piątek, 9 stycznia 2009

Graffiti

Graffiti to pojęcie stosunkowo nowe.
W czasach komuny nie do pomyślenia było żeby ktokolwiek wysmarował cogdzie na murze. Jeżeli się już taki odważył, a czynił to z pobudek patriotycznych i na tynku jakiegoś bloku pięknego rzecz jasna osiedla mieszkaniowego wielkoprzemysłowej dzielnicy (koniecznie przemysłu ciężkiego pracującego dla dobra gospodarki narodowej), napisał brzydkie słowo czy dajmy na to prawdziwe słowo na temat władz reżimu komunistycznego, co o ironio, było przecież równoznaczne, zaraz został pojmany przez właściwe organa, doprowadzony przed oblicze i skazany wyrokiem sądu czy jakiego podlejszego kolegium d/s wykroczeń. Jak się nietrudno domyśleć, sprawca taki obdarzony inwencją nie mógł przecież zostać skazany czy nawet obwiniony o krytykę najcudowniejszego pod słońcem ustroju społeczno-politycznego, mimo iż wylał swe żale wyłącznie z powodów politycznych. Nieważne czy artysta uliczny zostawił na ścianie napis MO – Gestapo, Gierek dupa, czy PZPR walczy, zawsze, na podstawie prawomocnego wyroku niezawisłego sądu albo on słono zapłacił albo poszedł siedzieć za jedno z dwóch:
a/ oszpecenie elewacji,
b/ uszkodzenie elewacji.
Że dziś młode gnojki dopiero oszpecają i niszczą elewacje, ławki, autobusy i pociągi, nie nam tu utyskiwać, choć bolesne to zjawisko kiedy się chuligaństwo zachłysnęło nadmiarem pseudo-wolności.
Co by wszak nie powiedział, niektóre z przejawów malowania ściennego są interesujące, jak choćby ten, który dostrzegłem dziś w Radomsku, naprzeciw klasztoru Franciszkanów, od strony północnej.
Ten to przejaw długą chwilę przyglądał się mnie, a ja jemu i trwaliśmy tak aż wyjąłem aparat i zrobiłem jemu zdjęcie.

Tymcasem!

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Czy to nie jest przypomniany ostatnio przez Dajdo profesor Nimnul?
Ajo.