze.
- Tak proszę pana, ale ja palę świadomie, ze świadomością medyczną, bo ja jestem lekarz. W porządku, puls i ciśnienie dobre, rentgen nie wykazuje zmian, przepisuję panu serię zastrzyków Ketonal i Nospę na rozluźnienie. Daję panu skierowanie do neurologa i niech pan pamięta żeby koniecznie wziąć parę masaży, bo zdaje się ma pan swojego masażystę, tak?
- Mam, już się umówiłem.
- To dobrze, a neurolog akurat ma dziś dyżur w pokoju obok, niech pana przebada, może zaleci tomograf albo rezonans, to bardzo doświadczony lekarz.
No, to tyle, do widzenia.
- Dziękuję, do widzenia.
...

- Doktor Remigiusz Rosnowski Specjalista Psycholog i Psychiatra, dziwne, nic, pukamy... (puk, puk).
- Wejść! – rozległ się stanowczy, niemal wojskowy okrzyk.
Za biurkiem pod oknem siedział nieduży łysy człowieczek w białym kitlu. Wokół uszu sterczały mu zabawnie najeżone resztki gęstych siwych włosów, które w połączeniu z malutkimi okrągłymi okularami sprawiały, że twarz jego do złudzenia przypominała ślepowrona.
- Dzień dobry – przywitał Leszek specjalistę.
Doktor popatrzył na przybysza sponad okularów.
- Siadać – zaordynował.
- Bo ja, panie doktorze...
- Nazwisko!
- Patalas.
- Jak?!
- Patalas.
- Przesylabizować!
- Pa-ta-las – Leszek uśmiechnął się – panie doktorze, to jakiś żart...
- Ja tu nieprawda zadaję pytania, ja badam i leczę; pan odpowiada i pomaga, od-po-wia-co?-da, tak, odpowiada. Pa-ta-las, genialne.
To teraz od jak dawna tak panu kark wykręciło co? Od początku proszę, wszystko dokładnie po kolei nieprawda.
- Wziąłem pięć dni urlopu, teraz, od tego poniedziałku...
- Tak tak, naturalnie, rozumiem, i to z urlopu tak pogięło co? Bardzo ciekawe, genialne. Noo, proszę pana...
- Wziąłem urlop żeby wykonać duże zlecenie...
- Zawód?!
- Inżynier mechanik, projektant.
- Pro-jek-tant, genialne. Tak i co dalej?
- No więc siedziałem trzy dni i dwie noce przy komputerze nad dokumentacją wykonawczą, bo to dobrze płatna robota, dla firmy z Niemiec, wie pan.
- Przy kom-pu-te-rze, inżynier, genialnie, nie tak szybko, bo za-pi-su-co?-jemy, tak, zapisujemy. I co nieprawda?
- I przeciążyłem kark, bo non stop pochylony nad papierami i klawiaturą.
- Dobrze, a teraz pan szanowny pozwoli, przebadamy pana nieco. Proszę schylić głowę, wyprostować, schylić, wyprostować... Boli?
- Boli.
- Jak uciskam, boli?
- Tak.
- Gdzie boli, konkretnie nieprawda?
- Cała szyja...
- Kark proszę pana, szyja jest z przodu, z tyłu mamy kark.
- Cała szyja boli panie doktorze...
- Moment, zapiszemy dys-ku-co?-tant, dyskutant nieprawda. Dobrze, a gdzie jeszcze boli?
- Ból promieniuje dokoła, w dół, w cały kręgosłup...
- A głowa?
- Boli, też troszkę boli, uciska.
- Zaraz, już piszemy: gło-wa boli i u-ci-ska. A ta głowa, to od dawna pana boli? Czy ma pan stałe bóle głowy, czy widzi ich pan czasem, czy może słyszy ich głosy?
- Panie, co pan, głowa boli mnie od karku, chyba nie chce pan sugerować że jestem...
- To się okaże mój panie, to się wkrótce okaże nieprawda... a kiedy czuł pan, że boli, czy może kiedy czuł pan zmęczenie, robił pan jakieś ćwiczenia, no coś takiego co oderwałoby pański umysł od wytężonego wysiłku?
- Jasne, prosiłem żonę, parzyła mi kawę, a potem wychodziłem na przerwę na balkon, zapalić papierosa.
- Jasne, papierosa nieprawda, a potem, po papierosku, bo przecież każdą kawę należy wysikać, czy nie przyszła panu ochota żeby... powiedzmy... no... sikać z balkonu?
- Panie, co pan? Jestem dorosłym człowiekiem, jak mógłbym sikać z balkonu?!
- Do-ro-co?-słym, tak, dorosłym. Ale w przeszłości sikało się nieprawda?
- Nie pamiętam jeżeli mam być szczery, a jeżeli nawet... zresztą wszyscy chłopcy na podwórku sikali z balkonu.
- Si-ka-li z bal-ko-nu, nic, zapisane... genialnie. A czy nie przychodziła panu myśl żeby powiedzmy wystrugać coś ze świeczki, ulepić z plasteliny... dlaczego pytam? Widzi pan, kiedy się jest psychicznie znużonym, mimowolnie przychodzi nam chęć żeby nieprawda zająć czymś ręce, zrobić coś zupełnie innego, manualnego, nie angażującego sił umysłu. Ja, zdradzę panu, że jak mam dosyć, układam domek z kart i to mnie bardzo relaksuje nieprawda. Więc jak, robił pan jakieś manualne czy relaksujące ćwiczenia kiedy pan tak stale siedział nad projektem?
- Nie, właściwie nie, chociaż...
- No, no?
- Zdenerwowałem się, bo na jednym arkuszu rysunku, tego niemieckiego, była pewna niekonsekwencja, która kosztowała mnie parę godzin dodatkowej pracy, zanim ją odkryłem...
- Od-kry-łem, genialnie. Słucham... tak?
- Byłem zmęczony i zły i postanowiłem, czy żeby sobie ulżyć...
- Ul-żyć nieprawda. No no! Tak?
- Jakoś tak mimo woli zacząłem składać jedną kopię tego przeklętego arkusza i poskładałem go w taki papierowy okręt, wie pan, taki statek z papieru jakie robią dzieci.
- Okręt, powiada pan, zapisujemy: o-kręt, jak-dzie-ci nieprawda. A wie pan, że o tym nie pomyślałem, okręt... genialne.
- Panie doktorze, przepraszam, ale wydaje mi się, że tracimy czas na jakieś głupie opowiastki. Jestem zmęczony, kark mnie boli, jestem na urlopie...
- Ależ drogi panie, nic podobnego, kiedy pan tak opowiadał, już wypisałem panu skierowanie na rezonans odcinka szyjnego, ale proszę mi jeszcze opowiedzieć o tym nieprawda okręcie. A może pokaże mi pan jak poskładać taki okręt, bardzo proszę? Nie wiem czy jeszcze mi się dziś zdarzy jakiś pacjent, proszę poświęcić mi dosłownie chwilkę i nauczyć składania takich okrętów.
- Dobra, ma pan jakiś duży papier, najlepiej gazetę?
- Proszę, jest Wyborcza, to chyba największa gazeta... patrzę i uczę się.
...
- Jest, okręt gotowy.
- Genialne nieprawda, okręt. I taki pan zrobił w domu?
- Nie, taki to za duży, mały zrobiłem, taki malutki stateczek.
- I puścił go pan na wodę?
- Nie, po blacie biurka tylko przesuwałem.
- Czy mógłby mi pan zrobić jeszcze taki malutki nieprawda stateczek, co?
- Ok., zrobię panu dwa stateczki, nie, dziesięć stateczków, na zaś i dosyć tego. Gdzie moje skierowanie, bo w końcu zapomnę?
- Proszę bardzo, z moją pieczątką przyjmą pana szybciej. Genialnie, pan robi stateczki, a ja tymczasem nieprawda napuszczę wody do umywalki. Niech pan patrzy jaka duża komora: urządzimy sobie bitwę morską. Ten stateczek już zabieram i nakleję na niego mały żółty poster, taki niby żagielek.
Proszę tu do mnie, zobaczy pan jaka to pyszna zabawa. Tam na wieszaku jest mój biały fartuch, ja go nie używam... proszę włożyć żeby się pan nie pochlapał.... dobra, teraz jednocześnie puszczamy stateczki na wodę i dmuchamy każdy w swój, do zatopienia przeciwnika... genialne nieprawda!
- Czy to konieczne panie doktorze?
- Daj pan spokój, teraz chce się pan wycofać kiedy prawdziwa zabawa dopiero się roz-po-czy-co?-na, tak rozpoczyna?
Fffu... fffu. Ha ha, zatopiony, wygrałem, został pan pokonany panie kolego nieprawda w bitwie morskiej i poniesie pan zasłużoną karę. To żart oczywiście.
- Panie doktorze, gra nie była czysta, oszukiwał pan...
- Co? Jak pan śmie?
- Po pierwsze nałożył pan jeden stateczek na drugi, żeby dłużej nasiąkał i jeszcze dokleił mu żółty żagielek – szybciej płynął i staranował mój. Wychodzę.
- Teraz pan przesadził mój panie, zamykamy drzwi, klucz wyrzucamy przez okno... o i dzwonimy, zaraz po pana przyjadą nieprawda.
Halo, klinika psychiatryczna, mówi doktor Rosnowski, wzywam karetkę: pacjent dostał szału... co jest? depresja maniakalna i wyjątkowo brutalna agresja, przychodnia przy Roosevelta, w moim gabinecie, tak, cały czas dla niepoznaki robi stateczki z papieru, zamknął nas, a klucz połknął, musicie wyważyć drzwi, prędko, facet jest naprawdę niebezpieczny, z trudem panuję nad sytuacją.
...
Oj, szuka pan telefonu? Taki nierozważny... kiedy pan robił stateczki, ja niepostrzeżenie wyjąłem panu z ma-ry-nar-co?-ki, tak z marynarki, a teraz nieprawda plusk i idzie na dno piękna Nokia, bo tam jej miejsce, razem z pokonanym wrakiem pańskiego stateczku, a mój zwycięski stateczek stawiam na oknie.
- Pan zwariował, pan jest niebezpieczny, co pan wyprawia?
- Spokojnie, teraz panu pokażę jak szybciej robić papierowe stateczki, zanim po pana przyjadą jeszcze w tym pana pokonam. Głupcze, myślał pan że nie umiem składać statków z papieru... o tak i jeszcze rozleję trochę wody na biurku i niech sobie stateczki pływają.
- To jakaś farsa, pan jest czysty wariat...
(Łomot do drzwi; wpada dwóch potężnych gości z kaftanem. Przystają, poczym łapią doktora.)
- To nie ja, panowie, to nie ja, to jakaś fatalna pomyłka, ja jestem doktor Rosnowski, a on jest niebezpieczny wariat, ten w białym fartuchu.
- Tak tak, oczywiście, „panie doktorze”, ha ha.
- Nie, ja nie chcę, ja protestuję...
...
Jeden pielęgniarz trzyma doktora; drugi wstrzykuje mu zastrzyk na uspokojenie, zwraca się w stronę Leszka:
- Ale mu odbiło co?
- Zbzikował facet i tyle... a z pozoru całkiem normalny.
...
Zabierają nieszczęśnika.
Z korytarza słychać jeszcze:
- Panowie, mój stateczek, zwycięski stateczek z żółtym żagielkiem.

wtorek, 20 października 2009

Małpi rozum

Zewsząd i coraz bardziej otaczają nas technikalia, coraz nowocześniejsze, coraz lepsze, a tak ich dużo i tak są nachalne, że zdajesię któregoś dnia nas uduszą.
Nie jest celem tego biuletynu występowanie z krytyką wynalazków jako takich, gdyż byłaby to niedorzeczność, ponieważ w ogólności rozsądnie stosowana technika służy człowiekowi, lecz przedziwny jest rozwój opinii na temat wynalazków.
Żałosne przykłady tego o czym się tu mniej więcej mówi pochodzą z branży samochodowej. Był piękny czas kiedy z tylnych elementów czy zawieszenia czy podwozia, zwisały dumnie gumowe ogonki szurające po jezdni, a naukowo zwał się taki wynalazek paskiem elektrostatycznym, mającym nibyto odprowadzać ładunek elektrostatyczny jaki się zbierał na karoserii, do ziemi.
Minęły paski, pojawiły się lampki świecące fioletowym światełkiem znad głowy kierowcy – to z kolei cudowne urządzenie miało przeciwdziałać oślepianiu przez światła pojazdów nadjeżdżających z przeciwka. Pamiętam nawet krótki reportaż pseudonakuowy jakiegoś radzieckiego instytutu, dowodzący szybszej regeneracji oślepionego narządu wzroku, który znajdował się pod zbawiennym wpływem światła fioletowej lampki, a wkrótce po tym reportażu w telewizorze pokazał się nasz znakomity sadownik i kierowca, późniejszy importer guzików i zamków błyskawicznych, wreszcie współtwórca sukcesu grupy Daimler-Benz AG w Polsce, Sobiesław Zasada, który został przez redaktora przygwożdżony pytaniem o opinię na temat. Bidny Zasada wił się jak mógł żeby nie skłamać i powiedział tylko, że fioletowa lampka z pewnością nie zaszkodzi.
Długie lata po tym jak przeminęły paski anty i fioletowe lampki, zauważyłem, że kierowcy, nie tylko ciężarowi, miewają w swoich kabinach czy powieszone czy zatknięte gdzieś, zawsze jednak stroną czynną w przód, płyty CD. Tego odkrycia sam nie mogłem pojąć aż wytłumaczył mi je pewien inteligentny taksówkarz co miał płyt CD powieszonych jedną, a za szybę zatkniętych trzy:
- Panie, jakbyś pan miał w domu odtwarzacz CD, to byś pan wiedział, że tam jest laser, tak samo jak w policyjnym radarze, to płytka odbija radar, co nie?
- Odbija laser z radaru i co?
- I co, i co. Nie wiem, ale panie, wiesz pan, nigdy nie zaszkodzi.
Telewizorem bawili się Miemcy już w roku 1936 bodajże, nie przewidując jednak co to za potęga być będzie. Być jednak nie mogło dłużej by współczesny telewizor nadal przypominał telewizor starożytny, więc kiedy opracowywało założenia telewizji dużej rozdzielczości (HDTV) – przy całym zamięszaniu nad nieporównywalną jakością, maksimum 1080linii w pionie w stosunku do dotychczasowych 625linii to jest cóś jakby niecałe dwa razy lepiej ino, chyba – zmieniło proporcje obrazu z jakże naturalnych 4/3 do 16/9, a już mamy pierwsze 21:9 i głupio wierzymy, że im szerzej w bok, tym więcej, gdy tymcasem okrawa się nam górę i dół.
Wielki się szum niedawno w prasieradiutelewizji zrobił, że mus jest wycofać kineskopy i przejść na energooszczędne telewizory płaskie. Mój stary dobry telewizor z dużą szklaną bańką zużywa 150W, nowy dobry telewizor LCD o tej samej wysokości ekranu zużywa 176W, za to analogiczny plazmowy 250W.
Naglą też ekolodzy na czymprędzej wycofanie świetlówek jako niebezpiecznych, że ponieważ ich luminofor zawiera zabójczą rtęć. Jednocześnie promują żarówki oszczędnościowe tę samą rtęć zawierające, a ciekawostka tym większa, że w katalogu odpadów, łatwo dostępnym choćby w internecie, znajdziemy zużyte świetlówki sklasyfikowane jako odpady niebezpieczne, za to żarówki oszczędnościowe (które przecież więcej energii niż świetlówki żrą), nie są zaliczone w poczet niebezpiecznych.
Jojczenie troskliwych ekologów słyszymy, że jazda cały dzień samochodem z włączonymi światłami to w skali globu ogromny wydatek energii i ocieplanie planety,
natomiast dziwnie nie słyszymy, że coraz większa liczba samochodów, ich ciepłe i trujące spaliny, oleje, płyny…
Wrócimy jednak do wynalazków i powiedzmy otwarcie, że telefonu komórkowego nie potrzebuje nikt, chociaż z drugiej strony jaka to jednak wygoda…
Wśród kolegów i klientów dostrzegam szybkie zmiany na nowsze i nowsze telefony,
z aparatemkamerą, radiemtelewizją, internetemmapami, z coraz większymi kolorowymi wyświetlaczami, w których coraz mniej miejsca na klawisze i akumulator… i tylko trzeba je tak często ładować, cicho przyznają dumni użytkownicy.
Zmierzając ku końcowi naszych wywodów, popatrzmy jak się ma sprawa poglądów na temat wynalazków całkiem prostych.
Pilnie strzeżony przez długie chińskie wieki krzew herbaciany uprawiany jest dziś w wielu ciepłych krajach, skąd wędruje do naszych kuchni i ciekawe jest doprawdy jak od zdrowej do niedawna (tak się nam przynajmniej zdawało) herbaty czarnej czyli zwyczajnej (znaczy wytwarzanej przez suszenie fermentowanych liści), byliśmy odciągani wpierw w stronę herbaty zielonej, poczym teraz znów herbaty czerwonej. Słyszałem nawet kiedyś w radiu jaka to herbata w ogólności jest szkodliwa i wręcz trująca, za to kawa… najlepsze co można pić i wszystko leczy, a pół roku temu wpadł do mojej skrzynki w ramach marketingowego zasypywania skrzynek darmowych, artykuł mię przekonać mający iż jako mężczyzna pijam za mało kawy i powinienem tej używki używać więcej, bo zdrowo jest dla mężczyzny na jego mężczyzność.
Jako rzecz ostatnią rozważmy wynalazek krowy, towarzyszącej człowiekowi od pokoleń, krowy z którą mieszkał pospołu, którą hodował w celu na mleko, na skóry i w celu na mięso. Równo dwanaście lat temu czytałem artykuł w Time jak to Brazylia i Argentyna najbardziej w świecie zatruwają naszą planetę, przez to, że ich w ciężkie miliony idące stada krów, wypasane na rozległych pastwiskach, wytwarzają potężną rzekę, nie bójmy się tego słowa, gówna, które spływa do Atlantyku, przez co azotanami, azotynami i czym tam jeszcze, zakłóca ekorównowagę tego akwenu.
Dziś rano dowiaduję się od córki mojej Marii co zasłyszała tę nowinkę gdzieś w radiu zdajesię, że jest bardzo niedobrze, wręcz alarmująco niedobrze jest z powodu krowy kiedy czy się znajdują na zewnątrz czy w oborze, mają paskudny zwyczaj puszczania bąków. Się prawdopodobnie okazuje, że krowie gazy odlotowe, medycznie zwane wiatrami, sieją prawdziwe spustoszenie w atmosferze ziemskiej przez to, że wprowadzają do niej metan. Rewelacja to dla nas żadna, ponieważ już przed drugą wojną światową ludzie w różnych miejscach i całkiem od siebie niezależnie, demonstrowali widowiskową palność pierdów.
Na tym pozwolę sobie przewrotnie acz bez napaści na zielonych, zakończyć artykuł.

Pyrsk ludkowie!

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Stan Getz anebo rosyjska trojka

Drzwi akademika otwarły się z dotkliwym dla uszu piskiem jakby od nowości nikt ich nie smarował. Za samymi drzwiami, z prawej strony, ścianę stanowiła zielona żelazna kratownica wypełniona w dolnej połowie blachami, w górnej upapranymi zieloną farbą szybkami. Okienko w kratownicy na wysokości brzucha uchyliło się i z wnętrza wychynęła twarz kobiety maści płowej, o słusznej posturze, odzianej w szarogranatowy fartuch nie pierwszej świeżości.
- Eee – odezwała się w oryginalny sposób przez ubytki w uzębieniu.
Jurek odczytał w tym zagajeniu intonację wznoszącą i, lekko wprawdzie zdziwiony, właściwie zrozumiał pytanie wartownika.
- Dzień dobry, przyjechałem na studia, już byłem w dziekanacie, o, tu mam skierowanie do akademika – siląc się na najbardziej poprawną rosyjską wymowę pokazał kobiecie urzędowy dokument.
Marzył teraz by czym prędzej się zaokrętować w pokoju. Trzy dni podróży. Trzy próby kradzieży: dwie w pociągu, jedna przy kasie na dworcu autobusowym już tu w Zaporożu, niemal u celu. Królestwo za prysznic, szklankę dobrej herbaty i sen, długi sen w czystej miłej pościeli.
- Papier nieważny – odpowiedziała kobieta nie biorąc go nawet do ręki.
- Jak to nieważny, tu jest podpis kierowniczki i pieczęć...
- Nieważny mówię. Rok rozpoczyna się w poniedziałek, a dziś mamy sobotę. Akademik masz od poniedziałku – przymknęła okienko i z doskonale obojętnym wyrazem twarzy wróciła do lektury gazety przy sączeniu ogromnej szklanki herbaty, którą to czynność najprawdopodobniej przerwało jej pojawienie się studenta in spe.
Początkowo Jurek nie wierzył temu co słyszał, ale po chwili, kiedy zorientował się, że dostępu do wnętrza akademika bronią solidne drzwi z takiej samej kratownicy jak wartownia cerbera, tym bardziej, że drzwi te nie mają klamki z zewnątrz, poczuł że zaczyna się pocić i denerwować. Obejrzał dokładnie swoje skierowanie. Był to najwyraźniej właściwy dokument zaświadczający, że jemu, Jurkowi Malinowskiemu przyznaje się zakwaterowanie w domu studenta Nr 3 na rok akademicki 1970.
Zapukał w okienko.
Kobieta nie podnosząc wzroku znad gazety zdjęła tylko prawą dłoń ze szklanki, uchyliła nią okienko i ciszej niż za pierwszym razem powtórzyła znane już zagajenie.
- Eee?
- Proszę pani, tu nigdzie nie jest napisane że dopiero od poniedziałku...
- Nuu? – wtrąciła intrygująco i odłożyła na bok gazetę.
Jurek raz jeszcze zebrał myśli. Zdał sobie sprawę z niemocy we władaniu której się teraz znalazł. Poczuł potworne wyczerpanie. Prysznic, herbatka i wracający życie sen poczęły się oddalać poza strefę możliwego do określenia umiejscowienia w czasie.
Zrozumiał swoje bolesne położenie.
- To może by się dało – zaczął nieśmiało.
- Może...
- Może by się pani zgodziła, przecież to tylko dwa dni...
- Może by i zgodziła... widzisz, że zamknięte... nu, ty mów dalej.
- To ja panią bardzo proszę, może w drodze wyjątku...
- To ja tobie zrobię tego wyjątku i pomogę tobie żeby ty pamiętał że ja tobie pomogła jak ty ładnie prosisz. Nu, dawaj bumagę, wpiszemy ciebie na stan.
Zdjęła ze sporego gwoździa w przeciwległej ścianie pęk kluczy, otwarła szufladę żelaznego biurka przy którym siedziała i wyjęła z niej obsmarowany zeszyt formatu A4 w twardej tekturowej oprawie. Otwarła zeszyt pod ladą przy okienku uniemożliwiając tym samym wgląd w jego tajemną zawartość stojącemu po drugiej stronie. Zaczęła spisywać dane. Raz po raz zerkała na Jurka jakby chciała się upewnić, zweryfikować tę pewność i jeszcze dodatkowo potwierdzić weryfikację tej pewności, że stoi przed nią właściwa i ta sama osoba co do której zaświadczają przedłożone papiery i że w tym względzie nie pozostawia się nawet cienia wątpliwości, w końcu ona ręczy za prawidłowość i wszelką zgodność.
Jurkowi przez chwilę wydawało się nawet, że kobieta patrzy na niego jakby sympatycznie.
Kobieta zamknęła kajet, wsunęła go szuflady, którą domknęła brzuchem, z głośnym szczękiem zamknęła szufladę na klucz i odwiesiła go na powrót na ścianie wraz z całym pękiem. Wszystkie dokumenty Jurka schowała w szufladzie.
- Niczewo, dostaniesz papiery za parę dni jak się sprawdzi czy wszystko w porządku – oznajmiła zaniepokojonemu przybyszowi.
Po chwili wypisała odręczne zaświadczenie na jakimś ponumerowanym bloczku opisanym „druk ścisłego zarachowania” i mocno ściskając je w ręku oświadczyła z satysfakcją:
- Nu, tak ja pomogła tobie i załatwiła akademik przed terminem. Charaszo, a?
- Dziękuję bardzo – odpowiedział Jurek grzecznie i wyciągnął rękę po przepustkę, ale dłoń strażniczki nie przybliżyła się na tyle by jej sięgnąć; solidne ciało kobiety trwało dalej wychylone nad biurkiem, z łokciem opartym o blat.
- Nu jak dziękuje, to bardzo ładnie, że dziękuje, a nic więcej ty dla mnie nie masz?
Jurek zbaraniał.
- Nie, nie wiem... co mam jeszcze mieć?
Kobieta schowała za siebie rękę z przepustką, wsadziła głowę w okienko i wyrzekła po cichutku:
- Nu, pół litra masz?
- Co, pół litra – nie wierzył własnym uszom Jurek – pół litra wódki, tak?
- Wódki, wódki, a jak nie masz, może być wino, tylko dobre, mocne.
- Nie mam, nie wiedziałem – rozpaczliwie tłumaczył się Jurek.
- A dla siebie nie masz na wieczór jednej butyłki?
- Nie, nie mam, nie piję alkoholu.
- Ach wy Paljaki, niczego was nie nauczyli. Tak po co ty do Sajuza przyjechał jak ty nie pijesz, zginiesz tu synku. Nu, niczewo, wpuszczę cię ale pamiętaj, jutro na noc ty przyniesiesz mnie dwie butyłki: jedną że ja tobie pomogła, a drugą że ty dziś nie miał, jasne, a?
- Jasne.
Dziwna kobieta wręczyła Jurkowi przepustkę.
- A klucz?
- A na co tobie klucz. Otwarte. Koledzy czekają na ciebie.
Jurek pochwycił torbę, przełożył przez ramię plecak i stanął frontem do żelaznych zielonych drzwi.
W tym momencie rozległo się brzęczenie zamka elektromagnetycznego. Jurek pchnął ciężkie drzwi i ruszył schodami w górę. Obejrzał się za siebie, ponieważ wydawało mu się, że na korytarzu pojawiła się nagle jakaś postać. To strażniczka stała oparta o drzwi i odprowadzała go wzrokiem. Teraz dopiero zauważył jaki z niej kawał baby.
- Tylko pamiętaj co ja tobie mówiła, jutro wieczorem, dwie, a teraz idź.
Jurek szybko zginął za zakrętem schodów. Uff – pomyślał – to chyba najcięższy kwadrans w moim życiu.
Stodwanasće, stodwanaście powtarzał sobie Jurek idąc wzdłuż korytarza.
Korytarz ciemny, numery uwidocznione na niektórych tylko drzwiach. Przeszedł całe pierwsze piętro i nic.
Teraz drugie. Taki sam mroczny korytarz. Taka sama przeszklona kanciapa przy wejściu. Wygląda jakby sam koniec tramwaju wbitego w ścianę. Kanciapa burząca wątpliwą harmonię i tak dość nieprzyjemnego oku ludzkiemu korytarza.
Nagle drzwi kanciapy otwarły się i ukazała się w nich kobieta w takim samym fartuchu, o niemal takiej samej twarzy jak strażniczka z parteru. Ta była tylko znacznie mniejsza i tęższa, za to zdaje się czystsza.
- Ty nowy, a?
- Nowy.
- Idź na stodwanaście, tam już czekają.
- A dlaczego numer stodwanaście nie na pierwszym piętrze tylko na drugim?
- A co ty myślał, a jakby tak jaki imperialistyczny szpieg tu trafił, to będzie go szukał jak i ty, na pierwszym i nie trafi, a może zacznie dziwić się, może zapyta, to my go zaraz zdemaskujemy.
Mniej więcej w połowie długości korytarza, po lewej stronie uchyliły się drzwi i po chwili wyszły z nich dwie męskie-młodzieńcze sylwetki.
- Dawaj - powiedzieli niemal jednocześnie, zapraszając do środka.
- Zbyszek, ze Skierniewic, teraz na drugim roku będę – przedstawił się ten wyższy.
- Sasza, z Magnitki, z Syberii dalekiej przyjechał – określił się chudy żylasty z zadartym nosem.
- Jurek, ze Szczecina.
- No to mamy komplet. Ja tu najstarszy. Wszystkiego was pomału nauczę, zwłaszcza ciebie, bo Saszy przyjdzie dużo łatwiej, chociaż po roku pobytu w tym miejscu to ja jestem nawet bardziej sowiecki człowiek niż on.
Jurek spojrzał na pokój: obskurne ciemnoszare ściany nie pamiętające kiedy były malowane, lichy stolik z kawałkiem cegły podłożonym pod kulawą nogę, trzy krzesła, z których każde z innej parafii, niedomykająca się szafa wnękowa z półkami, od podłogi po sam sufit i łóżka - okropne jakieś pryki bez posłania, bez materacy – z jednego wyzierają jeże sterczących na wszystkie strony spiralnych i śrubowych sprężyn, z drugiego rzadko ułożone krzywe nieheblowane sosnowe deski.
- A łazienka, umywalka? – z prawdziwą trwogą w głosie spytał Jurek.
- Na końcu korytarza łazienka, umywalka w pokoju obok, bo tam pokój większy, sześcioosobowy, podwójny i ma pośrodku umywalkę, ale tylko nasz pokój otwarty, większość ludzi przyjedzie dopiero jutro w ciągu dnia.
Jurek zauważył teraz, że łóżka są dwa podczas gdy ich, było nie było studentów Wydziału Metalurgicznego Politechniki Zaporoskiej, trzech.
- A nasz trzyosobowy tak? – zapytał z niedowierzaniem.
- Trzyosobowy.
- A trzecie łóżko gdzie? – spytał Jurek znacznie ciszej, nieco zrezygnowanym tonem.
- Pomału, trzecie łóżko załatwi się jutro, a teraz sprawy najważniejsze. Sasza, skocz do etażnej żeby włączyła prąd, czekaj, jak idziesz? Masz tu paczkę papierosów, musisz się wkupić na początek, Ruski choroba, a o życiu pojęcia nie ma.
- To ty palisz... wy tu palicie i będziecie palić w naszym pokoju?
- Spokojnie stary, nikt z nas nie pali, ale papierosy i wódkę musisz mieć jak chcesz cokolwiek załatwić, zwłaszcza wódkę – to waluta.
Wrócił Sasza.
- I co włączyła?
- Włączyła.
- A światła nie ma.
Sasza i Jurek spojrzeli w górę. Czy któryś z nich spodziewał się ujrzeć nad sobą kryształowy kandelabr czy prostszy jakiś żyrandol, nieważne. W każdym razie u powały wisiała krzywo żarówka w czarnej ebonitowej oprawce, która trzymała się na dwóch krótkich drutach w parcianym oplocie, wychodzących każdy osobno z tynku. Żarówka najwidoczniej milczała. Strop był wysoki, przeszło trzy metry.
Chłopcy jednomyślnie złapali za stół i odłamek cegły, umieścili na nim najsolidniej wyglądające krzesło, na które wszedł Zbyszek i wykręcił przepaloną żarówkę.
- Dałeś etażnej papierosy – zwrócił się do Saszy – idź teraz niech ci da żarówkę i poproś o młotek i parę gwoździ.
Sasza przyniósł żarówkę 25W: po wkręceniu, kiedy już zapłonęła całym swym światłem u wysokiego, równie szarego jak ściany sufitu, w pokoju zrobiło się dziwnie, ni to jasno ni ciemno.
Zaraz Zbyszek przymknął otwarte dotąd okno, wbił w jego ramę dwa gwózdki i rozwiesił na nich swoją kurtkę, zasłaniając nią zbity kawałek szyby.
- To przeciw karaluchom, bo już lezą do środka – objaśnił.
- Jurek, ty pilnuj domu a my z Saszą skoczymy po jakieś posłanie i kolację. Aha, jakby ci przyszło do głowy gdzieś się ruszyć, choćby do kibla, portfel masz mieć zawsze przy sobie, rozumiesz?
- Tak, ale gdzie wy chcecie w sobotę o tej porze kupić coś do jedzenia?
- Człowieku, jesteś w Związku Radzieckim... szybko się nauczysz – tu się nie kupuje, tu się załatwia.
Poszli. Jurek z niejakim niesmakiem usiadł na krześle. Obojętnym wskutek narastającego zniechęcenia wzrokiem zaczął mimowolnie przyglądać się pokojowi. Dużo się mówiło o Związku Radzieckim, naprawdę dużo, ale te wszystkie opowieści były niczym wobec tego z czym się teraz zetknął. Ponurego obrzydzenia dodawały pokojowi nowo wychwycone szczegóły, więc zwichrowane drzwi z wyłamanym zamkiem i podłoga. Podłoga przedziwna, bowiem w pewnej części z płytek PCW, tam gdzie jeszcze tkwiły poszczerbione i popękane wśród coraz większego obszaru odsłaniającej się betonowej wylewki, w pozostałej części z mocno wysłużonych, być może kiedyś równych i kto wie czy nie przylegających do siebie wąskich desek noszących ślady ohydnej farby koloru burak zmieszany z brązem.
W myślach Jurek przelatywał całą swoją długą podróż ale ilekroć próbował ją sobie lepiej przypomnieć, w jego umysł cisnęły się nieodparcie najmocniejsze wrażenia, doświadczenia ostatnich chwil, odkąd wszedł do akademika.
Próbował teraz pomyśleć dłużej o domu, rodzicach, siostrze i pięknie spędzonych wakacjach i znów myśli bardzo prędko doprowadziły go wprost do pokoju w którym siedział.
Nie miał wątpliwości, znalazł się w obcym, jakże odległym i jak dotąd nieprzyjaznym świecie. Nie miał na nic ochoty. Dobrze, że są chociaż ci dwaj koledzy, pomyślał.
Szczęściem towarzysze niedoli wrócili dość prędko.
Beznadziejnie ponury pokój nagle ożył, zatętnił wręcz pełnią życia.
Chłopcy przynieśli arkusze twardej dykty (od kolegi Zbyszka z biblioteki), którymi zakryli deski i sprężyny łóżek, poczym zestawili łóżka razem. Koleżanka z ambulatorium użyczyła koców (zgodnie z przepisami etażna wyda pościel jutro, na noc przed rozpoczęciem roku akademickiego, a wraz z pościelą wyda też ręczniki).
Sasza wytarł stół, który jednak pozostał jednakowo odpychający, więc nakrył go gazetami i wszyscy razem usiedli do szykowania frontowej niemalże kolacji.
Zbyszek zaparzył herbatę za pomocą grzałki, którą utopił w otworze po wyrwanym dzióbku czajnika, wyjął przyniesioną dużą ćwiartkę okrągłego chleba i ogórki.
- No, a teraz dawajcie resztki prowiantu z podróży, od jutra jemy normalnie. Stołówka wprawdzie nieczynna, ale dla ambulatorium i paru innych niezbędnych ludzi gotują na okrągło, a czy my nie jesteśmy niezbędni gospodarce socjalistycznej, my, przyszła kadra inżynieryjno-techniczna? - roześmiał się w głos.
Herbata już była w szklankach, chleb i ogórki pokrojone, Jurek wyłożył na stół pętko kiełbasy, a Sasza odwinął z woskowego papieru suszoną rybę.
Zbyszek postawił flaszkę wódki Stolicznaja.
- Ja nie piję – zadeklarował szybko Jurek.
- Kochany, tu nie o picie niepicie chodzi. Pół litra do kolacji na trzech to w sam raz. Spotkaliśmy się dziś, my, trzej przyjaciele więc trzeba uczcić, to raz. Warunki lokalowo-sanitarne trudne, więc trzeba się odkazić, to dwa. Lóżek jest dwa, a nas trzech i ciężko będzie nawet na zestawionych wygodnie zmieścić się, więc trzeba się lekko wciąć żeby łatwiej zasnąć, to trzy. No to zdrowie, panowie studenci.
W miarę tej skromnej uczty trzej przyjaciele stawali się weselsi i coraz sobie bliżsi.
Za oknem była już noc, a w pokoju półmrok zdradzający zarodek życia akademika, które już za parę dni miało rozbłysnąć na dobre.
Sasza, bądź co bądź Rosjanin, czujnie zaparł uszkodzone drzwi krzesłem.
- Portfele w tylną kieszeń i śpimy na wznak – przezornie zakomenderował.
- I niech nikomu nie przyjdzie do głowy gasić światło, bo nas karaluchy zjedzą przez noc. Dobranoc wszystkim – rzucił gromko Zbyszek i naciągnął na siebie koc.
- Dobranoc – zgodnie odpowiedzieli mieszkańcy pokoju stodwanaście.
Jurek przykląkł tylko na chwilę nim wpełzł do wyra i szepnął po cichutku, dobranoc Panie Boże, do jutra, dziękuję za cały dzionek i miej mnie w swojej opiece i moich najbliższych i nas trzech nieszczęsnych.
- Ty, Jurek, kładź się – wymamrotał Zbyszek – ja cię nie wydam i masz szczęście, że Sasza jest równy chłop z Magnitogorska, nie aktywista z Moskwy, ale na zewnątrz nie obnoś się ze swoją wiarą. Nie wiem jak wytrzymasz bez chodzenia na msze, ale ja ci w tym nie pomogę, tu nie ma kościoła, tu jest sojuz - elektryfikacja i władza radziecka. Po tych słowach sięgnął za koszulę i wyłożył na wierch medalik, ucałował go i schował.

Jurek zdjął buty, zły, wyraźnie nieświeży, w poczuciu lepkości do samego siebie, mimo zmęczenia poprawionego wódką do kolacji nie spał jeszcze. Przeszkadzało mu liche ale rażące w oczy światło, drażniły bzyczące komary. W jego umyśle kotłowały się burzliwe myśli. Ojciec nigdy nie pozwalał w domu nic mówić na Ruskich; powtarzał tylko, że to wspaniali ludzie, najszlachetniejsi ludzie. Długo nie mógł zrozumieć, dopiero zeszłego roku, w Jurka osiemnaste urodziny ojciec opowiedział całą historię.
Był rok 1944, koniec lata. Szedł front i tak się złożyło, że oddział wojska wybrał sobie dom i gospodarstwo dziadków na swoją kwaterę. Żołnierze zatrzymali się w domu trzy dni, odpoczywali, potwornie zgłodniali jedli wszystko co im babcia podała. Była to dziwna kompania, bo niby wojsko polskie, a było z nimi trzech ruskich: zwiadowca zwany razwiedczikiem, wesoły snajper Wasyl i ponury kostropaty zaopatrzeniowiec, zapewne sierżant, którego Ruscy, a za nim i nasi nazywali tawariszcz starszyna.
Na trzeci dzień przyszedł rozkaz wyjazdu do dalszej walki. Podwórze pełne było ludzi.
Mama ojca, babcia znaczy, ze łzami w oczach żegnała żołnierzy, błogosławiła ich, a oni ociągali się jak mogli z wymarszem. Wtem nie wiedzieć skąd pojawił się niemiecki motocykl, a na nim jakiś szalony żołnierz w goglach i pilotce. Zaskoczenie było tak duże, że wszyscy osłupieli, widzieli jak Niemiec odbezpiecza granat, trzyma go w ręce i zbliża się. Nie zareagował nikt. Motocyklista zajechał pod samo podwórze i dopiero wtedy ktoś go zastrzelił, on jednak siłą rozpędu, wraz z motocyklem wpadł na ciżbę ludzi, a z ręki wypadł mu granat. Granat toczył się długo pośród żołnierzy. Wybuchła panika. Ludzie podnieśli wrzawę, zaczęli się tratować, było wiadome, że najdalej za dwie-trzy sekundy granat eksploduje. Wówczas tawariszcz starszyna zorientowawszy się, że granat zatrzymał się pod nogami babci, która trzymała za rączkę ojca Jurka, dziesięcioletniego wówczas chłopca, a jego dwuletnią siostrzyczkę tuliła do siebie, gwałtownym susem rzucił się na granat, rękami odpychając mamę z dziećmi. W tym momencie granat wybuchł. Niewiele zostało z Rosjanina, tylko głowa i ramiona.
Kiedy ojciec wrócił z wojny, próbował się dowiedzieć kim był bohaterski starszyzna i skąd pochodził, czego omal nie przypłacił więzieniem. Dopiero po kilku latach dostał anonimowy list – jedno zdanie informujące, że człowiekiem tym był oficer polityczny, porucznik Lebiedienko i że lepiej będzie, jak przestanie dopytywać o jego grób i inne rzeczy.
Tak, myślał Jurek, wspaniali ludzie, frontowe historie, wojenne dramaty. Po jaką chorobę ubiegał się o te studia. Mieszka na Glinkach, ojciec pracuje w hucie, to i on, niejako naturalnym odruchem nie myślał o innej pracy poza hutą, a że był zdolny, chciał zdobyć tytuł inżyniera. Wzorowo skończył ogólniak i zaoferowali mu studia w Związku Radzieckim. Spodziewał się przygody.
Ale przygoda!
Te dwie baby, strażniczki, toż to wypisz wymaluj Gestapo.
I ta kanciapa na każdym piętrze. Dostawiona kanciapa, szpecąca wszystko, obrzydliwa, widoczna z każdego miejsca.
Ee? Błąd! To każdy punkt korytarza ma być widoczny z kanciapy, o to chodzi. Przodująca technika i kultura psiakrew, ich muzyka, literatura, balet a tu akademik polibudy w Zaporożu.
Koszmar.
Koszmar!


Jurek był już na trzecim roku. Nauka szła mu dobrze. Mieszkał w trzecim z kolei pokoju, tym razem z okropnym NRDowcem Kurtem. Saszę mu zostawili, są w jednej grupie, idą razem krok w krok. Taki tu system, że obcokrajowcy muszą dzielić pokój z Ruskim, inaczej nie będzie gwarancji, że na koniec tygodnia „opiekun akademika” otrzyma raport na mieszkańców pokoju. Jak wszyscy inastrańcy był wszakże Jurek od swoich radzieckich kolegów w tym szczęśliwszy, że nie miał zajęć z najcięższego w całym imperium przedmiotu – historii KPZR. Trzygodzinne okienka między zajęciami dwa razy w tygodniu wykorzystywał na bieganie.
Po pierwszym roku miesiąc wakacji spędził w domu, na drugi miesiąc pojechał z Saszą do Magnitki. Łazili po lasach, górach, Jurek poznał całą jego rodzinę i znajomych. Aż ciężko było wyjeżdżać. Na ostatni miesiąc został w Zaporożu i przez dwa tygodnie miał praktykę w hucie, a pozostałe dwa tygodnie przepracował w kołchozie. Nie chodziło o te marne parę rubli jakie zarobił, ale o kontakt z żywymi ludźmi i przyrodą – polami pszenicy i kukurydzy, winnicami.
Bardzo chciał by w te wakacje Sasza pojechał z nim do Polski, ale wciąż tylko słyszał nielzja, nie nada, może kiedyś...
Minionego lata znów pojechał do Saszy, ale praktykę w hucie załatwił wcześniej, więc po Magnitce i po powrocie z odwiedzin w Polsce przepracował w innym Kołchozie całe pięć tygodni. Tym razem był to potężny kombinat nad Dnieprem mający w swych strukturach spore gospodarstwo rybne. Tu otworzył się przed Jurkiem nowy, nieznany świat. Całe dnie mógł spędzać w łodzi na szerokich rozlewiskach, zastawiać, doglądać sieci i pracować przy połowie. Poznał też fascynującą krainę licznych zakoli, półmartwych zatoczek, szuwarów, wśród których rojno było od wszelkiego ptactwa. Najbardziej cieszył się z odkrycia rodziny pelikanów.
Nastał bardzo ciepły październik.
Któregoś dnia wpadła mu w oko młodziutka studentka, z tegorocznego narybku.
Widział ją potem jeszcze parę razy.
Początkowo nie zdawał sobie sprawy, że zaczyna coraz częściej o niej myśleć.
Pod koniec miesiąca zobaczył ją w niedzielę na mieście. Siedział w kawiarni i jadł lody, a ona wysiadała z koleżankami z trolejbusu. Miała na sobie leciutką sukienkę w kwiatki i sandałki, włosy upięte z tyłu głowy. Nie wiedział, że nie trafia łyżeczką do czarki lecz do filiżanki z kawą, patrzył i patrzył. Serce biło tak mocno.
Tego wieczora nie mógł zasnąć.
Co w niej takiego jest, że mnie tak pociąga, myślał.
Jest ładna i zgrabna, ale przecież nie ona jedna.
Wiem, to się dzieje kiedy tak patrzy.
Właśnie. Kiedy patrzy.
Ale jak patrzy?
Ma cudowne oczy, takie subtelne, delikatne. Cały świat w nich widać.
Cała jej uroda jest delikatna...
- Co, nie śpisz, dziewczyny ci się marzą? – zapytał Sasza, który dawno już spał, tak się przynajmniej Jurkowi wydawało – Nie ty jeden ją zauważyłeś bracie.
- Kogo niby?
- Tanię, tę nową, z pierwszego roku matmy.
- Jaką znów Tanię? – żachnął się Jurek.
- Nie udawaj, widzieliśmy jak na nią dziś patrzyłeś.
- Ja, ja, gut dupa – wtrącił niespodziewanie Kurt i przewrócił się na drugi bok wlepiając oczy w Jurka.
- To ty też nie śpisz cholero? Jak możesz tak o niej mówić?!
- Kurt ma rację, niezła z niej dupa – kontynuował wątek Sasza – ale ona nie dla ciebie. Ona dla nikogo chyba. Niedostępna jest. Chłopaki z matematycznego próbowali wiele razy i nic. Inni też. Nie chce gadać, taka wyniosła. Śpij.
Jurek jednak nie spał. Zdrzemnął się dopiero nad ranem, a w tym krótkim płytkim śnie widział Tanię w jej leciutkiej sukience i sandałkach, jak upina włosy.
Myśl o Tani powracała co jakiś czas, właściwie powracała coraz częściej.
Jurek złapał się na tym, że mimowolnie nasłuchiwał wszelkich wieści o niej.
Biegał teraz jeszcze intensywniej, próbował zapomnieć tę dziewczynę, ale jak zapomnieć kiedy spotykał ją co krok w różnych miejscach. Doszło do tego, że dziwnie zmienił trasę treningową i nie biegł teraz nad Dniepr, w polną drogę i dalej wzdłuż poligonu, lecz kierował swe kroki w stronę winnicy i silosów po to tylko, by móc w obie strony przebiec przed akademikiem wydziału matematycznego.
Pewnego razu biegł i biegł, coraz szybciej. Był już za spichlerzami, na rżyskach. Przed oczami cały czas miał Tanię. Wtem przypomniała mu się jedna z jego ulubionych melodii. Biegł, a jego umysł nucił ją sobie. Przystanął. Mam, to jest to: Antonio Carlos Jobim, Stan Getz i Astrud Gilberto z jej kapitalnym dziewczęcym głosem – Tall and tender, young and lovely… nie do wiary – Wysoka i delikatna, młoda i śliczna, idzie sobie dziewczyna z Ipanemy, a kiedy przechodzi, a kiedy przechodzi, słychać… ach!
To jest to, to moja Girl from Ipanema.
Zaczął regularnie niedosypiać. Prawie co noc słuchał głosu rozumu, że to Rosjanka, inna kultura, inny świat, zapewne nawet nie wierzy w Boga, jakże więc poważnie myśleć o niej. Jednocześnie słuchał też głosu serca, które coraz natarczywiej mówiło, popatrz w te oczy, czy to nie wystarczy? Idź, idź, zatop się w nich.
To jakiś obłęd, pomyślał, muszę coś przedsięwziąć. Tak dalej się nie da.
Postanowił ruszyć na całego.
Skrupulatnie obmyślił plan działania: na drodze bacznych obserwacji ustalił, że we wtorek, podczas kiedy zaczyna się jego okienko, Tania je obiad w stołówce.
Z duszą na ramieniu wybiegł z uczelni. Czekał teraz na nią przed schodami stołówki.
Jest. Wychodzi.
- Dzień dobry – z trudem wydusił to z siebie. Nie wiedział dlaczego nie powiedział cześć tylko dzień dobry. Samo mu się tak powiedziało, widocznie przez szacunek jakim ja darzył.
- Cześć - odpowiedziała Tania tak ślicznie jak jeszcze nikt na świecie nie powiedział – to ty. Masz takie ładne oczy i patrzysz na mnie inaczej niż inni. Ty patrzysz tak jakoś pięknie. Z tobą się umówię do kina albo do teatru, wymyśl coś, a teraz muszę iść – uśmiechnęła się i podbiegła do koleżanek – wiesz gdzie mieszkam, prawda, pokój 713, na czwartym piętrze - znikła za zakrętem.
Nogi ugięły się pod Jurkiem.
Krew uderzyła do głowy.
Nie wiedział co zrobić ze szczęścia – płakać, krzyczeć żeby cały świat usłyszał?
Toż to niebo zwaliło się pod nogi.
Stał jak zaczarowany. Nie mógł zrobić kroku.
Ruszył w końcu, ale tego dnia nie wrócił na zajęcia. Położył się na łóżku i przeleżał tak bez ruchu do wieczora.
Następnego dnia zaczął studiować programy kin i teatrów w mieście. Filmy jakie grali były beznadziejne, ale w najbliższą niedzielę w teatrze miał się odbyć gościnny występ moskiewskiego baletu - Sergiej Prokofiew: Romeo i Julia.
Nie spał. Nie jadł. Odczekał do rana i wyszedł przed akademik matematyczny. Nic go nie obchodzili ci wszyscy ludzie, którzy przyglądali mu się dziwnie, znacząco czy wręcz drwiąco. Nie chciał iść do pokoju Tani, nie teraz, to byłoby jak świętokradztwo.
Wyszła, uśmiechnęła się cudownie i przyjęła zaproszenie. Uciekł z dwóch ostatnich godzin laboratorium i rwał do miasta. Kasa była jeszcze otwarta, ale bilety dawno już wyprzedane. Poczuł silne pulsowanie w skroniach, bardziej niż wówczas kiedy dwa lata temu przyjechał tu i otworzył drzwi akademika. Po chwili opanował się i uprzytomnił sobie, że przecież jest w Sajuzie, tej zaczarowanej krainie, która rządzi się swoimi prawami. Poprosił tylko kasjerkę by poczekała dziesięć minut i załatwił bilety, znakomite miejsca, do tego studenckie, ulgowe, za śmieszne pieniądze plus flakonik perfum i ćwiartkę spirytusu.
Teraz nie mógł się doczekać niedzielnego popołudnia.
Znajdował się w nieznanym dotąd stanie, w miłosnej jakiejś malignie. Kochał kolegów, dziekana, konduktora, każdego napotkanego człowieka rad by wyściskać i podzielić się swoim szczęściem.
Co wieczór kiedy się modlił, gorąco dziękował Panu Bogu za tę nieoczekiwaną radość jaka mu się przytrafiła i prosił o błogosławieństwo na dalsze kroki w tej subtelnej sprawie. Owszem, dziewczyny podobały mu się od zawsze i nawet parę razy miewał jakieś tam swoje sympatie, ale tak zakochanym, tak nieprzytomnie kochającym był po raz pierwszy w życiu. To, że Tania była najładniejsza, najcudowniejsza i najmilsza w świecie, nie podlegało odtąd żadnej dyskusji. Odnosił wręcz wrażenie, że tak jak on kocha, nie kochał dotąd nikt.
Jest wreszcie upragniona niedziela.
Jak dotrwać do popołudnia?
Tania prosiła żeby przyszedł wcześniej.
Tania. Ocean, kosmos, wszystko. Nic nie ważne.
Najpiękniejsze imię.
Tania...
Czternasta. Nie wytrzyma dłużej. Włożył wyjściową koszulę, marynarkę i krawat, eleganckie półbuty. Poszedł. Raz po raz nerwowo sprawdzał czy zabrał bilety.
Nigdy jeszcze nie był w tym akademiku. Zagaduje strażniczkę w wartowni:
- Dzień dobry, ja do Tani z 713, umówiony jestem... można? – serce zaczyna przyspieszać.
- A ty kto, narzeczony? Legitymację zostaw.
Teraz biegiem na czwarte.
Etażna sama wychodzi z kanciapy:
- Do Tani, a? Idź, już czeka, Jest sama, koleżanki poszły – mrugnęła znacząco.
Odnalazł pokój, podwójny. Podchodzi i wyłuskuje wśród sześciu imion to jedno jedyne. Czyta i oczom nie wierzy: Tania Lebiedienko.
Zakręciło mu się w głowie. Panie Boże, westchnął i poczuł, że cały drętwieje.
Zapukał w końcu do drzwi.
- Proszę, otwarte.
- Cześć – ledwie wykrztusił z przejęcia.
- Cześć, dobrze, że jesteś wcześniej. Nie ma koleżanek... usiądź w drugim pokoju, a ja przebiorę się tylko w nową sukienkę i za chwilę cię zawołam, zobaczysz czy ładna.
Cały spięty usiadł na pierwszym z brzegu łóżku. Podekscytowanie osiągało zenit. Nie mógł myśleć. Z trudem przełykał ślinę.
- Chodź, gotowe, słychać z drugiej części pokoju.
Wszedł do środka...
Tania leży na łóżku cała goła, z ramionami pod głową, kiwa nóżką i mówi:
- I jak, ładnie? Teraz chodź tu i rób ze mną co zechcesz.
Wstrząs.
Grom z jasnego nieba.
Serce stanęło Jurkowi. Przerażone oczy patrzyły w nicość, w gardle zrobiło się tak gorzko... skulił się tylko, z żalem i osłupieniem popatrzył w jej oczy i wyszeptał: - Taniu, Taniu.
Wybiegł czym prędzej i pognał w dół na złamanie karku. Wypadł z akademika na świeże powietrze. Potknął się i boleśnie zwymiotował.
Ruszył dalej, byle dalej przed siebie. Biegł na oślep starą trasą w stronę poligonu. Marynarka piła go w biegu, wyjściowe buty uciskały, jednak biegł zapamiętale. Nie zauważył nawet kiedy zrobiło się ciemno. Przystanął, zawrócił. Szedł pomału i głośno mówił:
- Panie Boże, jak to możliwe, jak to możliwe... moja dziewczyna z Ipanemy, moja dziewczyna z Ipanemy... Tania... jak to... dlaczego? Panie Boże, dlaczego?
Wrócił do domu po dziewiątej, zupełnie zmaltretowany. Sasza czekał na niego w pokoju gotowy wysłuchać wspaniałej opowieści.
- I jak, w porządku? – zaczął Sasza – czego nic nie gadasz, Jura, ty zawsze taki rozmowny.
- Szkoda gadać.
- Znaczy jak, w teatrze byli?
- Nie byli.
- To jak? Dała? Aa, nie dała.
- Nie dała.
- Głupia cipa.
- Głupia cipa – powtórzył Jurek tonem skazańca i zawył.
- Niczewo stary, chodź, trzeba napić się – Sasza objął przyjaciela i łzy napłynęły mu do oczu.

+ + +

wtorek, 9 czerwca 2009

Piękni kierowcy

Bardzo lubiejąc mięszać, prowokować i wkładać kij w mrowisko, opowiem teraz o trzech wesołych zdarzeniach i niech sobie myśli coktochce, niech on sobie w umyśle swoim dopowiada, niech nawet aagólnia, złości się na mnie – wolno mu taką nadinterpretację zastosować, a ja tylko przewrotnie informuję co miało miejsce.

Jadę ciemnym popołudniem krętą boczną drogą w stronę Zielonej Góry. Gdzie się da wyprzedzam, a gdzie nie, tam nie, bo droga raczej niebezpieczna. W końcu dochodzę do sytuacji, kiedy wyprzedzenie choćby tylko następnego pojazdu nie ma więcej sensu, ponieważ kiedy zakręty na chwilę rozwiną się w prostą, widzę, że przed pojazdem poprzedzającym, jak daleko wzrokiem sięgnąć jedzie długachny sznur pojazdów, więc grzecznie jadę za moim poprzedzającym aż dotrzemy do szerszego szlaku komunikacyjnego czy też może aż dotrzemy do celu podróży, cokolwiek nastąpi wcześniej.
Jedzie sobie przede mną stara Mazda 323 kororu czerwonego i nic bym do jej kierowcy nie miał, gdyby on wyłączył tylne światła przeciwmgielne. Mgły nie ma, jest ciemno i po deszczu, więc przeraźliwie czerwone światła walą w moje gały i męczą mnie. Mrugam człowiekowi długimi raz i drugi, na przemian pokazuję mu, jak otwieram i zamykam dłoń, ale ten spokojny widać kierowca nie potrzebuje patrzeć w lusterka, których ma trzy, ponieważ on ignoruje zasięjadącego, a uważa tylko przedsięjadących. Za mną sunie biały blaszak Iveco i jego kierowca uśmiecha się tylko. O, machnął nawet ręką. Nie dogadamy się, myślę, trzeba dać spokój. Machnąłem ręką i ja, a że oczy aż bolą, trudno, widać taki los.
Nagle zdarza się niesamowita okazja: oto zamykają przejazd kolejowy. Zaciągam ręczny, podchodzę do kierującego Mazdą i delikatnie stukam obrączką w szybę drzwi.
Kierujący rozmawia przez telefon, nie patrzy na mnie. Otwieram drzwi Mazdy.
- O co panu chodzi? – kierujący się zapyta.
- Przepraszam, ale przez cały czas jedzie pani na przeciwmgielnych światłach, a to razi w oczy.
- Co pan powie? Tak? Możliwe. Acha, to dlatego tu mi się świeci taka dziwna kontrolka, no…
- To może wyłączymy te światła?
- Hm, tylko gdzie ten wyłącznik.
Ostatnie wagony pociągu swoim stukotem zdają się gadać śpiesz-się-fa-cet, śpiesz-się-fa-cet. Już otwierają przejazd. Robi się nerwowo.
Człowiek w białym Iveco chichocze jak diabli.
W końcu udaje mi się namierzyć właściwą gałkę i wyłączyć nikomu niepotrzebne światła.

Wychodzimy z odwiedzin córki naszej Joanny i kierujemy się na parking przed katedrą, gdzie zaparkowałem autobus. Podchodzimy, a małżonka moja kochana zwraca mi uwagę, że na parkingu coś się dzieje. To na oko dwunastoletni Suzuki Swift kororu granatowego wykonuje krótkie ruchy posuwisto zwrotne zupełnie jakby chciał albo zaparkować albo wyjechać; chciał, a nie mógł.
Zanim podszedłem do samochodu, Suzuki stanął, jego silnik zgasł, a kierujący wali prosto na mnie:
- Przepraszam, może mnie pan wyprowadzić, bo stanęłam dobrze, a teraz ktoś obok tak ciasno zaparkował i nie mogę wyjechać?
Obszedłem w koło rzeczone Suzuki i patrzę na samochody zaparkowane obok. Mój autobus o półtora metra z lewej od Suzuki: świeżych zadrapań na lakierze nie ma; z prawej srebrny Passat, prawie styka się z Suzuki – zostało mniej niż 3cm - zadrapań jeszcze nie ma, ale zaraz chyba powinny się pojawić. Jakby tak ruszyć na wstecznym nawet na wprost, tylko żwawiej, Suzuki zakołysze się na krawężniku i poprawki lakiernicze gwarantowane.
- Chce pani wyjechać? To będzie ciężko.
- Właśnie, bo co próbuję, to ten Volkswagen się do mnie przybliża i już nie wiem co robić, a może pan…?
Biorę kluczyki, odpalam Suzuki, prostuję koła, poczym zlany potem, najdelikatniej jak umiem, cofam, a w tym czasie moja kochana Małgosia patrzy czy coś nie nadjeżdża od strony Kurii. Wyprowadzam kuper Suzuki na ulicę i zataczam maksymalnie, przez co uzyskawszy pół metra odstępu od Passata, wjeżdżam w zatoczkę, zaciągam ręczny i przekazuję kierowcy kluczyki do „jerzyka”.
- Dziękuję, udało się, widzi pan, a mnie się nie chciało udać.

Podjeżdżamy pod supermarket w sensie okresowego nabycia partii podstawowych artykułów żywieniowych. Małgosia z Zosią idą do sklepu, a ja ze złotówką walę po wózek. Wsuwam monetę w szczelinę, odpinam koszyk na kółkach i raźno wytaczam go. Tuż obok szerokim łukiem i na dość znacznej prędkości jak na takie zatłoczone i pojazdami i ludźmi miejsce, podjeżdża dostojny Rover 750i kororu beżowy perła, zatrzymując się okrakiem na pasie umownie oddzielającym dwa stanowiska do parkowania. Czekam aż kierujący wychynie, a kiedy się to dokonuje, powiadam:
- Teraz już nikt obok nie zaparkuje.
- No tak - uśmiecha się nonszalancko i cokolwiek kokieteryjnie niedawny kierujący Roverem – ale parking taki duży...
Stoję jeszcze chwilę w nadziei, że beztroski kierowca wycofa jednak pojazd i zaparkuje go bardziej po chrześcijańsku. Gdzie tam, zamknął drzwi i truchcikiem podążył do sklepu.
Dziwnie spotykam kierowcę Rovera przy kosmetykach – spogląda na mnie. Widzę go przy napojach – uśmiecha się. Nakoniec przy chłodniach z nabiałem niemal wpadamy na siebie:
- No kurczę, bo widzi pan, nie pomyślałam, po prostu nie pomyślałam.

niedziela, 7 czerwca 2009

Zagubiony

Mamy piękny czas: niedziela Trójcy Świętej, zamknięcie okresu wielkanocnego, lubilejusz obrad okragłego stołu, zbiórka na Świątynię Opatrzności Bożej, nakoniec wybory do erłoparlamentu.

Nieważne co mi kto zarzuci, niepodobna choć w paru zdaniach, nie skomentować takiego nagromadzenia faktów i chociażby że do puszki na budowę Świątyni Opatrzności Bożej wrzuciłem parę groszy, że ponieważ obietnicy należy dotrzymać, to żeby była pełna jasność.

Z zamknięciem okresu wielkanocnego powraca normalność i będzie mi na godzinę 06:45 brakowało porannych czytań z Dziejów apostolskich jak też fragmentów ewangelii wg Świętego Jana. Nie wiem co dalej z paleniem paschału – tej ostatniej prawdziwej świecy wykonanej jak Pan Bóg przykazał, z wosku, w którym zatopiony jest knot ze sznurka i który jeden zadaje kłam żałosnej reszcie niby-świec, temu szatańskiemu wynalazkU w postaci plastikowych tub, w które wpuszcza się słojorurki wypełnione cuchnącą naftą.

Podobno dawno temu, ten, który jako pierwszy zbudował taśmę montażową, a więc Henry Ford, udał się do Ojca Świętego. (Pamiętamy, że mowa o czasach przedsoborowych.) Dostał się ten zdolny przedsiębiorca na prywatną audiencję do papieża i pyta w jakiej wysokości musiałby złożyć datek, żeby jego nazwisko znalazło się w modlitwie.
To wykluczone, odpowie papież.
Ile, milion dolarów, dwa miliony?
To niemożliwe, to niemożliwe, powtarzał papież.
Ford wyszedł i pomyślał, ciekawe ile przekazał Fiat, że wymieniamy go w Ojcze nasz.
Wierzyć niewierzyć.
Jakkolwiek proszę mnie nie pytać dlaczego dziś, w tak uroczystym dniu i to akurat w dniu wyborów do erłoparlamentu śpiewają w kościołach, że „Pan umiłował prawo i sprawiedliwość”. Lud wierny nie słyszy czy ksiądz śpiewa przez małe pierwsze litery czy czasem nie przez duże on śpiewa, stąd do mózgu tego ludu zaczyna przebijać się pewnik, żeby tylko, aksjomat, ba, dogmat przecież, bo go ksiądz dobrodziej śpiewają, że oto Pan Bóg umiłował sobie Prawo i Sprawiedliwość.

Są pewne dziedziny, gdzie działa wiedza tajemna. Wiedza ta znana jest tylko w tak zwanych pewnych kręgach i one, te kręgi, nie walczą jak niegdyś kapłani starożytnego Egiptu, by ich wiedza nie przedostała się na zewnątrz. Nie. Oni są samym posiadaniem tej wiedzy dumni i to im wystarcza.
Baczny obserwator rejestruje różne przejawy wiedzy tajemnej jak chociażby:
1/ Popatrzmy, na mszy gdzie będąc, że wszyscy podczas modlitwy stoją równo i jednolicie. Wszyscy, ale nie wtajemniczeni, bowiem w niektórych momentach nagle jednocześnie zgina się brzuch farorza, zgina się toczek pingwina, zgina się pożyczka tercjarza i opada bujna fryzura ministranta. Na co ona się ta wymieniona zgina? Na to, że w trakcie modlitwy, mówionej czy śpiewanej, padło imię Jezus.
2/ Posłuchajmy jak radio gra, a w radiu na Trójce weźmy śpiewa powiedzmy Kazik i on głosem bziałym, całym gardłem chrypi: „dwanaściE groszy w zEmbach ci przynoszE...”. Kazik śpiewa tak jak my wszyscy mówimy, więc on nie sili się na przesadne artykułowanie głoski Ę, bo wie, że to śmieszne.
Jeżeli jednak przerzucić radio na program drugi, tam pani Teresa Żylis-Gara śpiewa subtelnie wyuczonym głosem emisyjnym: „tYIn zYIgar staryi od stu lat...”
Kto nie wierzy niech się wsłucha i przekona, że śpiewacy operowi wiedzą lepiej, ale nie to co farorze, pingwiny, tercjarze; oni wiedzą, że ani mówzić ani śpiewać głoski „E” nie przystoi ludziom, bowiem eee beczą przecież „koźlęta i skopy”.
3/ Spróbujmy dania, co w restauracjach figuruje zwykle w wykazie zakąsekprzekąsek, więc wątróbki pysznie uduszonej czy drobiowej czy wieprzowej, jak jest rozkosznie krucha. Dobry kucharz wie, że wątróbkę należy solić dopiero po usmażeniu/uduszeniu, inaczej stwardnieje, czego początkującym smakoszem będąc, nie wiedziałem.

Kochani, począwszy od mojej najukochańszej Małgosi, przekonujecie mnie o potrzebie konieczności pójścia do urn wyborczych, argumenty wytaczając, że to obowiązek, że niepójście to oddanie głosu na przeciwnika...
To jak ja mam pójść głosować, kiedy wszystkie partie polityczne to moi przeciwnicy?!
Patrzę dziś na okładkę Gościa niedzielnego, a z niej bije na mnie wielkie hasło „Praktykuję, więc głosuję”.
Nie, panie Gościu niedzielnU, tym razem nie głosuję ani na tusków ani na pisiorów ani na nikogo, niezależnie od tego kogo bałwochwali Gazeta Wybiórcza, kogo wpuszcza na antenę Wiadro Maryja czy kogo umiłował sobie Pan.
Nie chcę, jak to ostatnie razy bywało i nie będę głosować przeciwko.Chciałbym posiąść jakąś nową, uniwersalną tajemną wiedzę społeczno-polityczną, która pozwoliłaby mi zagłosować nie wbrew własnemu sumieniu, a tymcasem pójdę sobie rano przed mszą cichutko uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem, lecz nie będę się kiwał na mszy; dalej będzie mnie śmieszyło śpiewacze YI w miejsce E i pozostanę zagubiony niczym GENESIS: The Chamber Of Twenty Four Doors + Carpet Crawl, ale póki co wątróbki sobie nie posolę zanim się fest poddusi.

środa, 13 maja 2009

Poszkodowany poszkodowana czyli o tym, że dużo prościej będzie kiedy uwzględnimy sugestie współmałżonka

Na majowy pierwszy piątek zaplanowaliśmy sobie małą wycieczkę. W celu usprawnienia porządku wyjątkowo nie poszliśmy do kościółka nogami, lecz podjechaliśmy autobusem. Kiedyśmy wrócili pod dom, zapytała mnie moja kochana żoneczka czemu nie wjadę do ogródka, przecież byłoby bezpieczniej. Na tę chwilę co zjemy śniadanie i spakujemy się, nie warto manewrować, skwitowałem.
Po śniadaniu zasadniczym, zgodnie ze świętym porządkiem dnia wolnego od pracy, wypiliśmy w dużym pokoju rytualną kawęherbatę, poczym ja odpaliłem laptoka aby wpuścić w bloga zalegle zdjęcia, a małżonka moja powróciła do kuchni, by przygotować śniadanie drugie, na drogę.
Po niedługiej chwili dał się słyszeć dźwięczny głos Małgosi, pytającej który to zderzak mam do wymiany, bo jeżeli tylny, to właśnie sąsiadka mi w nim siedzi.
W laciach będąc wyrwałem z chałupy i lecę za sąsiadką, a w biegu Małgosia opowiada mi jak to coś mocno dupnęło i autobus się zatrząsł… sąsiadka wysiadła ze swojej „Alfy”, popatrzyła co zrobiła i wsiadła z powrotem.
Jestem już za bramą, macham, krzyczę, próbuję ją zatrzymać. Bezskutecznie – sąsiadka zerknęła tylko i odjechała.
Moje zdziwione zaskoczenie i zdenerwowanie trwało dobre pięć minut. Nie mogłem sobie tej sytuacji wytłumaczyć. Kiedy nieco ochłonąłem, zebrałem myśli. To nie mój samochód, tylko służbowy, pomyślałem, więc jeżeli tak zostawię sprawę, a przyjdzie mi kupić stłuczoną lampę czy robić coś ze zderzakiem, muszę wykluczyć zarówno możliwe przypuszczenia jak też konsekwencje finansowe takich działań. Nie mogę czekać aż sąsiadka wróci, bo mam ogólne rozeznanie w poziomie kultury tych ludzi – wykpi się ze wszystkiego. Jedyną podstawą do dalszego postępowania jest protokół policyjny, zdecydowałem.
Dzwonię na komisariat i relacjonuję co zaszło. Zaraz ktoś tam przyjedzie, oznajmił w słuchawce urzędowy głos.
Wiadomo było, że wyjazd na wycieczkę opóźni siebie, a do tego jeszcze z każdą chwilą robiłem się bardziej nerwowy. Dokuczało mi też sumienie w związku z zawezwaniem organów ścigania, ale cóż było robić. Spryskiwałem wodą pigwowce i kiedy minęło pół godziny i nic, a później, kiedy minęło 45 minut i dalej nic, chciałem ponownie zadzwonić na komisariat czy ktoś tam aby nie zasłabł i nie potrzebuje pomocy. Ślubna aspakajała mnie jak mogła i prosiła bym czekał.
Wyszedłem przed dom, chodzę tam i nazad, wyglądam czy nie jadą.
Po około godzinie od wezwania pojawił się radiowóz mknący naszą ulicą,
ale „kierujący” tym pojazdem przeszedł dalej. Pomyślałem sobie, ależ znają topografię swojej dzielnicy. Postanowiłem czekać aż będą wracali. Po paru minutach srebrna KIA Ceed z granatowym pasem jechała z powrotem, ale widzę, że nagle zaczęła skręcać w poprzeczną ulicę. Podbiegłem i kiwam na nich. Ten obok co siedział jako pasażer, zrozumiał język gestów i przekazał właściwy sygnał temu za kierownicą, bo widzę, że podjeżdżają.
Pokazuję im gdzie stanąć, lecz to oni są władzą, więc stają tam gdzie oni chcą, przez co rozjeżdżają ślady bieżnika opon „Alfy” kończące się tuż przy moim autobusie.
Popatrzyli po sobie, wychodzą, salutują i pytają:
- A z sąsiadką to pan pewnie żyje jak pies z kotem co? Bo jak pan teraz zgłosi tę sprawę, to dopiero będzie wojna.
- Nie, proszę pana, sąsiadka jest mi obojętna i nie wzywałbym was gdyby to był mój samochód, a nie służbowy i gdyby ona nie uciekła.
Wysłuchali co mam do powiedzenia, wysłuchali małżonki co słyszała i widziała.
Stale upierali się przy dwóch sprawach:
- czy na pewno w „Alfie” siedziała sama tylko kierująca,
- no niestety, ale to nie jest droga publiczna.
Rzecz jasna, jako zamięszany w kradzież roweru, musiałem okazać wszelkie dokumenty tożsamości moje, samochodu, ubezpieczenia i co ino.
Po chwili jeden z mundurowych odszukał i sprowadził na dół konkubenta sąsiadki, a drugi odczytał mi co zapisał w oparciu o moje informacje, dał mi podpisać i powiada:
- Proszę pana, to nie jest droga publiczna, a w samochodzie, który uderzył w pana samochód, nawet jeżeli tak było jak pan mówi, znajdowała się tylko jedna osoba, więc tu po pierwsze nie działają przepisy Prawa Drogowego, a po drugie nie zaistniało narażenie na utratę zdrowia czy życia osób, stąd to, cośmy spisali, to nie raport tylko notatka.
- I co dalej– pytam.
- Jakby tu panu powiedzieć… hm… nie, my pana powiadomimy, ale w praktyce - tu rozejrzał się wokoło – w praktyce to taka notatka będzie u nas oceniana i raczej nie doczeka się dalszego biegu, to znaczy my nie będziemy sprawcy skarżyć, bo nie możemy.
- To co ja mam robić.
- Może pan skarżyć tą panią z powództwa cywilnoprawnego.

Pojechali.
Stoję teraz i patrzę na urzędowy dokument jaki dostałem od policji, a nazywa się on POUCZENIE POKRZYWDZONEGO O UPRAWNIENIACH I OBOWIĄZKACH W POSTEPOWANIU W SPRAWACH O WYKROCZENIA.
Dwa pierwsze punkty są znamienne i dużo mówią, więc przytoczę je tu.
1/ „Pokrzywdzonym jest ten, czyje dobro prawne zostało bezpośrednio naruszone lub zagrożone przez wykroczenie (art. 25 § 1 k.p.w).”
2/ „W razie śmierci pokrzywdzonego prawa, które by mu przysługiwały mogą wykonywać osoby najbliższe (art. 49 § 3 k.p.w).”
Czytam i zaczynam się zastanawiać nad następującymi sprawami:
1/ Jaka jest definicja dobra prawnego?
2/ Co to znaczy wykonywanie prawa?
3/ Czy nie lepiej aby rzeczywiście poszkodowane prawo wzięło i umarło?


Wczoraj wracam z pracy, siadam do obiadu, a rodzina mówi mnie, że napisała do mnie policja. Otwieram, patrzę i czytam co widzę, a co widzę, to skanuję i na blogu zapodaję (po usunięciu zbędnych danych).
CYTAT

Na podstawie art. 54 § 2 Kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia zawiadamiam, że przeprowadzone czynności wyjaśniające nie dostarczyły podstaw do skierowania wniosku o ukaranie do Sądu Rejonowego w sprawie zdarzenia drogowego zaistniałego w dniu …. ok. godz. … w … na ul. … (droga gruntowa dojazdowa do posesji)
przeciwko: ————, w której Pan jest pokrzywdzonym, z uwagi na: czyn nie zawiera znamion wykroczenia.

UZASADNIENIE:
W dniu …. funkcjonariusze WRD KMP w … zostali poinformowani o zdarzeniu drogowym zaistniałym w dniu …. ok. godz. … w … ul. … (droga gruntowa dojazdowa do posesji) podczas, którego kierująca samochodem osobowym marki … o nr rej. … podczas wykonywania manewru cofania najechała na zaparkowany samochód marki … doprowadzając do jego uszkodzenia a następnie odjechała z miejsca zdarzenia.
W trakcie prowadzonych czynności wyjaśniających ustalono osobę kierującą samochodem marki … nr rej. … podczas powyższego zdarzenia drogowego.
Ponadto ustalono, ze do powyższego zdarzenia drogowego doszło poza drogą publiczną na drodze gruntowej będącą odrębną własnością prywatną.
Powyższe zdarzenie drogowe rozpatrywane jest w oparciu art. 98 kw. Jednakże dla bytu zaistniałego wykroczenia konieczne jest spowodowanie zagrożenia bezpieczeństwa dla innych osób (co najmniej dwóch) przez prowadzącego pojazd. Podczas przedmiotowego zdarzenia zagrożenie takie nie nastąpiło.
W wyżej opisywanej sytuacji nie znajdują również zastosowania przepisy art. 124 §1 k.w, którego strona podmiotowa wymaga umyślności działania sprawcy.
Zdarzenie to ma charakter deliktu cywilno prawnego podlegającego rozpatrzeniu jedynie w oparciu o uregulowania dotyczące czynów niedozwolonych (art. 413, 436 Kodeksu Cywilnego) oraz zgodnie z dyspozycją art. 34 ust 1i2 Ustawy o Ubezpieczeniach Obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczeń Dz.U. 03.124.1152 z dnia 22.05.2003r. W tym stanie rzeczy postanowiono jak w sentencji.
POUCZENIE:
Jednocześnie informuję, że zgodnie z treścią art. 27 § 2 kpw. przysługuje Panu prawo do samodzielnego wniesienia wniosku o ukaranie jako oskarżycielowi posiłkowemu

KONIEC CYTATU

Obecnie poszkodowany, parafrazując pikanterię obecnej demokracji przejawiającej się, jak się jemu wydaje, w walce aparatu sprawiedliwości prowadzonej wespół ze sprawcą przeciwko poszkodowanemu, mocno się zastanawia co by to było gdyby on na przykład znajdował się na strychu czy w piwnicy, a w tym czasie jakiś zdegenerowany bandyta włamał się do mieszkania, zgwałcił i zabił żonę.
Czy zorientowawszy się w sytuacji małżonek, gdyby zastał jeszcze sprawcę powinien:
A/ Wezwać policję?
Daremne, bo incydent dokonał się poza drogą publiczną oraz ucierpiała tylko jedna osoba, więc to tylko drobne wykroczenie i policja nie będzie wnosiła o ukaranie sprawcy.
B/ Skutecznie zatrzymać bandytę na drodze jego okaleczenia, nie mówiąc już o ukatrupieniu gnoja w afekcie?
Niebezpieczne, ponieważ bandzior wniesie o okaleczenie go, a jeżeli on już jest martwy, poszkodowany mąż pójdzie na długie lata siedzieć za zabójstwo przechodnia, który przecież tylko wszedł do jego domu, bo zachciało mu się pić.

Kochani, żarty na bok, ale ze wszech miar unikajmy poszkodowań!

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Nowe czasy

Jest taka stara wiejska zagadka: Jaki był pierwszy pług?
Ludzie im bardziej wykształceni, a oczytani tym bardziej nie potrafią odpowiedzieć, gdy tymczasem odpowiedź jest śmiesznie prosta: pierwszy pług był NOWY.

Cóż to zatem za nowe czasy niby idą?
Ano idą idą (co więcej, one już są) i zaraz się o tym będzie mówiło.

Cały schyłek ubiegłego wieku charakteryzowałem troiście, a obrazowo poprzez:
- telewizor,
- samochody,
- plastikowe torby na zakupy.

Czasy dzisiejsze określę jednym hasłem: zeświecczenie.
Nie ma miejsca na Boga w naszym życiu ani służbowym ani prywatnym.
Bezduszne są już nie tylko banki i urzędy, ale coraz więcej firm, zupełnie jak gdyby tam wszędzie pracowały maszyny, automaty jakieś, nie ludzie.
Co zatem ludzie?
Ludzie muszą dostać nowe bóstwo, bożyszcze, którym wypełnią swoje życie, któremu będą składać hołd i gorąco je wyznawać, jako że natura ludzka jest ręką Bożą od pradziejów uczyniona jako religijna.
Nowa religia, nowa wiara, nowe bóstwo to przede wszystkim być wciąż młodym, pięknym i bogatym. Każdy wręcz MUSI być młody, piękny i bogaty.
Są kosmetyki, operacje plastyczne, kredyty w banku za to nie ma chorób, nieszczęść, starości. Ba, nie ma nawet, a może przede wszystkim śmierci.
Nie ma?
Ładnych parę lat temu jednorazowy i w rezultacie niedoszły klient węgierski powiedział mi: słuchaj, jeżeli kogoś nie ma w internecie, to znaczy, że go nie ma.

Otwarłem sobie internet. Moją stroną startową w wyszukiwarce, jak u wielu ludzi na całym świecie, są czy też jest, Google. Otwieram i miast napisu firmowego wyobrażają mi się dziwne kolorowe kropki i kreski. Ki czort, myślę sobie, czy to jaki analfabet Braille,a czy jak? Najeżdżam myszą, a tu pojawia się łapka, z której rozwija się chmurka powiadamiająca mnie, że dziś jest rocznica urodzin pana Samuela Morsa.
Przeżywałem i cierpiałem bzdurne anonse na Googlach typu dzień ziemi, święto konia, rocznica wypuszczenia pierwszego bączka w towarzystwie… Czekałem czy pojawi się choćby mały obrazek na Wielkanoc, nasze największe święto. Nie pojawił się. Żadne okolicznościowe obrazki czy wzmianki nie pojawiały się, o ile pamiętam, czy to z racji świąt żydowskich czy muzułmańskich. Prędko, jako że jestem, jak wiadomo, wyznawcą teorii spiskowej dziejów, która przecież działa tak samo obiektywnie jak prawa fizyki, postanowiłem sprawdzić jaki jest układ sił na planecie Ziemia. Nie, bynajmniej nie jakiś Armagedon, ale po to, aby mieć pojęcie o wyobrażeniu.
Jeśliby zatem ktoś, zalany natłokiem informacji o kosmetykach, kredytach, wczasach na południowych wyspach czy może informacji o wojnach, klęskach, stopach procentowych, nie miał rozeznania kaj my to som, wyjaśniam jak przedstawiają się dziś stany osobowe przynależności mieszkańców naszej planety do konkretnych grup religijnych, zakładając całkowite zaludnienie w liczbie 6,4mld dusz:
1/ Chrześcijanie: 2,1mld = 33%,
2/ Mahometanie: 1,5mld = 21%,
3/ Świeccy materialiści: 1,1mld = 16%,
4/ Hinduiści: 900mln = 14%,

Judaiści: 14mln = 0,02%.

Ponieważ ostatnio miałem poważne kłopoty z odgadnięciem prostego rebusu otrzymanego od bratniej duszy, wyjaśniam powyższy wykaz dla tych, którzy nie rozumieją procentów.
Wyznawców religii świecko-materialistycznej (to ci, którzy modlą się do kosmetyków, samochodów, procentów bankowych…) jest na naszej mniej niż ćwierć wszystkich ludzi. (Swoją drogą ich udział stale rośnie.)
Jakim zatem prawem ta grupa ludzi tak nachalnie narzuca nam swój światopogląd i styl życia? Prawem takim najprawdopodobniej, że nie napotyka znaczącego oporu ze strony wyznawców pozostałych religii.

Oj tęskno niejednemu do starych czasów kiedy wszystko miało ręce i nogi.
Ludzie dojrzewali, pobierali się, mieli dzieci, żyli i umierali w rodzinie.
Co się dziś porobiło?
Kiedym niedawno zapoznał jedną duszę, a pech chciał, że była to atrakcyjna kobieta, kiedy pisałem do niej list (elektroniczny oczywiście), syn mój rodzony oznajmił w głos tak, by słyszeli wszyscy „ Matka, ojciec ma nową narzeczoną”.
Po mniej więcej tygodniu od tego epizodu nastała wczorajsza niedziela. Po powrocie z porannej mszy św, Zosia pobiegła piętro wyżej, na „najlepszą w świecie jajecznicę”, którą potrafi usmażyć tylko dziadek Stasiek, Marysia czymś się na chwilę zajęła, Grześ poszedł jak zwykle do bazyliki na 9:30 i nieoczekiwanie śniadanie zaczęliśmy spożywać sami we dwójkę z małżonką. Powiada nagle ta mądra i kochana kobieta, wracając do sprawy, o której prawie już zapomniałem: Nie dziw się Grzesiowi, że tak wtedy wypalił z tą narzeczoną, ale od czasów szkoły średniej do teraz, poza dwoma przypadkami, wszyscy jego koledzy pochodzą z rozbitych rodzin! Koniec cytatu.

Kiedyś człowiek miał czas na pracę, a po niej przychodził czas dla rodziny i na wypoczynek.
Dziś świeccy materialiści ukradli czas i to w dużej mierze przez zgodę na zainstalowanie w naszych domach telewizora, a teraz także internetu. Nie ma dawnego wysiadywania wieczorami przed domem, nie ma rozhoworów z sąsiadami ani ludzkich odwiedzin, nie ma wspólnych zabaw rodzinnych. Jest za to czasem jeszcze rodzinne, oglądanie telewizora i coraz częstsze, samotne, surfowanie po internecie.

Przeszkodę jakąś miał Grześ i jego koledzy w minione sobote (u nas były to porządki domowe), że nie mogli się spotkać w knajpie przy piwie. Skoro nie wypalił plan A, a każdy znich miał przecież pragniączkę, szybko wpadli więc na pomysł jak zrealizowac plan B: to każdy z nich odpalił internet i siadł na Gadu-gadu popijając piwko. Każdy zrobił sobie zdjęcie nad puszką piwa i wpuścił je w sieć. Jeden z kolegów scalił te pięć zdjęć czy sześć, czy pięć, w całość i rozesłał do pozostałych uczestników.
Proszę państwa, to na naszych oczach rodzi się wirtualna biesiada.

Czy trzeba więcej dowodów na to, że to nie nowe czasy?

niedziela, 29 marca 2009

Krystyna Prońko

Kiedy delegacją jadę sobie drogą krajową i z myśli wyższych wracam do poziomu ludzkiego, po pewnym czasie włączam sobie radio. Ponieważ jednak zwykle w radiu nie ma nic, po chwili wkładam którąś z moich ulubionych płytek. Znam je wszystkie na wylot, ba, wiem która płyta będzie następna. Wiem nawet jaka piosenka będzie następna. Kiedy jadę już za długo i niewiele się dzieje, zaczynam głupieć, co jest naturalne chyba w takich okolicznościach, a zwłaszcza gnębi mię ta przypadłość w korku. Mój autobus zamienia się wtedy w małe karaoke: cedeczko leci, a wespół z nim ja podśpiewuję sobie. Śpiewam Knopflera, najbardziej lubię wtórować King Singersom; jest wszakże jedna płyta, której nie daję rady. To moja własna składanka Krystyny Prońko. Wybija mnie z rytmu. Po pierwsze, że ona lubi śpiewać raz w tempie, a za chwilę między frazami, przy czym przeciąga, oj przeciąga. Nakoniec ja nie jestem w stanie pokryć skali jej głosu: mój zachrypły po kilku próbach falset wysiada.
Klasycznym tego przykładem niech będzie choćby piosenka Małe tęsknoty.

Siedzimy sobie czas jakiś temu z kolegą moim zaprzyjaźnionym, po którymś z kolei piwie, bo i pogoda sprzyja i pora dnia jest dla błogosławionego rytuału letniej konsumpcji chłodnego piwa, jak najbardziej odpowiednia.
Pyta mnie naraz Krzysiek czy mi nie brakuje wielkiego świata, tych dalekich podróży, odwiedzania ciekawych stron.
- Nie, odpowiadam prędko zgodnie z prawdą, nie brakuje mi. W nowej pracy jest równie ciekawie, ponieważ poznaję nowych ludzi, zawieram ciekawe znajomości, a to dla mnie zdajesię najcenniejsze.
Niedawno przypomniałem sobie tę rozmowę najprawdopodobniej dlatego, że już pięć tygodni postu za nami, a ja mam coraz większego smaka na łyk piwa. Przypuszczalnie jeszcze dwie-trzy noce i zamiast pięknych kobiet przyśni mi się zroszona flaszka zielonego Lecha.
Patrzcie, brakuje mi butelki piwa.
W Związku Radzieckim człowiek, który tak bardzo tęskni do napojów, nazywa się dźwięcznie ALKASZ.

Będzie miesiąc temu pisze do mnie Siostra Agnes i pyta jaką la lubię kaweherbate.
Od tego czasu męczy mnie pragnienie napicia się dobrej herbaty.
Jest w Karachi piękny bazar z czasów kolonialnych, z murem z żółtego kamienia, zamknięty w czworobok, z bramami-wieżami i zegarem.
Jeżeli wejść bramą główną, wschodnią, najlepiej iść w lewo, przejść przez jatkę i dalej wzdłuż straganów z chilli, curry i wszelkiej maści przyprawami, o których nie mamy nawet zielonego pojęcia. Tuż przed murem południowym bez trudu odnajdziemy stoiska z herbatą.
Są tu więc znakomite, markowe herbaty konfekcjonowane znanych angielskich firm jak Brooke Bond, Lipton, Pickwick...
Spośród herbat każdej marki znajdziemy gatunków z pięć, prawdziwych czarnych rzecz jasna, nie mówiąc o herbacie zielonej, smakowej...
Jest herbata w małych paczuszkach, większych i dużych; jest w puszkach okrągłych, sześciennych, w walczakach płaskich a szerokich jak tort.
Asortyment wszelaki od czubków młodych listków poprzez liściaste, drobne, aż do najdrobniejszych...
Wszystko Made in India, wyprodukowane pod surowym nadzorem i z poszanowaniem tradycji, zanim jeszcze ktokolwiek myślał o największym zakłamaniu naszych czasów – systemie zarządzania bylejakością zgodnym z ISO.
Obok, pod brezentowym okapem siedzą sprzedawcy herbaty luzem i ten mały zakątek to prawdziwy herbaciany raj. Na stołach wyłożone są w dużych eksykatorach najlepsze herbaty zielone – chińskie, tajskie i choroba wie skąd jeszcze, a czarne indyjskie, cejlońskie i kenijskie...
Z tyłu za stołami ta sama herbata w dużych worach.
...
Herbaty przywoziłem sporo. Parę razy nawet pani celnik (ciekawość, że zawsze była to kobieta), trafiając na minimum 4kg herbaty w mojej walizce dręczyła mnie jak jakiego przestępcę karno-dewizowego.
Tę właśnie najprzedniejszą herbatę piliśmy sobie w domu delektując się nieosiągalną do dziś w Polsce orgią smaków i aromatów.
Trochę herbaty rozdawałem wśród rodziny i kolegów z biura. Dziś wiem, że czasem było to rzucanie pereł między wieprze.

Tęsknię do dobrej, prawdziwej herbaty. Pomału zaczynam mieć dosyć tego chłamu, którym karmi nas przepotężna rzesza sprzedawców.

niedziela, 22 marca 2009

Wielki post trwa

Co po rusku pięknie brzmi, że on pradałżajetsa.
W rzeczy samej długi jest post, aże sześć tygodni.
Tyle widać potrzeba aby zastanowić siebie, przemyśleć niejedno.
Nie będą to wszakże „zamyślenia wielkopostne” wspaniałego kaznodziei X.bp. Józefa Zawitkowskiego bynajmniej.
Co kurna pisać kiedy niema pomysła?
I jak pisać, żeby nie za sucho mimo postu.
Jednakowóż po dziś otrzymanym kopniaku od Ilonki (dziękuję), siadam do laptoka i takie przedstawiam rozmyślania co i o klęsce wywalczonej i o zwycięstwie poniesionym będzie, może bez składu, ale jak zawsze w tej witrynie, „szczyrze i ućciwie” (cóś mię ostatnio cudzysłów do gustu przypadł, no... bardzo).
Ponieważ w przypowieściach ich nauczał, a poza przypowieściami nic im nie mówił, przypowieściami niejako będą poszczególne rozdziały.
...
Przypowieść pierwszy
Kryzys już jest i siecze jak diabli. Wbrew nauce Kościoła o społecznej roli pracy (tu kłania się jakże dziś cynicznie brzmiący, refren z kabaretowej piosenki czasu schyłku komuny „albowiem ona była w rękach obszarników i wyzyskiwaczy”), pracodawcy raczej nie patrzą dalej własnego brzucha – tu, na marginesie, odsyłam do Szewców, Witkacego.
Pracodawca numer jeden co zamówień ma tyle, że opędzić się żadną miarą nie może, wiele z nich realizuje w kooperacji z innymi, a wybiera tylko rodzynki, kiedy powzięła wiadomość o mającym nadejść kryzysie, natentychmiast poczynił stosowne kroki.
Co zrobził?
Wszystkich swoich pracowników (oprócz skończonej ich liczby), zwolnił, poczym połowę z nich zatrudnił na pół etatu, a z drugą połową podpisał umowę o dzieło.
Po wdrożeniu tych działań powiadomił mnie, że on na kryzys jest już przygotowany.
Podczas następnej mojej u niego wizyty, dowiedziałem się, że istnieje pewna obawa, że w okolicach maja/czerwca zamówień będzie mniej, ale on (ponownie), już się na wszelką ewentualność przygotowuje. Tym razem pracodawca konsekwentnie wyprowadza majątek z firmy, zamierza zmniejszyć obroty, bo na co się męczyć kiedy mamy kryzys, a jak będzie się zapowiadało, że coś „dupnie”, on zwalnia załogę, wykupuje miesięczne wczasy dookoła świata i smoli to wszystko. Panie, co mnie ludzie obchodzą, zakończył wynurzenie.
Pracodawca druga tyleco powróciła z zimowiska w Austrii i wskutek zmniejszenia obrotów, „była zmuszona” do zwolnienia 1/3 stanu osobowego swojej załogi. Jednocześnie, ponieważ jego małżowince popsiuło się radio w kuchni, którego lubiła słuchać (zupełnie jak u nas), zakupił cyfrowego satelitę, kino domowe do kuchni i malutką plazmę 26 cali, żeby się jej nie nudziło kiedy pije kawę.
...
Przypowieść drugi
Mistrzu, ile razy mamy przebaczać, zapyta któryś z Apostołów, czy aż siedem razy?
Nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem, Mistrz na to odpowie.
Tak, to znamy z Pisma.
I ja to znam i Wy i oni.
Więc ja już byłem taki mądry i święty, że, za Szwejkiem, „aż chciało mnie rozerwać z tej miłości do najjaśniejszego pana”.
Przez cały tydzień miałem za kierownicą masę paskudnych przypadków nagłego zajechania mi drogi przez innych użytkowników dróg krajowych i gminnych.
Ile razy w ciągu dnia powtarzam NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE?
A z drugiej strony, CZY NIE W TYGLU DOŚWIADCZA SIĘ SREBRO I ZŁOTO?
Siedemdziesiąt sześć razy powtarzałem sobie, że ten co mi tak uczynił, to też człowiek. Może nie zauważył, może się zamyślił, może nie chciał...
Było git.
Było do zeszłego piątku kiedyśmy ze Zbigim pojechali w delegację do Końskich.
Na jakie 15km przed celem podróży, na niewidocznym prawym łuku, dziarsko ruszył z pobocza zielony blaszak VW rocznik może 1975, z kabiną w połowie zamarzniętą, w połowie zaparowaną, prychając bladoniebiesko z zimnego silnika, czym zmusił mnie do ostrego hamowania.
Nie wytrzymałem tej próby.
Wychyliłem się i widząc, że za łukiem jest pusto, delikatnie wyprzedziłem bohatera, poczym złośliwie zwolniłem do 30km/h. Dla niego sytuacja była beznadziejna: podwójna ciągła, szkoła i ograniczenie do 40, z przeciwka sznur pojazdów.
Zbigi powiada: Jak masz coś do niego, zatrzymaj go, wyciągnij z auta i spuść mu wpierdól, ale tak mu nie rób.
...
Przypowieść trzeci i ostatni
Przypowieść ten dowiedzie, za znakomitym pisarzem francuskim, panem Antoine Marie Roger de Saint-Exupéry iż, jakkolwiek człowiek jest zdolny do osiągnięcia wielkości, a ja powiem, może odnieść choćby niepozorne zwycięstwo, nawet w małej rzeczy. Ba, wykaże ten fragment jak przedziwnie przewrotną i niełatwą w jednoznacznej ocenie jest ludzka dusza.
Oto więc ta pierwsza pracodawca, kiedym u niej był i szukając jakiegoś dokumentu nibyto przypadkiem wyjąłem na stół deklarację uczestnictwa we franciszkańskim programie edukacyjnym NADZIEJA, porwała formularz, a upewniając się, że to nie ojciec dyrektor tylko Franciszkanie z Krakowa pomagają dzieciom w Kamerunie, bez namysłu zawezwał sekretarkę, kazał jej na miejscu druk wypełnić, wyjął z kieszeni gotówkę i posłał dziewczynę na pocztę coby wpłaciła środki.
Pracodawca druga, kiedy zwalniała część załogi, nie spała kilka nocy i biła się z myślami kogo zwolnić, a kogo zatrzymać. Zwolniła na przykład studenta, który mieszkał z dostatecznie majętnymi rodzicami, zwolniła też człowieka, którego szwagier ma nieźle prosperującą firmę budowlanną. Zostawił w firmie pracowników będących w największej potrzebie. Tu kłania się opinia Ojca Marka, Przeora Dominikanów z Gidel, że ta pracodawca wybierała nie najmniejsze zło, lecz wybierała największe dobro.
Niczym bybył ten artykuł bez właściwego zakończenia, a ponieważ jesteśmy ludźmi dojrzałymi i nie boimy siebie narracji o sprawach swoich, w pierwszej osobie, winien jestem podzielenie się z czytaczami drobniutką radością jaką wyniosłem z tego wielkiego postu.
Mój dziadek ze strony taty nauczył mnie właściwego rozumienia kwestii niemieckiej.
Nikt mi zatem nie powie, że hasła takie jak:
NUR FUR DEUTSCHE
GOTT MIT UNS
ARBEIT MACHT FREI
są wytworem jakiejś bliżej niezidentyfikowanej nacji „NAZISTÓW”.
Wiem dobrze co one znaczą i wiem jakiego narodu to język. Bynajmniej nie nazistowskiego.
To właśnie poprawne rozumienie faktów (w nosie mam poprawność polityczną), było mi przeszkodą od dłuższego czasu, a mianowicie od czasu wyboru B16 na stolicę Piotrową.
Kiedy co dzień odmawiałem sobie Anioł Pański duchem wraz z Janem Pawłem 2gim, cały się cieszyłem. Czułem moc tej modlitwy.
Teraz nie mogłem.
Jak tu do licha ciężkiego modlić się za Miemca? Rozsądek podpowiadał, że to namiestnik Pana Jezusa etc. etc., jednak serce nie pozwalało. Anioł Pański stał się moją pańszczyzną, wręcz bełkotaniem na odpiernicz się.
Było mi z tym doprawdy ciężko.
Aż tu niespodziewanie przypomniała mi się prośba Jana Pawła by modlić się za niego za życia i po śmierci.
Tak jak przy zapisywaniu do PZPR potrzebny był wprowadzający, a najlepiej dwóch, niejako człowiek-pomost, tak jak na wielu rynkach nim cię ktoś uznany nie przedstawi nowemu klientowi, nie poleci, nie zrobisz z nim interesu, tak ja zacząłem kombinować, że przecież teraz mogę odmawiać Anioł Pański jednakowo za Papę Wojtyłę i zarówno za B16.
Udało się!
...
Zapomnijmy żeśmy się odgryźli temu co zajechał drogę, popatrzmy gdzie możemy się leciutko wznieść.
Życzę wszystkim aby jednego małego zwycięstwa.

niedziela, 1 marca 2009

Jacy jesteśmy

Do trzech łatwo zliczyć, trzy bez trudu można wyróżnić i zapamiętać, dyć trzy to jeszcze nie tak dużo.
Wiedział Nauczyciel z Galilei, że nic tak nie zapada w pamięci jak przypowieści.
Niech więc trzy przypowieści się wraz roztoczą.

Coraz więcej polskich rodzin boleśnie dotyka pogłębiający się kryzys gospodarczy.
Rozmawiam z człowiekiem, który tyleco dostał od swojego pracodawcy jednoznaczne wypowiedzenie. Dziś jeszcze człowiek ten stoi materialnie lepiej ode mnie, jednak skoro kiedyś już mu pomogłem, nagle przypomniał sobie o mnie. Wydało mi się to dziwne, ponieważ parę lat temu uczyłem go skromności i łagodności, jednak z daru serca nie skorzystał. Teraz okazało się, że przyszedł po to by mi wykraść tajniki mojej sztuki, a swojego postępowania dotąd nie zmienił. Widocznie to moja twarz jest tak głupia, że biorą mnie za większego idiotę niż jestem.
NIE OKRADAJMY LUDZI!

Człowiek drugi, bardzo bliska mi dusza, też stracił pracę. Co mogliśmy, dzięki staraniom mojej ukochanej małżonki, próbowaliśmy, ale na razie nie udaje się. Dzwonię do niego w piątek i pytam co słychać: właściciel zamknął firmę i rozpuścił wszystkich na cztery wiatry, nawet tych, którzy przynosili spory zysk, ponieważ globalnie przestało mu się opłacać prowadzenie firmy (czytaj za mało zarabiał jak na swój stan posiadania). Mówię mu, że materialnie niewiele mogę pomóc, ale modlimy się i inni też się modlą. W odpowiedzi słyszę: to guzik da.
NIE WĄTPMY W SIŁĘ MODLITWY!

Podczas wizyty służbowej u Tadzia dostrzegłem wizytówkę Jasia i pytam czy ma z nim kontakt, bo od lat o nim nie słyszałem. To ty nie wiesz, odpowiada, Jasiu umiera na nowotwór i chyba to jego ostatnie tygodnie, muszę tam zadzwonić.
(Jasiu był współwłaścicielem firmy, której pomogłem w trudnym dla niej okresie, a mimo to on i jego wspólnik, okradli mnie.)
Nazajutrz wpadam do Tadzia i pytam co u Jasia.
- Co może być, umiera - odpowiada Tadziu.
- Dzwoniłeś, może można w czymś pomóc?
- Nic nie pomożesz, nie dzwoniłem, bo nawet nie wypada, facet umiera i już.
- To co, trzeba się modlić?
- Po co? Za papieża też my się modlili i co?
Tadziu jest starszy ode mnie i trochę głupio byłoby mu teraz wyjawiać, że kiedy umierał Papa Wojtyła, nie o przedłużenie gasnącego życia ziemskiego modliliśmy się.
SĄ RZECZY WAŻNIEJSZE NIŻ WYZDROWIENIE CZY ZACHOWANIE ŻYCIA!

Co jeszcze przyniesie Wielki Post?

niedziela, 15 lutego 2009

Garść przemyśleń na koniec zimy

Świadectwo dwóch jest prawdziwe. Tyle Stary Testament. A oto tu jest coś więcej niż dwóch... ponieważ od szóstego lutego przychodzi szpaczek. Siada na naszej jabłonce i zajada tłustą karmę, którą mu zostawia na oknie dziadek Stasiek.
Mniej więcej tydzień po pojawieniu się szpaczka, wyszedł na wewnętrzną ścianę garażu, sporej wielkości pająk i mieszka tam sobie. Jak zatem widać, wielu z nich jeszcze żyje, niektórzy zaś pomarli, gdyż w zeszły poniedziałek, na autostradzie A4 w okolicach Pola Legnickiego, gdzie zginął w walce z Tatarami syn Świętej Jadwigi Śląskiej, Henryk Pobożny, spotkałem pierwszego w tym roku przejechanego jeża.
Te oto trzy fakty przedstawiam, by mimo niespodziewanego powrotu zimowej aury, uzmysłowić ogółu czytającemu, iż wiosna idzie, tak więc rychło ona nastąpić musi.

Wraz z mającym się wkrótce dokonać przełomem lutegomarca myśl niedawno mię naszła zgoła odkrywcza, iż wszystkie dziewczyny, które mi się podobały i którym gotowy byłem swego czasu oddać moje serce, dziwnie one pochodzą spod znaku jakże biblijnej potrawy czyliwięc ryby. I co, nie wierzyć w mowę symboli?

Porobiło się nieciekawie i sam nie wiem czy bardziej nas obecna dekoniunktura nie dotknie, czy jedyny żywiciel wesołej czeladki nie daj Boże nie będzie znów szukał pomocy u bezradnych przyjaciół. Jakkolwiek nie wolno się bać; trzeba tylko rzetelnie pracować i modlić się.

Panie, naucz nas się modlić.
Wziąłem sobie na głowę różne intencje, a widzę, że z wolna dochodzą nowe.
Są dni kiedy znajdę czas, jednak są takie dni jak wczoraj, kiedy dla pana Boga i dla moich przyjaciół czasu nie było. Dziesiątki różnorakich zajęć, jakże ciekawych lecz jakże przyziemnych...
Będzie mniej więcej jaki miesiąc temu zacząłem się zastanawiać jaka jest wartość i jaki sens mojej modlitwy.
Wszak Ojciec mój niebieski dobrze wie czego trzeba mnie i tym za których Go męczę, zanim o cokolwiek poproszę.
Refleksja pierwsza: gdyby się zastanowić ile w mojej modlitwie dziękczynienia w stosunku do żądania, czy nie zrobi się troszku głupio.
Sprawa druga, też statystyczna: co dominuje w prośbach? Widać miażdżącą przewagę troski o zdrowie i pomyślność, a zatem o powodzenie w życiu doczesnym - znów sprawy przyziemne zupełnie zdominowały ducha.
Co jest do licha ciężkiego najważniejsze? Przecież ani zdrowie ani pomyślność!
...
Idzie wielki post.
Trzeba koniecznie wygospodarować trochę czasu, by po raz kolejny przewartościować nasz świat wartości.

środa, 4 lutego 2009

Dla spostrzegawczych

Był rok 1987.
Jak co roku w LISTOPADZIE, ambasada Związku Radzieckiego w Islamabadzie wydała przyjęcie dla przedstawicieli placówek dyplomatycznych krajów Współnoty Sockomunistycznej jak też tych państw, których należało, z okazji święta rewolucji PAŹDZIERNIKOWEJ.
Towarzysze radzieccy, o bliskim nam przecież rodowodzie, spośród przebywających w pobliżu Słowian zaprosili także będących niekoniecznie dyplomatami lecz zarówno wysłanymi przez państwowy monopol handlu zagranicznego – wszelakie CeHaZety.
Przyszedł więc na uroczysty bankiet młody delegat powiedzmy centrali Półserwis.
Tymcasem od paru lat w imperium radzieckim następowały zmiany.
Umarł wieloletni sekretarz generalny z przestrzelonym podniebieniem, odszedł szef KGB – Andropow, jak i Czernienko.
Nastał długo oczekiwany, ucywilizowany Gorbi.
O ile Jaruzel chciał subtelnie przeobrazić Polskę, gwałtem wprowadzając stan wojenny, o tyle Gorbi podjął śmiałe działania biurokratyczne zmierzające do radykalnej przebudowy państwa, (po rusku pieriestrojka).
Jednym z doniosłych aktów prawnych pieriestrojki było wprowadzenie jednolitego i powszechnego zakazu palenia tytoniu w urzędach, biurach, miejscach pracy i wszystkich miejscach publicznych.
Nie mówmy o Niemcach czy innych karnych z natury nacjach, lecz nawet Rosjanie, chcąc nie chcąc, posłusznie zastosowali się do wytycznych dokumentu wagi państwowej. Polacy naturalnie mają wszystkie przepisy w wielkim poważaniu.
Nic zatem dziwnego, że młodzieniec Półserwis nonszalancko wyjął papierosa na wzmiankowanym bankiecie w ambasadzie radzieckiej, poczym ostentacyjnie jął go zapalać.
Po chwili podszedł do młodzieńca starszy mężczyzna, Rosjanin i powiada mu per ty (zupełnie jak w USA):
(Nie mamy dziś jerów, nie mamy miękkichtwardych znaków, jednak zapodam dialog w wersji fonetycznej.)
- Izwini tawariszcz, zdjes nielzja kurit.
- A pacziemu nielzja?
- Patamu szto nie nada.
- Tiebia możiet byt i nie nada, a mienia nada.
- A, to intieresna, a kakaja raznica mieżdu taboj a mnoj, a?
- A takaja, szto ty niekuriaszczij, a ja kuriaszczij.
Nazajutrz rano miejscowy ambasador PRL otrzymał notę z MSZtu w Warszawie, piętnującą nieobyczajny incydent jaki miał miejsce na terenie obcej placówki dyplomatycznej, czego niedopuszczalnym przejawem była obraza ambasadora ZSRR przez przedstawiciela polskiej centrali handlu zagranicznego.
Żeby oddać sprawiedliwość, należy się dopowiedzieć, iż akurat ambasador ruski, który to był właśnie podszedł do młokosa z Półserwisu, bynajmniej nie był obrażalski, tylko uśmiechnął się do palącego i poprosił go o wyjście do ogrodu na czas składania ofiary niszczącemu go nałogowi.
Na kanwie powyższej opowieści przedstawiam dwa zdjęcia: niby te same, a jednak nie. I teraz ja, jak ten ruski ambasador, zapytam:
Kakaja raznica mieżdu etimi kartinkami, a?
Dla wyeliminowania pokusy taniego cwaniactwa, usunąłem dane EXIF.
Uczyć bawiąc i bawić ucząc – w szkole tego nie znajdziecie, tylko u mnie.
Tymcasem!

środa, 21 stycznia 2009

Słów kilka o wstydliwym rozwoju

Ależ intrygujący tytuł, bo cóż mogłoby być wstydliwego w rozwoju czy wręcz on samż mógłby. Wszak rozwój, że użyję wulgaryzmów, jest GIT, DO PRZODU i TRENDY.
Czy będzie to gabinet dyrekcyjny w zakładzie pracy uspołecznionym, przykładnie socjalistycznym czy dla przeciwieństwa na wskroś kapitalistycznym, prawie zawsze znajdziemy tam wyłącznie powodem do dumy będące wykresy konsekwentnie postępującego wzrostu produkcji globalnej czy jednostkowej jak też wzrostu sprzedaży i przyrostu zysku netto/brutto.
Zasadniczo każdy rozwój cieszy, czy to nowa inwestycja, czy zakup samochodu, wersalki czy ładnego garnituru nawet.
Jakąż radość sprawia nam i nam dobrze życzącym, rozwój rodzimy.
Kiedy małżonka jest w stanie błogosławionym, już pięknie, a kiedy urodzi dzidziusia, to dopiero szczęście.
Dzidziuś rośnie, rozwija się i uszczęśliwia ludzi dokoła.
Załóżmy, że dzidziuś jest chłopcem i on ładnie dojrzewa, staje się sympatycznym młodzieńcem aż przychodzi na niego czas, że rozkwita, podobnie jak dziewczyny rozkwitają, ale dziś wyjątkowo mówimy o facetach.
Coraz bardziej cieszą się i cieszą faceci kiedy się żenią, kiedy rodzą im się dzieci. Jest to jednak, o czym szerzej niezadługo, apogeum radosnego rozwoju.
Na potwierdzenie tej tezy przypomnę tu jedną z lekcji religii w czwartej klasie liceum, na której dowiedziałem się od Ojca Kryspina jakie jest szczegółowe fizjologiczne stanowisko Matki Kościoła w sprawie przejścia na tamte strone. Otóż proszę ja kogo, jeżeli wierzyć wzmiankowanemu, przy zmartwychwstaniu mamy być na powrót przyobleczeni w ciało pochodzące z etapu rozwoju w okolicy naszych lat trzydziestu, ponieważ, tu uwaga, przyjmuje się (kto i jaka komisja, na mocy jakiej bulli czy edyktu?), że wtedy ciało ludzkie jest najpiękniejsze.
(W żaden sposób nie da się uciec od zagadnienia człowieczej cielesności.)
Każdy dalszy etap rozwoju ponad wiek lat trzydziestu, czterdziestu czy jaktam, będzie odtąd rozwojem nie dumnym lecz wstydliwym.
Koleżanka, z którą dzielimy pokój w godzinach biurowych, oznajmiła odkrywczo, że faceci też przechodzą klimakterium.
Po polsku oznaczać by to miało przekwitanie zdajesię.
Tak więc po wielce pouczającej teorii o prześladującym podobno całe zastępy facetów, kryzysie wieku średniego, przyszła kolej na przekwitanie.
Zapytana o objawy, rzeczona odrzekła, iż „w tym właśnie wieku” (tu ukłon w moją stronę), mężczyźni:
a/ zaczynają tyć: potwierdzam – tyję każdej zimy, a z wiosną chudnę,
b/ intensywnie jeżdżą na rowerze: tak, robię to od piątej klasy podstawówki,
c/ łysieją: to bolesna prawda i niewiele bym sobie z tego faktu robił, tylko coraz mi zimniej w głowę.
W związku z podpunktem (c), zaczesywowują się oni z jednego ucha na drugie, co ją śmieszy.
Nic się nie mówiło, więc sam podjąłem jeszcze jeden wątek i niech na me zawołanie on podpunktem (d) się stanie, czyliwięc:
d/ faceci siwieją.
Punkty (c) i (d) stanowią swoiste kuriozum.
Łysa śpiewaczka to dramat, więc kiedy zauważę perukę na damskiej głowie, pokornie przyznaję, że jest mi przykro. Cóż jednak powiedzieć na bujne czupryny Szmajdzińskiego Jerzego, Balcerowicza Leszka… śmiech na sali.
Analogiczna żałość ujmuje kiedy popatrzeć na naszych brunetów, by pozostać w rodzimym kręgu, znakomitych naszych aktorów scenicznych i filmowych (bez nazwisk, lecz i tak wiemy o kogo chodzi).
Co ciekawe, siwiejący faceci farbują się dwustopniowo: wpierw przeraźliwie, następnie łagodniej nieco. Kiedy bowiem przychodzi etap intensywnego siwienia, nadają swemu owłosieniu głowowemu kruczo czarny poblask, co w zetknięciu z naturalnie raczej bladą cerą mieszkańców kraju o średniorocznym niedoborze światła słonecznego, aż bije w oczy rażącą dysharmonią. Teraz, nie wiedzieć czy im delikatnie zwróciły uwagę ich żony, córki czy kochanki niedajBoże, czy może sami przyszli do lustrażdym razie zaczynają się orientować, że jakkolwiek przegięli pałę. Tak się spostrzegłszy będą tonować odcień i dożywotnie decydują się na łagodniejszy jakiś, bywa kasztan, bywa ciemny blond.
Proceder koloratury męskiej siwizny i maskowania glacy ponad miarę odchudzania siebie, zatacza coraz szersze kręgi.
Czy tak głupi są faceci, że poddali się bezwolnie telewizoru i przeróżnym debilnym periodykom co to im wmawiają, że oni muszą być piękni, szczupli i młodzi bruneci, że nie ma starości?
O co do licha chodzi?
Ciekawość, że z tytułu rozmaitych okazji składamy sobie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności, jednak nie życzymy rozumu, który jakże by się nam wszystkim przydał…
Nie wstydźmy się naszego wieku.
Śmiało, śmielej niż pederaści w swych pochodach, odsłońmy łysinę zatokową a choćby po sam kark sięgającą, zostawmy w spokoju kobietom właściwe lakiery i szampony koloryzujące. Wszak, na przekór głupocie ogarniającej świat, wraz z wiekiem bynajmniej nie przestajemy się rozwijać, zdobywamy doświadczenie, mądrość oraz przybliżamy się do spotkania z wiecznością.
Jeden mój klient, pan Zenek, co to był pierwotnie ryszawy, z wiekiem naturalnie posiwiał i wszystko było dobrze, do czasu. Zajeżdżam ja jednak kiedyś do niego i zastaję go granatowym brunetem tak intensywnym, że koledzy jego i koleżanki śmiejąc się wskazują na niego znacząco.
Spotykam Zenka zeszłym tygodniem i wymieniamy uściski (już stonował barwnik i dopuszcza seksowne elementy siwizny). Począł mnie niespodziewanie Zenek narzekać, że robota nie ma końca: co dzień kierat od rana do nocy, nawet w soboty.
-To dobrze - mówię jemu, i chwalić Boga, że są zamówienia, jest robota, bo najgorzej jak człowiek nie ma zajęcia.
-Tak, a dlaczego? - Zenek się zapyta.
-Bo dlatego, że jak się człowiek zaczyna nudzić, przychodzą mu do głowy różne głupie myśli, a jak ma zajęcie, to przynajmniej nie grzeszy.
-No właśnie, nie grzeszy, nie idź pan jeszcze, bo tu jest ciekawa sprawa. No bo weźmy takie szóste przykazanie. I jak to Kościół chce, żeby tylko ze swoją ślubną?
Panie, przecież tak się nie da. Oni sami wiedzą, że to niedorzeczne, bo jak to, tyle kobit panie i co? No pokaż mi pan takiego co to tylko ze ślubną.
-U nas tak jest i nie tylko u nas. Mogę wskazać wielu znajomych co też tylko ze ślubną, a takich jest dużo więcej, ich jest naprawdę większość panie Zenku.
-Szkoda, że musi pan już iść – posmutniał Zenek.
-Szkoda, dowidzenia.
Chyba mówiła też Ania podpunkt (e), że przekwitający faceci zaczynają się oglądać za obcymi kobietami.
Panowie, głupiejemy, widać to gołym okiem, więc miast się wstydzić naszego rozwoju życzmy sobie nawzajem dużo rozumu!