- Więc powiada pan, że kontuzja się odnowiła, bo spędził pan całe trzy dni i prawie dwie noce przy komputerze? Panie, czy pan jest rozsądny, w pana wieku? I jeszcze te papierosy?
- Papierosy nie szkodzą na kręgi szyjne, a zresztą pan też pali, panie doktorze.
- Tak proszę pana, ale ja palę świadomie, ze świadomością medyczną, bo ja jestem lekarz. W porządku, puls i ciśnienie dobre, rentgen nie wykazuje zmian, przepisuję panu serię zastrzyków Ketonal i Nospę na rozluźnienie. Daję panu skierowanie do neurologa i niech pan pamięta żeby koniecznie wziąć parę masaży, bo zdaje się ma pan swojego masażystę, tak?
- Mam, już się umówiłem.
- To dobrze, a neurolog akurat ma dziś dyżur w pokoju obok, niech pana przebada, może zaleci tomograf albo rezonans, to bardzo doświadczony lekarz.
No, to tyle, do widzenia.
- Dziękuję, do widzenia.
...
- Doktor Remigiusz Rosnowski Specjalista Psycholog i Psychiatra, dziwne, nic, pukamy... (puk, puk).
- Wejść! – rozległ się stanowczy, niemal wojskowy okrzyk.
Za biurkiem pod oknem siedział nieduży łysy człowieczek w białym kitlu. Wokół uszu sterczały mu zabawnie najeżone resztki gęstych siwych włosów, które w połączeniu z malutkimi okrągłymi okularami sprawiały, że twarz jego do złudzenia przypominała ślepowrona.
- Dzień dobry – przywitał Leszek specjalistę.
Doktor popatrzył na przybysza sponad okularów.
- Siadać – zaordynował.
- Bo ja, panie doktorze...
- Nazwisko!
- Patalas.
- Jak?!
- Patalas.
- Przesylabizować!
- Pa-ta-las – Leszek uśmiechnął się – panie doktorze, to jakiś żart...
- Ja tu nieprawda zadaję pytania, ja badam i leczę; pan odpowiada i pomaga, od-po-wia-co?-da, tak, odpowiada. Pa-ta-las, genialne.
To teraz od jak dawna tak panu kark wykręciło co? Od początku proszę, wszystko dokładnie po kolei nieprawda.
- Wziąłem pięć dni urlopu, teraz, od tego poniedziałku...
- Tak tak, naturalnie, rozumiem, i to z urlopu tak pogięło co? Bardzo ciekawe, genialne. Noo, proszę pana...
- Wziąłem urlop żeby wykonać duże zlecenie...
- Zawód?!
- Inżynier mechanik, projektant.
- Pro-jek-tant, genialne. Tak i co dalej?
- No więc siedziałem trzy dni i dwie noce przy komputerze nad dokumentacją wykonawczą, bo to dobrze płatna robota, dla firmy z Niemiec, wie pan.
- Przy kom-pu-te-rze, inżynier, genialnie, nie tak szybko, bo za-pi-su-co?-jemy, tak, zapisujemy. I co nieprawda?
- I przeciążyłem kark, bo non stop pochylony nad papierami i klawiaturą.
- Dobrze, a teraz pan szanowny pozwoli, przebadamy pana nieco. Proszę schylić głowę, wyprostować, schylić, wyprostować... Boli?
- Boli.
- Jak uciskam, boli?
- Tak.
- Gdzie boli, konkretnie nieprawda?
- Cała szyja...
- Kark proszę pana, szyja jest z przodu, z tyłu mamy kark.
- Cała szyja boli panie doktorze...
- Moment, zapiszemy dys-ku-co?-tant, dyskutant nieprawda. Dobrze, a gdzie jeszcze boli?
- Ból promieniuje dokoła, w dół, w cały kręgosłup...
- A głowa?
- Boli, też troszkę boli, uciska.
- Zaraz, już piszemy: gło-wa boli i u-ci-ska. A ta głowa, to od dawna pana boli? Czy ma pan stałe bóle głowy, czy widzi ich pan czasem, czy może słyszy ich głosy?
- Panie, co pan, głowa boli mnie od karku, chyba nie chce pan sugerować że jestem...
- To się okaże mój panie, to się wkrótce okaże nieprawda... a kiedy czuł pan, że boli, czy może kiedy czuł pan zmęczenie, robił pan jakieś ćwiczenia, no coś takiego co oderwałoby pański umysł od wytężonego wysiłku?
- Jasne, prosiłem żonę, parzyła mi kawę, a potem wychodziłem na przerwę na balkon, zapalić papierosa.
- Jasne, papierosa nieprawda, a potem, po papierosku, bo przecież każdą kawę należy wysikać, czy nie przyszła panu ochota żeby... powiedzmy... no... sikać z balkonu?
- Panie, co pan? Jestem dorosłym człowiekiem, jak mógłbym sikać z balkonu?!
- Do-ro-co?-słym, tak, dorosłym. Ale w przeszłości sikało się nieprawda?
- Nie pamiętam jeżeli mam być szczery, a jeżeli nawet... zresztą wszyscy chłopcy na podwórku sikali z balkonu.
- Si-ka-li z bal-ko-nu, nic, zapisane... genialnie. A czy nie przychodziła panu myśl żeby powiedzmy wystrugać coś ze świeczki, ulepić z plasteliny... dlaczego pytam? Widzi pan, kiedy się jest psychicznie znużonym, mimowolnie przychodzi nam chęć żeby nieprawda zająć czymś ręce, zrobić coś zupełnie innego, manualnego, nie angażującego sił umysłu. Ja, zdradzę panu, że jak mam dosyć, układam domek z kart i to mnie bardzo relaksuje nieprawda. Więc jak, robił pan jakieś manualne czy relaksujące ćwiczenia kiedy pan tak stale siedział nad projektem?
- Nie, właściwie nie, chociaż...
- No, no?
- Zdenerwowałem się, bo na jednym arkuszu rysunku, tego niemieckiego, była pewna niekonsekwencja, która kosztowała mnie parę godzin dodatkowej pracy, zanim ją odkryłem...
- Od-kry-łem, genialnie. Słucham... tak?
- Byłem zmęczony i zły i postanowiłem, czy żeby sobie ulżyć...
- Ul-żyć nieprawda. No no! Tak?
- Jakoś tak mimo woli zacząłem składać jedną kopię tego przeklętego arkusza i poskładałem go w taki papierowy okręt, wie pan, taki statek z papieru jakie robią dzieci.
- Okręt, powiada pan, zapisujemy: o-kręt, jak-dzie-ci nieprawda. A wie pan, że o tym nie pomyślałem, okręt... genialne.
- Panie doktorze, przepraszam, ale wydaje mi się, że tracimy czas na jakieś głupie opowiastki. Jestem zmęczony, kark mnie boli, jestem na urlopie...
- Ależ drogi panie, nic podobnego, kiedy pan tak opowiadał, już wypisałem panu skierowanie na rezonans odcinka szyjnego, ale proszę mi jeszcze opowiedzieć o tym nieprawda okręcie. A może pokaże mi pan jak poskładać taki okręt, bardzo proszę? Nie wiem czy jeszcze mi się dziś zdarzy jakiś pacjent, proszę poświęcić mi dosłownie chwilkę i nauczyć składania takich okrętów.
- Dobra, ma pan jakiś duży papier, najlepiej gazetę?
- Proszę, jest Wyborcza, to chyba największa gazeta... patrzę i uczę się.
...
- Jest, okręt gotowy.
- Genialne nieprawda, okręt. I taki pan zrobił w domu?
- Nie, taki to za duży, mały zrobiłem, taki malutki stateczek.
- I puścił go pan na wodę?
- Nie, po blacie biurka tylko przesuwałem.
- Czy mógłby mi pan zrobić jeszcze taki malutki nieprawda stateczek, co?
- Ok., zrobię panu dwa stateczki, nie, dziesięć stateczków, na zaś i dosyć tego. Gdzie moje skierowanie, bo w końcu zapomnę?
- Proszę bardzo, z moją pieczątką przyjmą pana szybciej. Genialnie, pan robi stateczki, a ja tymczasem nieprawda napuszczę wody do umywalki. Niech pan patrzy jaka duża komora: urządzimy sobie bitwę morską. Ten stateczek już zabieram i nakleję na niego mały żółty poster, taki niby żagielek.
Proszę tu do mnie, zobaczy pan jaka to pyszna zabawa. Tam na wieszaku jest mój biały fartuch, ja go nie używam... proszę włożyć żeby się pan nie pochlapał.... dobra, teraz jednocześnie puszczamy stateczki na wodę i dmuchamy każdy w swój, do zatopienia przeciwnika... genialne nieprawda!
- Czy to konieczne panie doktorze?
- Daj pan spokój, teraz chce się pan wycofać kiedy prawdziwa zabawa dopiero się roz-po-czy-co?-na, tak rozpoczyna?
Fffu... fffu. Ha ha, zatopiony, wygrałem, został pan pokonany panie kolego nieprawda w bitwie morskiej i poniesie pan zasłużoną karę. To żart oczywiście.
- Panie doktorze, gra nie była czysta, oszukiwał pan...
- Co? Jak pan śmie?
- Po pierwsze nałożył pan jeden stateczek na drugi, żeby dłużej nasiąkał i jeszcze dokleił mu żółty żagielek – szybciej płynął i staranował mój. Wychodzę.
- Teraz pan przesadził mój panie, zamykamy drzwi, klucz wyrzucamy przez okno... o i dzwonimy, zaraz po pana przyjadą nieprawda.
Halo, klinika psychiatryczna, mówi doktor Rosnowski, wzywam karetkę: pacjent dostał szału... co jest? depresja maniakalna i wyjątkowo brutalna agresja, przychodnia przy Roosevelta, w moim gabinecie, tak, cały czas dla niepoznaki robi stateczki z papieru, zamknął nas, a klucz połknął, musicie wyważyć drzwi, prędko, facet jest naprawdę niebezpieczny, z trudem panuję nad sytuacją.
...
Oj, szuka pan telefonu? Taki nierozważny... kiedy pan robił stateczki, ja niepostrzeżenie wyjąłem panu z ma-ry-nar-co?-ki, tak z marynarki, a teraz nieprawda plusk i idzie na dno piękna Nokia, bo tam jej miejsce, razem z pokonanym wrakiem pańskiego stateczku, a mój zwycięski stateczek stawiam na oknie.
- Pan zwariował, pan jest niebezpieczny, co pan wyprawia?
- Spokojnie, teraz panu pokażę jak szybciej robić papierowe stateczki, zanim po pana przyjadą jeszcze w tym pana pokonam. Głupcze, myślał pan że nie umiem składać statków z papieru... o tak i jeszcze rozleję trochę wody na biurku i niech sobie stateczki pływają.
- To jakaś farsa, pan jest czysty wariat...
(Łomot do drzwi; wpada dwóch potężnych gości z kaftanem. Przystają, poczym łapią doktora.)
- To nie ja, panowie, to nie ja, to jakaś fatalna pomyłka, ja jestem doktor Rosnowski, a on jest niebezpieczny wariat, ten w białym fartuchu.
- Tak tak, oczywiście, „panie doktorze”, ha ha.
- Nie, ja nie chcę, ja protestuję...
...
Jeden pielęgniarz trzyma doktora; drugi wstrzykuje mu zastrzyk na uspokojenie, zwraca się w stronę Leszka:
- Ale mu odbiło co?
- Zbzikował facet i tyle... a z pozoru całkiem normalny.
...
Zabierają nieszczęśnika.
Z korytarza słychać jeszcze:
- Panowie, mój stateczek, zwycięski stateczek z żółtym żagielkiem.
sobota, 24 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
Łapaj, trzymaj! I podrygiwał przy tym z werwą...
Tak mi się jakoś skojarzyło...
Mój ciąg prawie myślowy jest do odtworzenia
Jo
nie z werwą a przezabawnie było w oryginale, ale czytało się toto już daaaawno temu. Zgadnij kotku w jakim?
nadal Jo
Prześlij komentarz