niedziela, 29 marca 2009

Krystyna Prońko

Kiedy delegacją jadę sobie drogą krajową i z myśli wyższych wracam do poziomu ludzkiego, po pewnym czasie włączam sobie radio. Ponieważ jednak zwykle w radiu nie ma nic, po chwili wkładam którąś z moich ulubionych płytek. Znam je wszystkie na wylot, ba, wiem która płyta będzie następna. Wiem nawet jaka piosenka będzie następna. Kiedy jadę już za długo i niewiele się dzieje, zaczynam głupieć, co jest naturalne chyba w takich okolicznościach, a zwłaszcza gnębi mię ta przypadłość w korku. Mój autobus zamienia się wtedy w małe karaoke: cedeczko leci, a wespół z nim ja podśpiewuję sobie. Śpiewam Knopflera, najbardziej lubię wtórować King Singersom; jest wszakże jedna płyta, której nie daję rady. To moja własna składanka Krystyny Prońko. Wybija mnie z rytmu. Po pierwsze, że ona lubi śpiewać raz w tempie, a za chwilę między frazami, przy czym przeciąga, oj przeciąga. Nakoniec ja nie jestem w stanie pokryć skali jej głosu: mój zachrypły po kilku próbach falset wysiada.
Klasycznym tego przykładem niech będzie choćby piosenka Małe tęsknoty.

Siedzimy sobie czas jakiś temu z kolegą moim zaprzyjaźnionym, po którymś z kolei piwie, bo i pogoda sprzyja i pora dnia jest dla błogosławionego rytuału letniej konsumpcji chłodnego piwa, jak najbardziej odpowiednia.
Pyta mnie naraz Krzysiek czy mi nie brakuje wielkiego świata, tych dalekich podróży, odwiedzania ciekawych stron.
- Nie, odpowiadam prędko zgodnie z prawdą, nie brakuje mi. W nowej pracy jest równie ciekawie, ponieważ poznaję nowych ludzi, zawieram ciekawe znajomości, a to dla mnie zdajesię najcenniejsze.
Niedawno przypomniałem sobie tę rozmowę najprawdopodobniej dlatego, że już pięć tygodni postu za nami, a ja mam coraz większego smaka na łyk piwa. Przypuszczalnie jeszcze dwie-trzy noce i zamiast pięknych kobiet przyśni mi się zroszona flaszka zielonego Lecha.
Patrzcie, brakuje mi butelki piwa.
W Związku Radzieckim człowiek, który tak bardzo tęskni do napojów, nazywa się dźwięcznie ALKASZ.

Będzie miesiąc temu pisze do mnie Siostra Agnes i pyta jaką la lubię kaweherbate.
Od tego czasu męczy mnie pragnienie napicia się dobrej herbaty.
Jest w Karachi piękny bazar z czasów kolonialnych, z murem z żółtego kamienia, zamknięty w czworobok, z bramami-wieżami i zegarem.
Jeżeli wejść bramą główną, wschodnią, najlepiej iść w lewo, przejść przez jatkę i dalej wzdłuż straganów z chilli, curry i wszelkiej maści przyprawami, o których nie mamy nawet zielonego pojęcia. Tuż przed murem południowym bez trudu odnajdziemy stoiska z herbatą.
Są tu więc znakomite, markowe herbaty konfekcjonowane znanych angielskich firm jak Brooke Bond, Lipton, Pickwick...
Spośród herbat każdej marki znajdziemy gatunków z pięć, prawdziwych czarnych rzecz jasna, nie mówiąc o herbacie zielonej, smakowej...
Jest herbata w małych paczuszkach, większych i dużych; jest w puszkach okrągłych, sześciennych, w walczakach płaskich a szerokich jak tort.
Asortyment wszelaki od czubków młodych listków poprzez liściaste, drobne, aż do najdrobniejszych...
Wszystko Made in India, wyprodukowane pod surowym nadzorem i z poszanowaniem tradycji, zanim jeszcze ktokolwiek myślał o największym zakłamaniu naszych czasów – systemie zarządzania bylejakością zgodnym z ISO.
Obok, pod brezentowym okapem siedzą sprzedawcy herbaty luzem i ten mały zakątek to prawdziwy herbaciany raj. Na stołach wyłożone są w dużych eksykatorach najlepsze herbaty zielone – chińskie, tajskie i choroba wie skąd jeszcze, a czarne indyjskie, cejlońskie i kenijskie...
Z tyłu za stołami ta sama herbata w dużych worach.
...
Herbaty przywoziłem sporo. Parę razy nawet pani celnik (ciekawość, że zawsze była to kobieta), trafiając na minimum 4kg herbaty w mojej walizce dręczyła mnie jak jakiego przestępcę karno-dewizowego.
Tę właśnie najprzedniejszą herbatę piliśmy sobie w domu delektując się nieosiągalną do dziś w Polsce orgią smaków i aromatów.
Trochę herbaty rozdawałem wśród rodziny i kolegów z biura. Dziś wiem, że czasem było to rzucanie pereł między wieprze.

Tęsknię do dobrej, prawdziwej herbaty. Pomału zaczynam mieć dosyć tego chłamu, którym karmi nas przepotężna rzesza sprzedawców.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

I zapomniałem jeszcze dodać, panie prezesie, że tęsknie też za ładną pogodą. Nie pamiętam jak wygląda moje miasto w słońcu. A ostatnio nie dopisywałem, bo byłem chory. To śpiewałem ja, Jarząbek, sędzia klasy wojewódzkiej.

Anonimowy pisze...

ja czytam, ale milczę, bo nie mam nic do dodania. No może tylko to, że piwo mi lata, ale pewne likiery a zwłaszcza ajerkoniak (im słabszy tym lepszy, a ten kupny z wanilią jest pyszny) to w sam raz dla chłopa-smakosza. Niestety przyciąga mnie też cukier w tych alkoholach, a nie jestem dość zakłamany, żeby udawać, że ten cukier nie przeszkadza w moim wielomiesięcznym odchudzaniu.
Jo