Co po rusku pięknie brzmi, że on pradałżajetsa.
W rzeczy samej długi jest post, aże sześć tygodni.
Tyle widać potrzeba aby zastanowić siebie, przemyśleć niejedno.
Nie będą to wszakże „zamyślenia wielkopostne” wspaniałego kaznodziei X.bp. Józefa Zawitkowskiego bynajmniej.
Co kurna pisać kiedy niema pomysła?
I jak pisać, żeby nie za sucho mimo postu.
Jednakowóż po dziś otrzymanym kopniaku od Ilonki (dziękuję), siadam do laptoka i takie przedstawiam rozmyślania co i o klęsce wywalczonej i o zwycięstwie poniesionym będzie, może bez składu, ale jak zawsze w tej witrynie, „szczyrze i ućciwie” (cóś mię ostatnio cudzysłów do gustu przypadł, no... bardzo).
Ponieważ w przypowieściach ich nauczał, a poza przypowieściami nic im nie mówił, przypowieściami niejako będą poszczególne rozdziały.
...
Przypowieść pierwszy
Kryzys już jest i siecze jak diabli. Wbrew nauce Kościoła o społecznej roli pracy (tu kłania się jakże dziś cynicznie brzmiący, refren z kabaretowej piosenki czasu schyłku komuny „albowiem ona była w rękach obszarników i wyzyskiwaczy”), pracodawcy raczej nie patrzą dalej własnego brzucha – tu, na marginesie, odsyłam do Szewców, Witkacego.
Pracodawca numer jeden co zamówień ma tyle, że opędzić się żadną miarą nie może, wiele z nich realizuje w kooperacji z innymi, a wybiera tylko rodzynki, kiedy powzięła wiadomość o mającym nadejść kryzysie, natentychmiast poczynił stosowne kroki.
Co zrobził?
Wszystkich swoich pracowników (oprócz skończonej ich liczby), zwolnił, poczym połowę z nich zatrudnił na pół etatu, a z drugą połową podpisał umowę o dzieło.
Po wdrożeniu tych działań powiadomił mnie, że on na kryzys jest już przygotowany.
Podczas następnej mojej u niego wizyty, dowiedziałem się, że istnieje pewna obawa, że w okolicach maja/czerwca zamówień będzie mniej, ale on (ponownie), już się na wszelką ewentualność przygotowuje. Tym razem pracodawca konsekwentnie wyprowadza majątek z firmy, zamierza zmniejszyć obroty, bo na co się męczyć kiedy mamy kryzys, a jak będzie się zapowiadało, że coś „dupnie”, on zwalnia załogę, wykupuje miesięczne wczasy dookoła świata i smoli to wszystko. Panie, co mnie ludzie obchodzą, zakończył wynurzenie.
Pracodawca druga tyleco powróciła z zimowiska w Austrii i wskutek zmniejszenia obrotów, „była zmuszona” do zwolnienia 1/3 stanu osobowego swojej załogi. Jednocześnie, ponieważ jego małżowince popsiuło się radio w kuchni, którego lubiła słuchać (zupełnie jak u nas), zakupił cyfrowego satelitę, kino domowe do kuchni i malutką plazmę 26 cali, żeby się jej nie nudziło kiedy pije kawę.
...
Przypowieść drugi
Mistrzu, ile razy mamy przebaczać, zapyta któryś z Apostołów, czy aż siedem razy?
Nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem, Mistrz na to odpowie.
Tak, to znamy z Pisma.
I ja to znam i Wy i oni.
Więc ja już byłem taki mądry i święty, że, za Szwejkiem, „aż chciało mnie rozerwać z tej miłości do najjaśniejszego pana”.
Przez cały tydzień miałem za kierownicą masę paskudnych przypadków nagłego zajechania mi drogi przez innych użytkowników dróg krajowych i gminnych.
Ile razy w ciągu dnia powtarzam NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE?
A z drugiej strony, CZY NIE W TYGLU DOŚWIADCZA SIĘ SREBRO I ZŁOTO?
Siedemdziesiąt sześć razy powtarzałem sobie, że ten co mi tak uczynił, to też człowiek. Może nie zauważył, może się zamyślił, może nie chciał...
Było git.
Było do zeszłego piątku kiedyśmy ze Zbigim pojechali w delegację do Końskich.
Na jakie 15km przed celem podróży, na niewidocznym prawym łuku, dziarsko ruszył z pobocza zielony blaszak VW rocznik może 1975, z kabiną w połowie zamarzniętą, w połowie zaparowaną, prychając bladoniebiesko z zimnego silnika, czym zmusił mnie do ostrego hamowania.
Nie wytrzymałem tej próby.
Wychyliłem się i widząc, że za łukiem jest pusto, delikatnie wyprzedziłem bohatera, poczym złośliwie zwolniłem do 30km/h. Dla niego sytuacja była beznadziejna: podwójna ciągła, szkoła i ograniczenie do 40, z przeciwka sznur pojazdów.
Zbigi powiada: Jak masz coś do niego, zatrzymaj go, wyciągnij z auta i spuść mu wpierdól, ale tak mu nie rób.
...
Przypowieść trzeci i ostatni
Przypowieść ten dowiedzie, za znakomitym pisarzem francuskim, panem Antoine Marie Roger de Saint-Exupéry iż, jakkolwiek człowiek jest zdolny do osiągnięcia wielkości, a ja powiem, może odnieść choćby niepozorne zwycięstwo, nawet w małej rzeczy. Ba, wykaże ten fragment jak przedziwnie przewrotną i niełatwą w jednoznacznej ocenie jest ludzka dusza.
Oto więc ta pierwsza pracodawca, kiedym u niej był i szukając jakiegoś dokumentu nibyto przypadkiem wyjąłem na stół deklarację uczestnictwa we franciszkańskim programie edukacyjnym NADZIEJA, porwała formularz, a upewniając się, że to nie ojciec dyrektor tylko Franciszkanie z Krakowa pomagają dzieciom w Kamerunie, bez namysłu zawezwał sekretarkę, kazał jej na miejscu druk wypełnić, wyjął z kieszeni gotówkę i posłał dziewczynę na pocztę coby wpłaciła środki.
Pracodawca druga, kiedy zwalniała część załogi, nie spała kilka nocy i biła się z myślami kogo zwolnić, a kogo zatrzymać. Zwolniła na przykład studenta, który mieszkał z dostatecznie majętnymi rodzicami, zwolniła też człowieka, którego szwagier ma nieźle prosperującą firmę budowlanną. Zostawił w firmie pracowników będących w największej potrzebie. Tu kłania się opinia Ojca Marka, Przeora Dominikanów z Gidel, że ta pracodawca wybierała nie najmniejsze zło, lecz wybierała największe dobro.
Niczym bybył ten artykuł bez właściwego zakończenia, a ponieważ jesteśmy ludźmi dojrzałymi i nie boimy siebie narracji o sprawach swoich, w pierwszej osobie, winien jestem podzielenie się z czytaczami drobniutką radością jaką wyniosłem z tego wielkiego postu.
Mój dziadek ze strony taty nauczył mnie właściwego rozumienia kwestii niemieckiej.
Nikt mi zatem nie powie, że hasła takie jak:
NUR FUR DEUTSCHE
GOTT MIT UNS
ARBEIT MACHT FREI
są wytworem jakiejś bliżej niezidentyfikowanej nacji „NAZISTÓW”.
Wiem dobrze co one znaczą i wiem jakiego narodu to język. Bynajmniej nie nazistowskiego.
To właśnie poprawne rozumienie faktów (w nosie mam poprawność polityczną), było mi przeszkodą od dłuższego czasu, a mianowicie od czasu wyboru B16 na stolicę Piotrową.
Kiedy co dzień odmawiałem sobie Anioł Pański duchem wraz z Janem Pawłem 2gim, cały się cieszyłem. Czułem moc tej modlitwy.
Teraz nie mogłem.
Jak tu do licha ciężkiego modlić się za Miemca? Rozsądek podpowiadał, że to namiestnik Pana Jezusa etc. etc., jednak serce nie pozwalało. Anioł Pański stał się moją pańszczyzną, wręcz bełkotaniem na odpiernicz się.
Było mi z tym doprawdy ciężko.
Aż tu niespodziewanie przypomniała mi się prośba Jana Pawła by modlić się za niego za życia i po śmierci.
Tak jak przy zapisywaniu do PZPR potrzebny był wprowadzający, a najlepiej dwóch, niejako człowiek-pomost, tak jak na wielu rynkach nim cię ktoś uznany nie przedstawi nowemu klientowi, nie poleci, nie zrobisz z nim interesu, tak ja zacząłem kombinować, że przecież teraz mogę odmawiać Anioł Pański jednakowo za Papę Wojtyłę i zarówno za B16.
Udało się!
...
Zapomnijmy żeśmy się odgryźli temu co zajechał drogę, popatrzmy gdzie możemy się leciutko wznieść.
Życzę wszystkim aby jednego małego zwycięstwa.
niedziela, 22 marca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
ostatnimi tygodniami udaje mi się prawie codziennie, bo akurat nigdzie w południe nie muszę - otwieram okno, żeby słyszeć dzwonek (no dobra, dzwon ale mały) z mojej parafii i modlę się z radością chocia nieraz nieuważnie do Niej ale nigdy za. Trzeba za?
Jo
Nie o to, nie o to. Mnóstwo komentarzy ciśnie mi się na usta, jednakowoż poprzestanę na prawdopodobnie najmniej istotnym, bo reszta nie nadaje się zupełnie do komputra( choć są pozytywne rzecz jasna): dobrze, że ajor kocha Benedetto i jest równowaga w przyrodzie. J.
Prześlij komentarz