Wracam od klienta w Częstochowie. Tak pięknie grał Knopfler, ale płytka się skończyła i trzeba włożyć nową. O ile pamiętam, następny będzie Phil Collins. Tak. Wyciagam Knopflera, a tu radio gada na trójce, że dziś jakaś wielka kumulacja. Co za licho, jaka znowu kumulacja? Może akumulacja? Przecież radio często używa słów, których znaczenia nie rozumie. Czy gdzieś w okolicy jest powódź, nazbierało się wody w zaporze i teraz ona pęka w szwach? Nie, to nie to. Już wiem: najpewniej będzie wojna albo nawet już jest i zaraz wojsko zacznie do uczestników ruchu drogowego grzać pociskami kumulacyjnymi. Przecież ja jestem nieopancerzony, nie obłożony ładunkami, a w ogóle pacyfista. Tak, ale wojskowych nie obchodzą pacyfiści – oni strzelają równo do wszystkich jak do kaczek, bez różnicy jakie są przekonania ich ruchomych i nieruchomych celów. Niedobrze, trzeba spierniczać, a ja dopiero w Poczesnej – tu ciągłe ograniczenie i radary.
Jakoś dotarłem do biura. W pokoju złomowym ludzie gadają coś o kumulacji.
Co jest, pytam, radio gadało, ale zmieniałem płytę i nie słuchałem do końca, co to za kumulacja?
- Czterdzieści pięć milionów, w totka.
Aha, c z t e r d z i e ś c i... p i ę ć... m i l i o n ó w... w totka.
Dużo forsy.
Nie ma co, po robocie trzeba będzie zagrać.
Piątek wieczorem: zmęczenie, spać się chce, a w kolekturze kolejka jak za chlebem we wojnę.
Kupiłem los i nadałem na chybił trafił co się dziś nazywa lotomat.
Teraz pyszne naleśniczki, herbatka i wracająca życie drzemka...
...
Sobota rano, wracam do domu z bułeczkami. Jemy pyszne śniadanko. Wchodzi dziadek, niesie jajka od jajcarza. Po mszy mówiła mu pani Urszula, że jednak ktoś wygrał. Dziadek niecierpliwy chce już nastawiać telewizor i sprawdzać numery.
- Grzesiu, nastaw dziadkowi Polsat i przeczytaj – poleca Małgosia.
- Matka, ojciec trafił kumulację - wrzeszczy nagle Grześ z pokoju.
Małgosia spłonęła rumieńcem, ja omal się nie udławiłem.
Co tu robić, co robić?
Uporządkujmy myśli.
Pierwsza rzecz to zachować spokój i założyć zmowę milczenia. Nikt nie powinien wiedzieć. Nikt NIE MOŻE się dowiedzieć; inaczej mnie zjedzą.
Wygranej nie mogę zgłosić u Zbyszka Okruty, bo natychmiast zupa się wyleje na całą Ligotę. Odczekam jakiś czas i pomalutku, po cichutku...
Grześ nie wytrzyma, a dziadek pewnie już trąbi po znajomych, niedobrze. Jakkolwiek trzeba ich przymusić do trzymania buzi na kłódkę.
Dobrze i co dalej? Jak zagospodarować środki? Trzeba dać biednym. Tak, ale nie wszystko naraz, bo przepadnie.
Złodzieje wpierw zabiorą podatek, ale i tak zostanie tego ze czterdzieści milionów. Żadnych inwestycji ani wynalazków: trzeba założyć lokatę negocjowalną. Z taką kasą siedem procent jest pewne, a powinni dać lepiej. Nie chciejmy za wiele, czyli mamy siedem. Cztery razy siedem to dwadzieścia osiem po roku czasu. Chyba nieźle, tylko dwadzieścia osiem czego? Tysięcy, dziesiątek tysięcy? Nie rozumiem tych sum, w głowie nie policzę. To astronomia. OK., cały procent co rok, po roku dawałoby się jakimś sierocińcom, Caritasowi itd., trzeba tylko dobrze poszukać kto najbardziej potrzebuje.
Tak, to najważniejsze mamy załatwione, a teraz potrzeby bieżące.
Najpierw trzebaby spłacić zaległy czynsz cioci Gosi.
Dalej trochę środków przeznaczyć dla „naszych” dzieci z Miechowic,
dalej kupić małe autko cioci Basi i takie samo Marysi, żeby nie musiała wychwalać publicznych środków komunikacji na trasie do Sosnowca i do Katowic.
Małgosi należałoby kupić mebelki do kuchni i zmienić sosnową podłogę na buka.
I w naszej sypialni też położyć parkiet z buka.
Teraz trzeba coś dołożyć młodym do remontu mieszkania.
Na wiosnę możnaby wynająć jakiego fachowca, żeby na nowo zabudował okna dachowe, ale musiałbym nad nim stać i pilnować, bo znów schrzani całą robotę – nie, nie ma takich fachowców, to daremne.
To może wymienić okna na strychu od północy i południa? Tak, to jest myśl.
I płot od zachodu przydałoby się wymienić i bramę też.
Wreszcie pojechałbym z Małgosią do Egiptu: żelazne punkty to Synaj, Luksor i tam gdzie tyle razy mogłem być a nie chciałem bez niej czyli Asuan i muzeum w Kairze; tylko kiedy – pogodowo najlepiej z końcem kwietnia albo z końcem września. No dobrze, a co ze szkołą Zosi i opieką nad nią? Rozumiem – nie da się pojechać. Chyba, że w połowie sierpnia, wtedy z Zosią – ja wytrzymam, ale one będą się bardzo męczyły.
A jak przyjdą wakacje, możnaby kupić jaką kamerkę, tylko jaką: JVC odpada – wszystko taśma i twardy dysk, bez stabilizacji; Panasonic naramienny nie ma ręcznej ostrości, a mniejsze są tylko do kręcenia z ręki; Canon tylko na taśmy i nie ma naramiennej – kurna nie ma co kupić. Znaczy kwestię kamery mamy załatwioną.
Pomyślmy coś może o szerokim kącie: w pełną klatkę nie ma się co pakować ani w żadne pół formatu 3/2. Zostaje Olympus E-30 i Zuiko 7-14, potem Zuiko rybie oko i co, targać ze sobą dwa korpusy i trzy akumulatory? Bzdura! Nic nie kupuję.
Wiem, zamówiłbym w Stanach parę płyt, tylko co? Vivaldiego mam chyba wszystko, Bacha prawie, Boccheriniego też, czyli powiedzmy wszystkiego jakie 20 płyt i może z 5-10 Beethovenów. Dobrze, ale wtedy będę miał absolutnie wszystko, więc w tym względzie nie będzie po co żyć – muzyka zostanie wyczerpana. Zostanie mi fotografia i rower. Nie wiem, nie wiem co robić. Co za męka, męka!
...
O rany, budzik! Za piętnaście siódma: golenie, mycie i ubieramy się do roboty.
Matko jedyna chyba miałem ciężki sen... śniło mi się coś potwornego, coś potwornego.!
piątek, 12 grudnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
I tak i nie. Asiczka
Prześlij komentarz