piątek, 19 marca 2010

W drodze

- Dzień dobry, podwiezie pan do Jędrzejowa?
- Oczywiście, proszę wsiadać.
- Gdzieś w rynku mnie pan wysadzi, dobrze?
- Ho, ho, gdzie tam Jędrzejów, dopierośmy wsiedli. Dobrze dobrze. Pomalutku.
To po co mniej więcej i głównie wybiera się pani do Jędrzejowa tak wcześnie?
Przecież słoneczko ledwie wstało.
...
- Co, do szkoły, do pracy?
...
- Jezu, ale pan ciekawy. Na kurs jadę, no.
- To pani też miewa objawienia? Gdzie ten Jezus? Jest tu gdzieś, gdzie?
- Jezu, nie...
- Do mnie pani mówi? Ja nie mam na imię Jezus, ale słyszy pani co pani mówi?
...
- To co za kurs? Pewnie jakiś mądry, komputerowy co?
- Nie, nie komputerowy.
- Szydełkowania i haftu?
- Nie.
- Noworodek w domu i zagrodzie?
- Ha ha... nie... wesołek z pana... na kurs prawa jazdy jadę.
- Aa, chce pani zdobyć prawo jazdy, po co?
- No jak po co, żeby jeździć autem!
- Niech pani nie robi tego kursu.
- Co pan, jak to nie mam robić kursu?
- Proszę pani, zrobi pani kurs i co dalej? Nic dobrego proszę pani.
- E tam, właśnie że dobrego.
- Nic dobrego proszę pani, bo po pierwsze kierowców już i tak za dużo.
Weźmy choćby teraz, jedziemy sobie, gra Phil Collins, to już trzecia piosenka, jak nic będzie dziesięć minut odkąd ruszyliśmy i nie możemy wyprzedzić tej ciężarówy, bo stale z przeciwka coś nadjeżdża. Widzi pani ile tych aut na drogach.
A teraz kwestia zasadnicza: jeżeli zostanie pani kiepskim kierowcą, będzie pani stwarzała zagrożenie na drodze, będzie pani niszczyła samochód aż w końcu wskutek błędnego manewru zginie pani w zderzeniu z TIRem.
Wysadzę panią tu przed miastem, jeszcze zdąży pani na poranną mszę do Cystersów, potem pójdzie pani do szkoły, pouczy się matematyki, tak będzie lepiej.
- Ha ha.
- Ho ho, tu nie ma nic do śmiechu, bo jeżeli zostanie pani dobrym kierowcą, bardzo szybko wyda się pani, że już pani wszystko umie, zacznie pani przekraczać przepisy ruchu drogowego...
- Tak jak pan?
- Proszę pani, ja przekraczam umiarkowanie... cicho teraz... więc będzie pani już taka mądra, że w końcu wpadnie pani w poślizg i zabije się.
Naprawdę lepiej na poranną mszę i do szkoły, jeszcze czas.
- Ha ha, ale z pana wesołek... i już jesteśmy w rynku... dziękuję panu, do widzenia.
- Do widzenia... i trzy zdrowaśki w mojej intencji się należy.
- Ha ha.

* * *

- Do Kielc pan jedziesz? Podwieziesz pan człowieka?
- Siadaj pan.
- Bo to widzisz pan, emerytura licha, a kupywać trzeba. Kupujesz pan?
- Kupuję, sprzedaję, zależy o co pan pyta.
- Jedzenie.
- Kupuję, ja kupuję, ale głównie małżonka.
- W supermarkiecie?
- Tak, w supermarkecie, w sklepie, różnie.
- Panie, emerytura licha rozumiesz pan, ja nie kupuję. Na bazary idę, targuję się. Taniej na bazarach. Chabaninę trzeba kupić, jajka, masło panie. Nie chodzisz pan na bazary za chabaniną?
- Nie.
- A skąd pan jesteś że zapytam?
- Z Katowic.
- No, panie, przecież w dużym mieście musi być bazar, zachodź pan i kupuj chabaninę... chyba że powodzi się... samochód pan miewasz duży...
- Służbowy.
- Rozumiem, nie gniewaj się pan, że zagajam, ale pogadać można, co nie?
- Można, czemu nie?
- Czemu nie... a wypłata dobra?
-Chciałoby się lepiej, ale nie narzekam, bo zgrzeszyłbym.
-To zachadzaj pan na bazary po chabaninę panie, mówię panu.
Ooo, za daleko my najechali, stawaj pan... ech, muszę wrócić się bo za dalekoś pan najechał... o, trzy złote daję, bo tyle Pekaes mnie kosztuje do Kielc.

- Weź pan to, zdrowaśki trzy pan zmów żebym do domu szczęśliwie dojechał i z Bogiem!
- Dobra taryfa panie, dobra, z Bogiem!

* * *

- Dzień dobry łaskawemu panu i dziękuję, że zechciał starą kobietę podrzucić.
- Do kościoła?
- Tak, ale nie tu, dalej, jeszcze trochę. A pan pobożny, że krzyżyk widzę w samochodzie.
- Zaraz tam pobożny, człowieczek mały jestem i tyle, Chrześcijanin powiedzmy.
- Ale obrączki nie widzę.
- Na lewej ręce noszę, bo na prawą nie mieści się już, a nie chcę jej niszczyć, bo to ślubna obrączka, poświęcona.
- Ładnie... to do następnej wioski pojedziemy, po drodze, jeszcze chwilka.
- Dobrze, nie ma sprawy.
- Dobre pan ma serce.
- Dobre dobre, Pan Bóg ma dobre serce i małżonka moja, nie ja.
- Dobre... starą kobietę pan zauważył... to proszę tu koło kościoła zjechać do zatoczki żeby innym nie przeszkadzać. A teraz proszę wybrać numer do małżonki i pożegnać się.
- Pożegnać? Co pani opowiada?
- Dzwoń synu, pożegnaj się, dobre serce masz to przyszłam do ciebie jak chciałeś.
- Jak to chciałem? Co to znaczy?
- Co dzień modlisz się o dobrą śmierć, to przyszłam do ciebie... ja dobra śmierć jestem... dzwoń synku, dzwoń, ja poczekam, posiedzę tu przy tobie i popilnuję żeby nic złego ci się nie stało.

* * *

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

ładne, ale ostatnia przypowieść śliczna - nic nie brzmi fałszywie, a i temat dla niewielu amatorów. Dziękuję, Andrzeju

Jo